Arcadium – Breathe Awhile (1969)

Dziś wesoło nie będzie… Ta płyta ma w sobie coś z wielkiej, ponurej tajemnicy. Pamiętam czasy, kiedy do takich płyt był bardzo trudny dostęp… Przeczytałem w katalogu płyt pana Jacka Leśniewskiego (osobie i katalogowi należy się osobny wpis), że jest on bardzo przejmujący w wymowie. W innym miejscu wyczytałem, że to jedna z najbardziej dołujących płyt tamtych lat.

Rozmawiając kiedyś o tej płycie powiedziałem, że jest to świetna ścieżka dźwiękowa do filmu o jakiejś wielkiej ogólnoświatowej katastrofie. Skąd takie skojarzenie? Może od pierwszych, bardzo niepokojących minut otwierającego płytę numeru I’m On My Way. A może od tylnej strony okładki, na której muzycy pojawiają się w trzech wersjach: roześmiani, jako mumie i w maskach gazowych…

O samym zespole wiadomo bardzo niewiele. Pochodził z Anglii. Nagrał tylko jedną płytę. Wydała ją firma Middle Earth, która na dobrą sprawę była alternatywnym klubem w Londynie. W Psychosondzie z pewnością do Middle Earth jeszcze wrócimy, gdyż wydała kilka ciekawych albumów.

Czołową postacią w Arcadium był twórca całej muzyki, wokalista Miguel Sergides. Jeśli miałbym opisać ich muzykę w kontekście innych kapel, napisałbym, że to Vanilla Fudge, The Crazy World Of Arthur Brown (pamiętacie ich psychohiciorek Fire?) i może Iron Butterfly przygnieciony toną egzystencjalnego smutku. Hammondy, gitary, udręczony głos Sergidesa (ten facet chyba naprawdę był nieszczęśliwy), wzmocniony czasami chóralnymi zaśpiewami.

A sama płyta… Zdecydowanie najlepszym fragmentem dla mnie jest I’m On My Way. Ten blisko 12-minutowy monumentalny utwór rozpoczyna bardzo niepokojące intro, ze świetnym solem gitarowym (dokładnie 4 minuta i 10 sekunda). Potem jest zatrważająco psychodelicznie-hardrockowo (Poor lady, Woman Of A Thousand Years), spokojniejsze motywy przeplatane są z bardziej hardrockowymi (Walk On The Bad Side). Wszędzie Hammond stoi na straży niepokoju i smutku, ożywianego dość często świetnymi solówkami gitarowymi. Płyta kończy się ponad 10-minutowym Birth, Life And Death. W opinii ekspertów to najbardziej znaczący fragment tej zapomnianej płyty. Ja jednak obstawiam jej początek w postaci I’m On My Way.

Na CD dodano dwa utwory, krótsze, równie nostalgiczne co cała płyta: Sing My Song i Riding Alone. Łatwiej mi jednak doszukać się w nich choćby cienia bardziej przebojowych melodii. Riding Alone to naprawdę fajny króciutki kawałek, który mógłbym sobie wyobrazić nawet na listach przebojów tamtych czasów.

Rzadkie recenzje tej płyty zarzucają jej jednolite brzmienie i podobny klimat całego albumu. Akurat w przypadku psychodelii może to być dodatkowy powód, by zatopić się w dźwiękach bez żadnych ograniczeń… Pewnie nie raz będzie okazja napisać tutaj o tym aspekcie.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Wład
    Wład 19 listopada 2016, 16:11

    jedna z moich najbardziej ulubionych płyt))

  • hazansky
    hazansky 21 sierpnia 2014, 12:09

    Proponuję posłuchać utworu „I’m on my Way” oraz „I’m a Man” zespołu The Spancer Davis Group. Czuć podobny klimat i zbliżone rozwiązania.

  • zurben
    zurben 8 czerwca 2014, 19:38

    świetna muza , klimat tamtych lat , cudo …