Blues Magoos – Psychedelic Lollipop (1966)

Rewelacyjny debiut tej świetnej garażowej kapeli nie mógł rozpocząć lepszy utwór. (We Ain’t Got) Nothin’ Yet – bo o nim właśnie mowa – zainspirował najlepszych. Ale o tym trochę później.

Blues Magoos pochodził z Bronxu w Nowym Yorku. Ich garażowy psychodeliczny rock na debiutanckim albumie to dla mnie swoisty wyznacznik tego gatunku – kapela brzmi świetnie (bardzo mocny atut tej płyty), kompozycje są bardzo udane, instrumentaliści (Ralph Scala – grający na Hammondach zasługuje na wyjątkową uwagę) prowadzą nas za rączkę po zakamarkach nowojorskich garaży… Kto nie słyszał tej płyty niech zrobi wszystko, aby to się jak najszybciej zmieniło.

 (We Ain’t Got) Nothin’ Yet – urokliwa psychodeliczna perełka stała się podstawą do stworzenie wielkiego przeboju Deep Purple – Black Night (trochę nieładnie, bo podobna sytuacja wydarzyła się w przypadku Child In Time – o tym innym razem, a oczywiście poza tym Deep Purple to wspaniały kawał historii rocka). Następnie mamy dwa hippisowskie słodziaki: Love Seems Doomed i Queen Of Nightsprzedzielone fenomenalną, czadową wersją Tobacco Road (wielokrotnie nagrywany przez rozmaite składy szlagier, pierwotnie skomponowany przez Johna D. Loudermilka). Po części standardowej kawałka mamy szaloną improwizację przypominającą na przykład to, co Led Zeppelin zrobili w Whole Lotta Love. Pod numerem 6 na płycie kryje się dzikie Gotta Get Away, nawiązujące do mocniejszych utworów wczesnych The Rolling Stones, The Who czy The Yardbirds. Nieco odetchnąć możemy przy bluesującym Sometimes I Think About. Następny One By One jak dla mnie ma ducha i rozmach niektórych utworów The Beatles. Gdybym usłyszał po raz pierwszy początek bluesa o dużo mówiącym tytule Worried Life Blues byłbym przekonany, że do mikrofonu podejdzie sam Eric Burdon. Wokalista Magoosów śpiewa tutaj nawet nieco pod Burdona. Jak nic ten utwór mógłby znaleźć się na debiucie The Animals. Płytę kończy doorsowo-animalsowy, posępny She’s Coming Home.

Generalnie jest to naprawdę wyjątkowo dobry album. Dla mnie to taki kalejdoskop tego, co działo się w muzyce w roku 1966, ale także kilka lat wcześniej i kilka lat później. Płyta łączy w sobie dźwięki wielu muzycznych ścieżek, które zawsze jednak prowadzą do jednego z wielu budynków Nowego Jorku lat 60 o szumnej nazwie – garage.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.