David Bowie - Space Oddity

David Bowie – Space Oddity (1969)

David Bowie jak mało który muzyk naszych czasów zasługuje na miano artysty totalnego. W ciągu pięćdziesięciu lat swojej kariery dał się poznać jako wokalista, multiinstrumentalista, producent, aktor i performer.

Zmieniał image niemal przy każdym albumie, czerpał garściami z wielu gatunków muzycznych, a wszystkie jego wcielenia były dokładnie przemyślane.  Dziś cofniemy się do początków tej fascynującej drogi, kiedy Brytyjczyk istniał w powszechnej świadomości jako młody, ambitny bard grający na 12-strunowej gitarze.

„David Bowie” to drugi solowy album artysty wydany w 1969 roku. Przez wiele lat wznawiany pod tytułem „Space Oddity”, za sprawą utworu otwierającego płytę. Dziś luksus posiadania pierwszej edycji z niebiesko-zieloną okładką (wyd. Philips) to koszt rzędu 1 500 zł, dlatego ja byłem zmuszony posłużyć się reedycją z lat 70-tych. Na niej Bowie został już ukazany jako glam-rockowa gwiazda, co niezbyt pasuje do zawartości krążka. Przymknę na to oko, bo zakładam, że prędzej czy później 1st press i tak trafi w moje ręce.

David Bowie - Space Oddity - foto 1 „David Bowie” (wyd. Philips 1969) i „Space Oddity” (wyd. RCA 1972)

Myślę, że wspomnianego już „Space Oddity” nie muszę nikomu przedstawiać. Piosenka jest do dziś jednym z największych przebojów Davida. To również idealny przykład popularnego wówczas space-rocka. Kosmos w drugiej połowie lat 60-tych był bardzo modnym motywem, nic dziwnego, że inspirował także muzyków. Cały świat z zapartym tchem śledził wyścig na Księżyc prowadzony przez USA i ZSRR.

Rywalizacja obu mocarstw przysłużyła się singlowi, gdyż finalnie wykorzystano go podczas telewizyjnej transmisji z historycznej wyprawy Apollo 11, przez co zyskał rozgłos. W gruncie rzeczy przekaz piosenki jest bardzo pesymistyczny. Lot w Kosmos posłużył jako metafora alienacji człowieka, który wskutek awarii kapsuły traci łączność z Ziemią i jest skazany na dożywotnie dryfowanie w pustej przestrzeni. Historia zawarta w tekście i dramaturgiczne wykonanie wzrusza mnie przy każdym odsłuchu. Dziś ze świecą można szukać muzyki popularnej na tak wysokim poziomie.

Dalsza część albumu nie kontynuuje kosmicznego klimatu, nie jest też tak bardzo komercyjna. Reszta utworów to dobrze wykonany folk-rock doprawiony szczyptą psychodelii. W tym stylu jest choćby „Unwashed and Somewhat Slightly Dazed”, zalatujący trochę Dylanem. Utwór szybko jednak wymyka się wszelkim klasyfikacjom. Wraz z dynamiczną partią harmonijki rośnie w nim napięcie i improwizacja. Bowie już na tak wczesnym etapie swojej kariery nie boi się eksperymentów, a jego priorytetem jest przede wszystkim przekaz i ekspresja artystyczna.

David Bowie - Space Oddity - foto3

Dowodzi tego także 9-minutowe dzieło pt. „Cygnet Committee”. W tym utworze artysta zapowiada koniec epoki hipisów, którzy według niego wkrótce porzucą swoich guru i utopijne wizje lepszego świata. Co ciekawe, album wydano miesiąc przed festiwalem w Woodstock, kulminacyjnym wydarzeniem dla kultury dzieci-kwiatów, a David musiał napisać ten tekst jeszcze wcześniej. Historia nam pokazała, że się nie mylił.

Oprócz utworów zaangażowanych społecznie, na płycie znalazły się również lżejsze piosenki, zagrane akustycznie. Należy do nich m.in. łagodna ballada „Letter to Hermione” dedykowana ówczesnej dziewczynie muzyka Hermione Farthingale. Miałkimi i nijakimi utworami są „Janine” i „An Occasional Dream”, które można nawet pominąć. Radzę jednak nie rezygnować ze słuchania całej płyty, bo trzy ostatnie kawałki przywracają wysoki poziom.

Zacznijmy od inspirowanego buddyzmem „The Wild Eyed Boy from Freecloud”. Zaczyna się bardzo spokojnie i niewinnie. To chyba najbardziej progresywna pozycja na płycie, z rozbudowaną linią melodyczną i gościnnym udziałem orkiestry. Następną kompozycją jest „God Knows I’m Good”, przy której znów wracamy do „Davida-społecznika”. Tym razem śpiewa o biednej, starej kobiecie, która zmuszona przez głód, dokonała kradzieży w sklepie spożywczym. Wiem, że dziś brzmi to naiwnie i śmiesznie, ale piosenka idealnie pasuje do klimatu lat 60-tych i ewidentnie ma swój urok.

David Bowie - Space Oddity - coverDavid Bowie w 1969 roku

Teraz przyszedł czas na rewelacyjne zamknięcie albumu. „Memory of a Free Festival” to mój ulubiony utwór z tego krążka, lepszy nawet niż słynne „Space Oddity”. Choć Bowie kilkanaście minut temu wieńczył hipisom marny koniec, tu wraca do czasów, gdy sam dla nich występował jako początkujący artysta, podczas młodzieżowych, plenerowych festiwali. Piosenka jak mało która oddaje klimat tamtych psychodelicznych lat. Druga połowa zawierająca powtarzany wers “The Sun Machine is coming down and we’re gonna have a party”, pozwala nam odlecieć jak po zażyciu najlepszego środka psychoaktywnego. Ta płyta nie mogła się skończyć lepiej!

Album „David Bowie” często ginie pośród późniejszych arcydzieł muzyka: concept albumu „Ziggy Stardust…”, berlińskiej Trylogii, czy popowego „Let’s Dance”. Warto jednak dać tej płycie szansę i przesłuchać ją choć raz. Zarejestrowano tu ciekawy okres artystycznego dojrzewania jednego z najwybitniejszych rockowych twórców. Jeżeli będzie wam mało, radzę przeszukać resztę jego dyskografii. Przynajmniej jedną płytę Davida wypada mieć na półce!

Zodiakalny rak, który mówi o sobie, że urodził się o kilka dekad za późno. Muzycznie od zawsze należy do lat 60-tych i 70-tych. Jego trójca święta to Kate Bush, David Bowie i The Rolling Stones. Obraca się wśród wielu gatunków muzycznych - obecnie jest pochłonięty wyławianiem pereł z morza muzyki rozrywkowej PRLu. Ponadto intresuje go archiktektura socmodernistyczna. Rodowity poznaniak.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • druh dawnych lat – Talson
    druh dawnych lat – Talson 15 czerwca 2015, 23:17

    Hołd Bowiemu, Hołd Tobie.
    Cudownie piszesz o muzyce.
    Wspomnij mnie czasem !