Cher - 3614 Jackson Highway

Cher – 3614 Jackson Highway (1969)

Cher z lat 60-tych pamiętamy głównie za sprawą wielkiego hitu „I Got You Babe”, który nagrała w 1965 roku w duecie z mężem Sonnym.

Zapewne kojarzycie ten folkowy, sympatyczny numer i śpiewającą parę zakochanych dzieci-kwiatów. Piosenka idealnie wbiła się w panujący wówczas klimat muzyki popularnej. Na punkcie pięknej – wtedy naturalnie pięknej – Cher i jej dowcipnego partnera natychmiast oszalał cały świat, a piosenkarka rozpoczęła także solową karierę, wyśpiewując kolejne przeboje. Trwało to mniej więcej trzy lata, aż do boomu na psychodelię. Tworzenie pod wpływem LSD czy angażowanie się w antywojenne protesty totalnie nie pasowało do grzecznego małżeństwa, dlatego zainteresowanie ich muzyką gwałtownie spadło. Dla Cher próbą znalezienia nowego kierunku w repertuarze był świetny album „3614 Jackson Highway” z 1969 roku.

Cher - 3614 Jackson Highway
Okładkę płyty zaprojektował Stanisław Zagórski. 

Bohaterka dzisiejszej recenzji w poszukiwaniu inspiracji udała się do nowo powstałego studia Muscle Shoals w Alabamie. Uwieczniono je na okładce wraz z producentami, muzykami i samą wokalistką, zaś adres budynku posłużył za tytuł albumu. Ten krążek to prawdziwe arcydzieło, jeżeli chodzi o brzmienie, aranżację i produkcję. Łączy w sobie soft rock, folk, country i blue eyed soul. Z głośników wydobywają się zarówno dęciaki, gitara akustyczna, jak i organy Hammonda.

Mimo tak szerokiego repertuaru, jest to płyta spójna, wyważona i bardzo przyjemna. Kolejna ważna informacja to fakt, że znajdują się tu głównie covery. Ale nie zakurzone standardy, tylko utwory całkowicie aktualne. Aż trzy piosenki wzięto z albumu „Nashville Skyline” Boba Dylana, wydanego zaledwie pięć miesięcy wcześniej. Usłyszymy tu także słynne „For What It’s Worth” Buffalo Springfield i klasyk Arethy Franklin. Niezły zestaw, prawda?

Cher była pierwszą artystką nagrywającą w studio przy 3614 Jackson Highway. Miejsce to szybko stało się kultowe i zyskało miano „amerykańskiego Abbey Road”. Wszyscy chwalili panującą tam atmosferę, profesjonalizm muzyków sesyjnych i wyjątkowe brzmienie, które trudno było uzyskać gdzie indziej. Dziś budynek jest siedzibą muzeum, a jedną z jego atrakcji są drzwi do toalety, na których – zgodnie z tradycją – podpisywali się artyści, którzy w nim tworzyli. Są tam autografy m.in. całego zespołu The Rolling Stones, Boba Dylana, Paula Simona, jest i podpis samej Cher.

Cher - 3614 Jackson Highway
Współczesna fotografia studia Muscle Shoals.

Płyta rozpoczyna się protest-songiem „For What It’s Worth”, który był ogromnym przebojem młodzieżowej kontrkultury roku 1967. Ekipa z Muscle Shoals wykonała go w zupełnie innym duchu niż oryginał, jednak Cher nie zapomniała o przekazie piosenki. Śpiewa głosem prostym, nieco ironicznym, ale oddaje głębię tekstu. Wtóruje jej dynamiczny chórek i rytmiczna gra gitary. Doskonale wykorzystano tu także elektryczne pianino. Domyślam się, że większość nie zaakceptuje tej piosenki w wersji innej niż oryginalna, ale trzeba przyznać, że ten cover jest wyjątkowo udany. Po nim zrobi się bardziej nostalgicznie za sprawą ballady „(Just Enough To Keep Me) Hangin’ On”. W gruncie rzeczy to prosta kompozycja, ale za to doskonale wzbogacona przez zespół rzewną partią smyczków.

Jedna z mocniejszych pozycji na płycie to „(Sittin’ On) The Dock of the Bay” Ottisa Reddinga. Wprowadza w nastrój, przy którym można odpłynąć. Cher na co dzień znana z niskiego, mocnego głosu, tu jest bardzo zrelaksowana, a jej wokal brzmi kojąco. Nie udaje żadnej gwiazdy, tylko śpiewa prosto i szczerze.

Pierwszą z trzech dylanowskich piosenek jest „Tonight I’ll Be Staying Here With You”. Boba darzę ogromną sympatią jako człowieka i poetę, ale wokalista z niego średni i wielokrotnie jego piosenki brzmiały lepiej w wykonaniu innych artystów. Tak jest też tym przypadku. Soulowa wersja Cher jest ciekawsza od prostego country, którym fascynował się wówczas Dylan. Zdecydowanie mniejszych przeróbek dokonano przy jego następnym utworze „I Threw It All Away”. Koniec pierwszej strony płyty to szalony funk „I Walk on Guilded Splinters” ze sporą dawką organów Hammonda. To chyba najbardziej psychodeliczna piosenka, jaką wokalistka nagrała w całej swojej karierze. Pozytywnie zaskoczy przede wszystkim tych, którzy znają Cher jedynie ze współczesnych przebojów.

Cher - 3614 Jackson Highway
Cher i producent Jerry Wexler podczas nagrywania albumu.

Stronę B otwiera trzecia piosenka Dylana „Lay Baby Lay” (w oryginale zatytułowana „Lay Lady Lay”). Po raz kolejny radzę zwrócić uwagę na spokojną, gustowną aranżację. Cicho pogrywające organy tworzą piękny duet z gitarą. Łagodny klimat kontynuuje „Please Don’t Tell Me”. To, niestety, jedyny fragment na płycie, który mi się nie podoba. Melodia jest nudna, senna i nie przyciąga należytej uwagi. Na szczęście już po chwili trochę życia wprowadza energiczne „Cry Like a Baby”.

Kolejnym ważnym momentem albumu jest „Do Right Woman, Do Right Man”. Trudno przebić Arethę Franklin, która pierwsza zaprezentowała światu ten piękny, soulowy kawałek, ale Cher doskonale sobie z nim poradziła. Jej interpretacja nie opiera się na zwyczajnym naśladownictwie, wręcz przeciwnie. Wraz z zespołem dostosowała tę kompozycję do swojej barwy głosu i własnego stylu. Płytę wieńczy dramatyczna ballada „Save The Children”, po której zawsze mam ochotę przewrócić winyl z powrotem na stronę A i zacząć słuchanie od nowa.

Uwielbiam wracać do tego albumu i jestem zdziwiony, że nie zdobył on większej popularności. Wiemy, jak potoczyła się dalsza kariera Cher. Już na początku następnej dekady zamieniła koraliki i dzwony na stylowe suknie, podbiła świat popowym przebojem „Gypsys, Tramps & Thieves” i stała się gwiazdą amerykańskiej telewizji. Jej przygoda z Muscle Shoals niestety trwała krótko. Zostając przy folkowo-soulowym repertuarze, na pewno nie osiągnęłaby tak wielkiego sukcesu komercyjnego, jednak mogłaby zyskać szacunek węższego grona koneserów. Myślę, że już nigdy później nie nagrała równie ambitnego materiału jak „3614 Jackson Highway”. Dlatego zachęcam was gorąco do przesłuchania tej płyty, bo czuję, że mile was zaskoczy.

Zodiakalny rak, który mówi o sobie, że urodził się o kilka dekad za późno. Muzycznie od zawsze należy do lat 60-tych i 70-tych. Jego trójca święta to Kate Bush, David Bowie i The Rolling Stones. Obraca się wśród wielu gatunków muzycznych - obecnie jest pochłonięty wyławianiem pereł z morza muzyki rozrywkowej PRLu. Ponadto intresuje go archiktektura socmodernistyczna. Rodowity poznaniak.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • kamil
    kamil 2 marca 2017, 22:08

    Z tej płyty jest bardzo dużo odrzutów, które krążą wśród fanów jako nieoficjalna rozszerzona wersja tej płyty. Są równie świetne. Ogólnie jestem mile zaskoczony ciekawą recenzją. Natomiast nie zgadzam się, że Cher nie nagrała później równie ambitnego materiału. Wystarczy sięgnąć po płytę Bittersweet White Light. Można odjechać przy tym albumie. Płyta NotCommercial jest również świetna.