Dschinn – Dschinn (1972)

Co by było, gdyby The Who circa „Live at Leeds” miast wirtuozerskich Brytyjczyków, przybrało szaty solidnych krautrockowców, zamieszkało w Hessen i nagrywało dla Bacillus Records? Pewnie nazywaliby się Dschinn.

Graliby nieco ciężej, tak w duchu „Heaven and Hell” ze wspomnianej płyty, nie mieli ambicji operowych, stawiając na bluesa, a na ich pierwszej płycie można by usłyszeć Black Sabbath, Grand Funk, Blue Cheer, Uriah Heep, czy pozorne bałaganiarstwo „Flight of the Rat” Deep Purple, minus Hammondy.

Panowie z Dschinn jeśli wierzyć pogłoskom, zaczynali karierę nie byle gdzie, bo w hamburskim klubie Star-Club, więc wychodzi na to, że ich korzenie muzyczne sięgają tak samo głęboko, jak grup wymienionych powyżej – w związku z czym trudno uznać ich za naśladowców „wielkich kapel rocka” lub marną podróbkę czegokolwiek. Nawet bez tej wiedzy, na płycie po prostu słychać korzenie rocka, a nie nawiązanie do nich, i to broni się samo w sobie nawet po 43 latach.

Wystarczy posłuchać wokalisty (i gitarzysty rytmicznego) grupy, Petera Lorenza – ekspresja Rogera Daltreya, wibrato a’la David Byron, a barwa gdzieś tak zahacza o Wildschweina z Grobschnitt, zmiksowanego z Berndem Noske (tak wiem, za dużo słucham Birth Control). Jego wokal już w pierwszym utworze „Freedom” robi niesamowite wrażenie, i świetnie uzupełnia hard rockowe riffy najwyższej próby, refren natomiast jest taką garage-rockową wariacją nad Uriah, jeśli już porównywać muszę. Bardzo sympatycznie się tego słucha, a jeszcze przyjemniej słucha się takiej muzyki na żywo. Ten ponury sabbathowy riff w następnym na płycie „Fortune”! Pomarzyć!

Gitarzysta prowadzący, Bernd Capito, to też 100% zawodowiec, który niby gra sobie przesterowanego fuzz bluesa cały czas, stąd moje skojarzenie z Blue Cheer, ale robi to na tyle charakterystycznie, że nie byłem w stanie znaleźć podobnego gitarzysty. Przyznaję jednak, że rozwiązania melodyczne solówki do „I Wanna Know” skojarzyły mi się z tymi z debiutu grupy Eloy, ale to akurat taka kompozycja, także jeśli chodzi o riffy i pracę sekcji.

Sekcja jest bardzo solidna, może nie wirtuozerska na miarę najlepszej moim zdaniem sekcji rockowej Entwistle/Moon, ale bardzo solidna. Athanasios Paltoglou i Uli Mund nie starają się ścigać z Keithem, chociaż są w przewadze, a Silvio Verfurth ma swój moment w „Smile of the Devil”, proszę posłuchać też „I’m in Love”!

„Smile of the Devil” zresztą kojarzy mi się ze wspomnianym wcześniej Grobschnitt, z okresu (2 lata późniejszego od płyty Dschinn) albumu „Ballermann”. I wokal i nastrój przywołują mi na myśl „Drummer’s Dream” i „Magic Train”. A kto woli magiczne autobusy, również coś dla siebie znajdzie – proszę posłuchać pracy perkusyjnej w „Let’s Go Together”.

Jest tylko jedna rzecz, która mnie nie przekonuje, ale to tłumaczyło by historię ze Star-Club – dżinowa interpretacja „For Your Love” Yardbirds. Jest stylowa, jest zawodowa, ale nie przekonuje mojego ucha i tyle.

Maksymalnie rozbraja mnie natomiast „Train”, w którym beatlesowska harmonijka ustna łączy się z ciężkimi riffami. I taki hołd dla dni w Star-Club jak najbardziej mi odpowiada. Jeśli to oczywiście prawda, że tam zaczynali – nawet jeśli słychać, że grać nie nauczyli się w hesseńskim garażu – to świat rock’n’rolla pełen jest niezbadanych legend, mitów i półprawd… ale czasem warto potrzeć zakazaną butelkę i wydobyć z niej jakiegoś zapomnianego Dżina. Dla fanów hard rocka, którzy zjedli zęby na wszystkich wymienionych w tym tekście, a nowe zjawiska mają dla nich za mało ikry.

Zawodowo poeta, rekreacyjnie muzyk zaprzeczający własnej zawodowej muzykalności. Prywatnie laureat nepalskiej nagrody Myśliciel Roku, ekspert od komercyjnych samobójstw, miłośnik krautrocka, rumu, bułgarskiego wina, muzyki elektronicznej, starego hard rocka, kultury kasetowej i Jean-Michela Basquiata. Ma bzika na punkcie Nico i Davida Bowie. Niby poszukiwacz nocnego kresu awangardy, a w głębi duszy 15-letni fan Kiss i Kylie Minogue.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.