Historia zagłady rodu Beksińskich

Leży przede mną książka o ludziach, bez których polska sztuka i gusta polskich odbiorców byłyby zupełnie inne. Słabsze po prostu. Beksińscy mają w Polsce wielu fanów. Zarówno senior jak i junior. Miłośnicy malarstwa adorują pełne tajemnic obrazy Zdzisława. Wielbiciele rzetelnego i autorskiego dziennikarstwa słuchają raz po raz nagranych wiele lat temu audycji Tomasza. Wszak – jak czytamy – Tomasz Beksiński kształtuje gust muzyczny całego pokolenia. Kinomaniacy nie wyobrażają sobie Bonda czy grupy Monthy Pythona bez dopieszczonych tłumaczeń młodszego z Beksińskich. Wraz z Magdaleną Grzebałkowską możemy wniknąć w świat tego przedziwnego rodu. Dzięki książce „Beksińscy. Portret Podwójny” jest on wciąż jak żywy i na wyciągnięcie ręki. Tak jak obrazy Zdzisława i teksty czy głos Tomasza.

Reportaż

Bez dwóch zdań za przeczytaniem tej książki – oprócz sympatii dla głównych bohaterów – przemawia kunszt autorki, a co za tym idzie świetny język, narracja i dynamika. Magdalena Grzebałkowska w jednym z radiowych wywiadów powiedziała, że starała się uniknąć odczytywania losów Beksińskich tropem fatum rodem z „Zagłady domu Usherów” (którego to dzieła panowie Beksińscy byli bezsprzecznie wielkimi fanami). Wybrała drogę skrupulatnego gromadzenia faktów i benedyktyńskiej pracy, poszukiwania świadków, czytania (słuchania) ton materiałów źródłowych, by ostatecznie stworzyć jak najpełniejszy obraz tego, co tak naprawdę działo się w domu Beksińskich. I dlaczego to wszystko skończyło się jego „zagładą”.

Bohaterowie

Ta książka nie mogłaby być tak intrygująca, gdyby nie sami bohaterowie: naznaczeni stygmatem tajemnicy, tragedii oraz poszukiwania tego, co w życiu najważniejsze. Na okładce czytamy, że:

To ksiażka o miłości – jej poszukiwaniu i nieumiejętności wyrażenia. I o samotności – tak wielkiej, że staje się murem, przez który nikt nie może się przebić. O tym, że życie czasami przypomina śmierć, a śmierć – życie.

Miłość zaś niejedno ma imię…

Kogo na pewno zaintryguje ta książka?

To przede wszyskim książka dla miłośników twórczości Beksińskich. Nie zawiodą się również wszyscy ci, którzy chcą poznać, jak wyglądało życie niezależnych artystów w Polsce w drugiej połowie XX wieku. A były to czasy niełatwe, momentami groteskowe, często zaś po prostu tragiczne. Coś dla siebie znajdą oczywiście fani Jamesa Bonda i Monthy Pythona, którzy chcą poznać kulisy powstania kultowych tłumaczeń. Last but not least książka musi trafić do bibliotek amatorów rzetelnych, dobrze napisanych biografii i reportaży.

Psychodelia

Biorąc pod uwagę tematykę bloga, w jakim ma ukazać się ta krótka recenzja, warto spojrzeć na tę książkę z delikatnym, psychodelicznym przymrużeniem oka. Jest bowiem kilka tropów, które mogą nas poprowadzić w tym kierunku.

Nie wnikając zanadto w definicję słowa psychodelia można by rzec, że całe życie Beksińskich było na swój sposób psychodeliczne. No bo jak inaczej można nazwać chociażby to wszystko, co działo się w ich rodzinnym domu w Sanoku. Sam dom był jakby zaczarowany i z innej – schulzowskiej – epoki. Kręcił się po nim szalony malarz otoczony nie tylko przerażającymi szkicami, ale i mocną rockową muzyką płynącą z wielu głośników rozmieszczonych niemal w każdym kącie. Dom zamieszkuje także smyk, który prowadzi własne wydawnictwo (Dom Kowalika), wydaje płyty, tworząc historię fikcyjnego muzyka Toma vel Doctora Jimmiego (fascynujący fragment biografii Tomasza). Gdy nieco dorośnie, będzie rozmieszczał w małej, prowincjonalnej mieścinie klepsydry informujące o swojej przedwczesnej śmierci…. A między nimi babcie, żona Zdzisława Zofia oraz goście, bardzo różni i momentami bardzo dziwni.

Katharsis

Patrząc z kolei na twórczość Zdzisława Beksińskiego, otrzymujemy obrazy, jak po symbolicznym „bad tripie”: złowieszcze wizje śmierci, rozkładu, wybujałej erotyki, otchłani. „Bad trip” w głowie malarza Beksińskiego trwał przez całe życie: od dzieciństwa, kiedy przerażały go sny, aż po samą śmierć, z którą musiał się chyba na dobre zaprzyjaźnić, malując różne jej odcienie na obrazach. Co innego Tomasz… dusił ją w sobie, nie pozwalał jej umknąć ze swojego wnętrza gdzieś na poligonie artystycznych wynurzeń. W końcu uznał, że powinna zawładnąć nim na zawsze.

Wątek hippisowski i narkotyczy pojawia się w rozdziale o dużo mówiącym tytule LSD. Chociaż Beksiński fascynował się ruchem hippisowkim, jednak ostatecznie bał się narkotyków. Obawiał się obudzenia wewnętrznych demonów, które i tak pojawiały się w jego snach.

Każda noc przynosi nam na dodatek inną rzeczywistość, równie kolorową i zaskakującą jak ta (…) dostępna w dzień. Narkotyczne wizje były głęboko ukryte w jaźni Beksińskiego, krystalizowały się w nocy, a podczas sesji malarskich dały się uzewnętrzniać. Nie potrzebne były dodatkowe środki psychoaktywne. Tego mogłoby być za wiele…

Biografia Beksińskich jest złożona i wielowymiarowa, tak jak ich życie i czasy, w których działali. Nie sposób w krótkim tekście prześwietlić wszystkie jej aspekty. Można jednak napisać z pełnym przekonaniem, że książka Magdaleny Grzebałkowskiej jeszcze bardziej uszlachetni czas spędzony nad obrazami Zdzisława czy na słuchaniu audycji Tomasza.

Magdalena Grzebałkowska – Beksińscy. Portret Podwójny.
Wydawnictwo Znak 2014

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Julissa
    Julissa 9 lipca 2016, 08:00

    Your poitsng lays bare the truth