Dave Bixby – Ode to Quetzalcoatl & Second Coming

Poznajcie historię bez wielkich zwrotów akcji, pościgów i fajerwerków, jednak z genialną ścieżką dźwiękową, która potrafi obronić się sama. Proszę Państwa, oto Dave Bixby.

Na fali nie tak dawnych jeszcze zachwytów historią niejakiego Sugar Mana postanowiłem napisać o kilku artystach nie gorszych od Sixto Rodrigueza, a równie zagadkowych i niestety zapomnianych. Jakiś czas temu pisałem tu o Simonie Finnie. Miał on trochę szczęścia, gdyż udało mu się po latach wydać kolejne albumy i wyjść z cienia. Artysta, o którym napiszę dziś, tego szczęścia nie miał i jedyne, czym musimy się zadowolić, to dwa krążki wydane ponad 40 lat temu.

Krok pierwszy

Dave Bixby, bo właśnie o nim mowa, jest to niezwykle zagadkowy wokalista-twórca piosenek z bliżej nieokreślonego miejsca w Stanach Zjednoczonych. Gdzieś w drugiej połowie lat 60-tych wydał własnym sumptem 2 albumy (z czego ten drugi jako Harbinger). Ponadto był on członkiem niewielkiej sekty o nazwie „The Movement” (Ruch), która zajmowała się pomocą młodym ludziom w wyjściu z uzależnienia od narkotyków, a także dawała im poczucie przynależności. Być może stanowi to jeden z powodów tak nikłej wiedzy na jego temat. Zwłaszcza, że grupę po czasie uznano za „złowieszczą i niebezpieczną”, jak wiele innych tego typu. Żeby zapłacić za te wydawnictwa trudnił się czym popadnie, jak chociażby sprzedażą różnych drobiazgów na ulicy. Pomagali mu w tym członkowie Ruchu i oni także zajmowali się dystrybucją albumu. Nagrywając swoją pierwszą płytę, Dave musiał mieć nie więcej niż dwadzieścia(kilka) lat. I tu właściwie moja wiedza o nim się kończy, a zaczyna muzyka. Spróbujmy jednak z tych odmętów niewiedzy (i oczywiście Internetu) wygrzebać co tylko się da, by śladem wielkich odkrywców przetrzeć szlaki dla potomnych. I choć może jest to niewielki krok dla ludzkości, to mam nadzieję, że okaże się nieco większy dla czytelników Psychosondy i fanów muzyki folkowej w ogóle.

Twórczość

Obie płyty Bixby’ego oscylują gdzieś na pograniczu folkowej psychodelii i melancholijnego, wręcz depresyjnego lamentu. Niekiedy dostrzega się także wątki chrześcijańskie, o tym jednak za moment. Najtrafniej opiszę jednak to, czego możemy się spodziewać, umieszczając jego twórczość gdzieś nieopodal dźwięków znanych z płyt Nicka Drake’a. Dave różni się jedynie tym, że do folku dodał nieco narkotycznych wibracji, a także tym, że przeżył w zdrowiu do dnia dzisiejszego i nawet zdaża mu się grać koncerty w wielu miastach Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, Anglii, Japonii, czy Australii.  Sam Dave pochodzi (najprawdopodobniej) z Grand Rapids w stanie Michigan. Jak już wspomniałem – niekiedy jego muzyka klasyfikowana jest jako „chrześcijański folk”. Jest to o tyle mylące, że religijny folk z reguły kojarzy się z czymś nieco weselszym. Tutaj mamy po prostu do czynienia z intymnymi zwierzeniami autora muzyki i tekstów, który śpiewa, m.in. o uzależnieniu od narkotyków i odnalezieniu Boga właśnie.

Oda do Dave’a Bixby’ego

Pierwszy album, wydany w 1969 roku, zatytułowany jest Ode to Quetzalcoatl.

bixby_dave_odetoquet_101b

Co ciekawe, został on napisany w mniej niż dwa miesiące, co w zupełności nie wpłynęło na jego jakość. Utwór otwierający, to jeden z lepszych momentów na płycie, choć tak na dobrą sprawę cały album stoi na równie wysokim poziomie.  Postanowiłem omówić akurat tę piosenkę, gdyż jest ona dość reprezentatywna dla twórczości Bixby’ego. To, że nie warto skupiać się tu jednak na konkretnych piosenkach, świadczy o tym, że nie jest to album, którego single świecić mogą na czołowych miejscach radiowych list przebojów. Album wypada świetnie jako całość i tak preferuję jego odbiór. Drug Song (bo taką nosi nazwę) to kawałek, który mówi nam sporo o samym artyście, a więc mamy tu motyw przeszłości, która upłynęła pod znakiem narkotyków i szuakania płytkich przyjemności:

Life used to be good, now look what I’ve done, I’ve ruined my temple with drugs, my mind is done

Życie w pigułce, rozliczenie się z błędami wciąż jeszcze młodego artysty i prawdopodobnie także przestroga dla słuchaczy. Utrzymany w mrocznej stylistyce utwór, to wspomnienie burzliwej przeszłości i zakrętów życiowych, które doprowadziły artystę do stanu, w jakim obecnie się znajduje – emocjonalnego rozchwiania i umysłowego paraliżu. Taki smutno-gorzki kawałek, w którym mimo wszystko ja odnajduję nutkę optymizmu. Spowiedź, w której dostrzegam szczerą chęć poprawy i odpokutowania za popełnione grzechy. Reszta albumu utrzymana jest w podobnym tonie – oprócz narkotyków, to odrzucenie przez ludzi i spotkanie Boga (a może i szatana?) miało największy wpływ na jego kształt. Dave porzuca wszelkiego rodzaju używki (jeśli oczywiście nie uznamy Boga za jedną z nich), odrzucając także ludzi i zamykając się w swojej świątyni, którą stał się dla niego Ruch. Była to swego rodzaju ucieczka od świata, który właściwie do chwili obecnej specjalnie się o niego nie upomniał. W każdym razie jest to album, który ma do zaoferowania głębokie duchowe przeżycie, jeśli tylko się na nie otworzymy.

Krok drugi

Następnym krokiem w „karierze” naszego bohatera jest wydanie (jeszcze w tym samym roku) albumu Second Coming.

Tym razem jednak z grupą o nazwie Harbinger. Jest to album podobnie przystrojony w smutek i tęsknotę. Może jeszcze bardziej psychodeliczny, choć nadal (na całe szczęście) nie ma przesady w udziwnieniach. Bo i po co ulepszać coś, co jest dobre w swej prostocie? Warto jednak zwrócić uwagę na „smaczki” w postaci dodatkowego żeńskiego wokalu, czy też delikatnie, jakby nieśmiało zaznaczających swą obecność orientalnych instrumentów. Dzięki obecności zespołu jest on nieco weselszy od poprzednika, choć byłbym niezwykle ostrożny w nazywaniu go „radosnym”.

Królik z kapelusza

Oczywiście w czasach, kiedy Internet jest narzędziem powszechnym, nie ma już prawdziwych tajemnic i królików z kapelusza. Tyczy się to właśnie twórców pokroju Dave’a Bibxby’ego. Bo choć nie znany jest on szerszej publiczności, to króluje w sieci, jako postać, która stworzyła dwie kultowe płyty. Obie niezwykle trudno dostępne jeśli chodzi o oryginale wydania, jednak wznowienia sprzed kilku lat pozwalają na ich zakup za rozsądną cenę. Reedycje te sprawiły, że dziś już ponad sześćdziesięcioletni Dave Bixby może cieszyć się popularnością (oczywiście w pewnych kręgach), śpiewając swoje, napisane gdy miał zaledwie 20 lat, piosenki. Jak zwykle, bo inaczej być w tym wypadku nie może – polecam, gdyż warto sięgnąć czasem głębiej, niż tylko po wypromowanego ostatnio, wspomnianego już na początku Sugar Mana. Choć i ten ostatni jest wart uwagi, ale czuję, że o tym pisać już nie muszę, a nawet nie powinienem… Niech przemówi muzyka.

 

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.