Ford Theatre – Trilogy for the Masses (1968)

Dziś słuchamy psychodelii, której przyklasnąłby sam Lincoln.  Nazwa Ford Theatre pochodzi od miejsca, w którym zamordowano Abrahama Lincolna. W tamtych czasach taka korespondencja wśród wielu spadkobierców wiktoriańskiej wrażliwości musiała tworzyć malownicze grymasy na twarzach.

Ford Theatre to przedstawiciel zasłużonej bostońskiej sceny psychodelicznej (Bosstown Scene), z której wywodzili się choćby Ill Wind czy Ultimate Spinach. Nagrali dwa albumy: Trilogy for the Masses (1968) i Time Changes (1969) po czym rozeszli się w bardziej nieokreślonych kierunkach. Jako przykład doskonałego psychodelicznego rzemiosła na szczególną uwagę zasługuje debiut.

Ford Theatre – Trilogy for the Masses (1968)

Kompozycyjnie Trilogy for the masses jest jedną suitą podzieloną na kilka części z dwoma głównymi, ponad dziesięciominutowymi utworami. Zaczyna się instrumentalnym Theme for the Masses – elegijnym motywem spajającym cały suitę, któremu nastrojowości i powagi dodaje sekcja smyczkowa. Stylistycznie dość blisko tu do progresywnego grania spod znaku Procol Harum. Motyw Theme for the Masses pojawia się kilkakrotnie w kolejnych częściach suity, a także stanowi jej zwieńczenie. 101 Harrison Street to już 10 minut najczystszej psychodelicznej podróży. Utwór oparty jest na mocnej, ciągłej, hipnotycznej zagrywce sekcji rytmicznej, co chwila przełamywanej dodatkowymi seriami uderzeń w bębny. Niespokojny, pulsujący i rozbujały rytm tworzy doskonały podkład do nieskrępowanych eskapad gitar i Hammondów. Solówka goni solówkę. Najpierw klawisze. Potem gitara. Do niej po chwili dołącza druga. Następnie znów klawisze i towarzysząca im jedna z gitar. I tak bez końca. Prawdziwa kanonada. Na specjalne wyróżnienie zasługuje również wokal – czysty, melodyjny, dopasowany stylistycznie, dobrze umiejscowiony na scenie.

Podobnie brzmi kolejny „długas”, czyli From a Back Door Window (The Search). Choć jest on nieco spokojniejszy – sekcja już tak bardzo nie galopuje, a w końcowych partiach utwór znacznie zwalnia udając się w znacznie bardziej mroczne muzyczne regiony, zmieniając się w posępny i niepokojący, nieco kakofoniczny i mocno rozimprowizowany fantazmat pełen dysonansów, połamanych rytmów, świszczących i gwiżdżących przesterów gitar, niespokojnie wibrujących talerzy i gęstych bębnów. Tutaj instrumentarium zamienia się rolami – to klawisze grają podkład, a w roli solisty pojawia się perkusja. Oj, bardzo przypomina to koncertowe improwizacje The Doors. Back to Philadelphia to znacznie wolniejszy, „wycofany”, wręcz leniwy kawałek z dominującymi gitarami. Album zamyka bardzo melodyjny, coutnry’owy Postlude, Looking back.

Jest to przemyślany i spójny album. Brzmi świeżo, autentycznie i różnorodnie. Nie ma szans, aby dosięgnął go kurz na półce!

Wybitny humanista, profesor psychodelii stosowanej na uniwersytecie Haight-Ashbury, wieloletni badacz transfiguracji percepcji, wędrowiec po odmiennych stanach świadomości, uczestnik wielu ekspedycji naukowych w poszukiwaniu winylowych skamielin, odznaczony orderem virtuti meskalini.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.