Armaggedon – Armaggedon (1970)

Armaggedonów w muzyce rockowej było co najmniej kilkanaście. Dziś poznamy ten w krautrockowym ujęciu.

Czy ciężko o banalniejszą nazwę niż Armaggedon? Trudno zliczyć ile kapel postanowiło właśnie w ten sposób się zatytułować (ja namierzyłem… trzynaście). Zawężając jednak krąg poszukiwań do lat 70-tych, znajdujemy 3 zespoły, dwa amerykańskie – obydwa pod nazwą Armageddon i obydwa z Los Angeles, działające w latach 1969-70 i 74-76. Wszystkie wydały po jednym albumie (spróbujecie zgadnąć, jak je ponazywali?) i nie zrobiły kariery muzycznej. My jednak prześwietlimy dzisiaj tych trzecich – kwartet z Berlina powstały w 1970 roku, który łączył w sobie krautrocka z heavy rockiem tamtych czasów.

„Rounded” zaczyna sie obiecująco, podając nam heavy psychową jazdę i spokojne chorusy z udziałem organów. Kompozycja na pewno przyzwoita, sugerując nam od początku, że możemy spodziewać się dużej dawki improwizowanych solówek. W moim odczuciu jednak jest najsłabsza na całej płycie.

„Open up your ears, open up your mind” śpiewają w drugim numerze Niemcy zapraszając nas do odbycia duchowej podróży wśród dźwięków. Mantryczny klimat dopełniają bębny i pływające gitary. Atmosfera i krautrockowość tej kompozycji podkreśla jej wagę w skali krążka, ale pytam się: po cholerę dostajemy chwilę oddechu zanim tak na dobrą sprawę nie zdążyliśmy się jeszcze zdyszeć? Umiejscowienie jej w środku płyty zdecydowanie wyszłoby na lepsze.

Po chwili zaczyna się heavy psychodeliczna bomba. Niezwykle grooviasty riff w „Oh Man” zaczyna wodzić nas za nos już od samego początku. Za to prawdziwą wisienka na torcie jest.,. „Rice pudding” – kompozycja należąca do Jeffa Becka. Panowie świetnie zaadaptowali ją do krautrockowego światka, śmiało można stwierdzić, że wypadli lepiej niż oryginał, przynajmniej dla mnie. Oprócz głównego riffu, przearanżowali numer według swojego „widzimisię”, dodając m.in. motyw z pulsujacym organem, który uspokaja słuchaczy i wprawia w krautowy trans. Wyjące solówki, dynamika i synchronizacja trwającej blisko 10 minut kompozycji sprawia, że nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby trwała drugie tyle. Dla tego nagrania w głównej mierze warto sięgnąć po ten album.

Panowie swoim oryginalnym materiałem również potrafią zaciekawić. Jazzujący rytm, który przewija się w „People Talking”, każe nam zwrócić uwagę na pracę gitarzysty, który prochu może nie wymyśla, ale jego gra jest spójna i przemyślana. Cała płyta jest dobrze zbalansowana między sfuzzowanymi solówkami, a zagrywkami zgrabnie ubarwionymi delayem.

Ostatni numer również jest coverem, tym razem londyńskiej grupy Spooky Tooth. Numer „Better by You, Better then Me” był niemałym hitem, w przyszłości będzie go wykonywał również Judas Priest. A Niemcy? Znowu udowodnili, że nie chcą być tylko odtwórcami, podkręcając lekko riff i nadając mu odpowiedniej ciężkości której nie miał oryginał.

Szkoda na pewno, że ich debiutancki album był jedynym jaki wydali, biorąc pod uwagę potencjał muzyków. Brakuje mi tu może jeszcze z jednej kompozycji więcej, lepszego skrojenia pod kątem tracklisty, ale trzeba przyznać, że płyta generalnie nie ma słabych momentów. Nie jest to krążek wybitny, ale ma swoje chwile, w których wzbija się ponad przeciętność. Warto sprawdzić dla samej niemieckości pojmowania muzyki psychodelicznej.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Ostrogoth
    Ostrogoth 11 lutego 2016, 16:20

    Bardzo dobra płyta ! I recenzja też !