Fate – Sgt. Death (1968)

Wietnam. Wojna. Tematy, które dla zespołów (zwłaszcza) psychodelicznych przełomu lat 60/70 były często idee fixe działalności. Wyraz sprzeciwu wobec absurdu wojny pojawiał się w utworach, na koncertach, na manifestacjach i happeningach. Zespół Fate poświęcił tematyce wojny i śmierci całą płytę, sugestywnie zatytułowaną Sgt. Death (1968). Tajemnica, atmosfera niepokoju, strach dominują na tej płycie zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej.

Zdecydowanie najbliżej stylistycznie zespołowi Fate do The Doors. Często instrumenty klawiszowe przypominają brzmienie Raya Manzarka, a i sam sposób śpiewania i podejścia do melodyki Franka Youngblooda przypomina Jima Morrisona (wystarczy posłuchać utworu Simone). Osobno należy wyróżnić gitarzystę Steva Dore’a , który swoimi zmyślnymi wstawkami solowymi świetnie dopełnia atmosferę tej płyty.

Album otwiera fenomenalny (jakby to dziwnie nie zabrzmiało – przebojowy) utwór tytułowy Sergeant Death. Na szczególną uwagę zasługuje także posępny Mannequin, z którego emanuje atmosfera fatalizmu i zwątpienia. Album kończy bardzo ładny, delikatnie jazzujący Smoke & Stone.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.