13th-Floor-Elevators–Easter-Everywhere-(1967)-vinyl

13th Floor Elevators – Easter Everywhere (1967)

Bedouin, your tribe’s ascending, from the egg into the flower

… tak zaczyna się płyta „Easter Everywhere”, „Wszędzie Wielkanoc”… teksańskiej legendy, za której (nie do końca szczęśliwą, ale to temat na osobny artykuł) twarz odpowiadał Roky Erickson – grupy The 13th Floor Elevators. Otwierający się tymi słowami ośmiominutowy monument psychedelii, „Slip Inside This House” ma najbardziej poetycki tekst w historii muzyki nie tylko psychedelicznej, ale i śmiem twierdzić rockowej. Nic dziwnego, skoro jego autorem jest grający w grupie na słynnym electric jug, które stało się znakiem rozpoznawczym Wind na 13 Piętro, Pan Tommy Hall. Jego poetyka opowiada tu w ciągu 8 minut całą historię ludzkości, kondensując wszystkie Święte Księgi w elektryzujący rockowy manifest wolności. Zainteresowanych tekstem „Slip Inside This House”, jego analizą i poezją Tommy’ego Halla zapraszam na http://www.lysergia.com/LamaWorkshop/Elevators/lamaElevQuest.htm, i przechodzę dalej, do utworu „Slide Machine”.

Przechodzę, albo raczej przepływam, bo ten utwór to szalony nurt psychedelicznej rzeki, o wejściu do której zostaliśmy uprzedzeni już w „Slip Inside This House”, w wersie o trzy-okich ludziach, którzy puszczają jo-jo gdzie im się podoba. Jo-jo kręci się tu jak szalone, a slajdy teksańskiego życia, może nawet nieco westernowe, migają przed oczami w tempie psychotycznego Leslie. Ale to tylko reverb i fuzz. I electric jug, bez którego nie byłoby połowy ambiance tego albumu. Pan Hall nie tylko pisze teksty tak, jakby Jimi Hendrix był Byronem, ale i żongluje dźwiękiem jak najlepszy iluzjonista.

„She Lives (In A Time Of Her Own)” maluje portret, portret kobiety. Kiedy słucham tej piosenki za dnia, jest po prostu o kochance. Piosenka słuchana natomiast w nocy, przy kadzidłach, to już przygoda z Kali na LSD, w ogóle płyta „Easter Everywhere” robi ze słuchaczem coś, co chyba nie udało się jeszcze żadnemu albumowi – klaryfikuje go. Jeśli Twoja dusza jest czysta i piękna, płyta poniesie Cię w górę. Jeśli jest brudna i brzydka, ta płyta nie jest dla Ciebie, bo w najlepszym wypadku ściągnie cię do jednego z lżejszych buddyjskich piekieł. Ale możesz zaryzykować puryfikację, i dołączyć do nurtu czystości. Płyta, która ucieleśnia zen i uduchawia ciało.

Nawet jeśli masz „Nobody to Love”. A nawet jeśli, jak ja, masz „Somebody”, to „Nobody” wcale gorsze od hitu Jeffersonów nie jest. I ma świetny riff i fuzzowe sola. Nie śpiewa tu Roky, a Stacy Sutherland. I to jedyne, co wyróżnia utwór. Bo płyta ta jest dla mnie wzorcem amerykańskiego psych, a obiektywnie monolitem, które to słowo padło przy opisywaniu otwieracza. Płyta brzmi spójnie, jednorodnie, jest wykonana, nagrana i wyprodukowana ze 100% pewnością kierunku. Wszyscy byli skupieni, uduchowieni, i wiedzieli co chcą osiągnąć: Esencję, kryształ psychedelicznego brzmienia.

Kryształem tym jest choćby „It’s All Over Now, Baby Blue”, oczywiście piosenka Dylana. W sosie „Wielkanocy” Wind brzmi przecudnie, teksańsko, pustynnie, nierealnie, dziko, i ten wokal Roky’ego, który – kiedy byłem młodszy – potrafił wydobyć łzę z mojego oka. Teraz płaczę już tylko duszą, i – przy tym akurat utworze – często.

I to wszystko, a to dopiero strona „A” oryginalnego winyla. I mógłbym tak samo rozpływać się nad stroną „B”. Ale wtedy padałoby wciąż „electric jug”, Roky, fuzz, reverb, jo-jo… a może Państwo po prostu przerzucą sami ten winyl, najlepiej w wersji MONO, nawet bootlegowej, na stronę „B”, i po prostu rozpłyną się w tej rzecze psychedelicznego oczyszczenia. Może nawet dla tych z brudną duszą jest nadzieja, że ta płyta ich wybawi. Bo, wierzcie mi, ma taką moc. Sam sprawdziłem w Berlinie, w 2008 roku. Jeśli Naczelny pozwoli, postaram się zrecenzować też zbiór poezji samego Roky’ego, „Openers”, wydany w Teksasie w 1972 roku. Jest tak samo piękny jak „Wielkanoc”, i poezja Tommy’ego Halla. Polecam. Nie przejdźcie obok tego domu. Domu, w którym 13 piętro istnieje, i jedzie na nie opleciona słońcem winda. Tylko trzeba nieco odwagi – czasami trzęsie.

Zawodowo poeta, rekreacyjnie muzyk zaprzeczający własnej zawodowej muzykalności. Prywatnie laureat nepalskiej nagrody Myśliciel Roku, ekspert od komercyjnych samobójstw, miłośnik krautrocka, rumu, bułgarskiego wina, muzyki elektronicznej, starego hard rocka, kultury kasetowej i Jean-Michela Basquiata. Ma bzika na punkcie Nico i Davida Bowie. Niby poszukiwacz nocnego kresu awangardy, a w głębi duszy 15-letni fan Kiss i Kylie Minogue.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.