Grobschnitt - Ballermann (1974)

Grobschnitt – Ballermann (1974)

Niemiecka grupa Grobschnitt znana jest nie tylko z progresywnego, space-rockowo melodycznego grania, ale też ze specyficznego poczucia humoru. Podwójny album Ballermann jest chyba najciekawszym z wczesnych dokonań zespołu.

„Hello my dear friends! Here I am again with my music!”

Tak wita nas Eroc, perkusista grupy, przedstawiając później przyjaciół, którzy zaśpiewają razem z nim pieśń o Ali Babie przywiezioną z Afryki: „Sahara”. „Do you like it?” „Yes, you do!” Pomimo sporego dystansu i poczucia humoru melodia, na której oparta jest ta kompozycja jest naprawdę dobra, a aranżacja smakowita, space-rockowa, mieszcząca się między późnym Eloy a Hawkwind z epoki Calverta. Podoba mi się tutaj gitara, podoba mi się wszystko – nawet pastiszowy wokal. Śpiewa rzecz jasna Eroc – dziwacznie zresztą. Ale dziwaczne jest też poczucie humoru Grobschnitt – w jednej piosence Ali Baba, jego kości, bitwa na śnieżynki, darmowe koncerty – jednym słowem pełne szaleństwo – nie bierzemy jeńców. Jeśli ktoś nie kupi „Sahary”, wątpię żeby kupił Grobschnitt w całości – będzie jedynie lubił te bardziej „ludzkie” fragmenty ich repertuaru, ale zapewne nie cały ogromny pakiet odjazdowych imprez. I straci sporo dobrej zabawy.

 „Nickel-Odeon” jest następny. To zdecydowanie bardziej „poważne” granie, z Hammondami, połamane, z dobrymi riffami, solówkami gitary – próbowałem sobie przypomnieć jakąś kaszankę, która wyszła spod palców Lupo, ale to na pewno nie miało miejsca na tej płycie – tutaj gitarzysta przyrządza raczej zupę meksykańską. Jest ostro, jest smakowicie, a do tego podane z klasą w dobrej restauracji „Pod Dziką Świnią”. Wokal Wildschweina to taki zmutowany soul, bardzo emocjonalny, ciekawie przetworzony, a to, co pod tym wokalem pichci Lupo… ech, ale o tym już pisałem. Mocny, progresywny kocioł życia, gdzie czarny humor spotyka wesołą rzeczywistość. I co najważniejsze, nie nudzi przez całych 9 minut.

Grobschnitt - Ballermann (1974)

A teraz zrobi się bardzo spokojnie – wręcz ładnie. Na zakończenie strony A mamy bowiem balladę „Drummer’s Dream” z naprawdę przyjemnym tekstem, zwiewną melodią, która zabiera nas do parku, nad morze, gdziekolwiek, dokąd prowadzą wspomnienia naszego dzieciństwa, i gdzie znajdujemy spokój. Podoba mi się też rozwój tej kompozycji, zmiana tempa, rytmu, także wah-wah… Zaraz zaraz… Nektar – „Sounds Like This…”! Wiedziałem, skąd te pomysły. Z tym że nie jest to kalka, to identyczna pozytywna wibracja, przekaz i psychedeliczna zwiewność. Świetne zakończenie strony A i człowiek już nie może się doczekać odwrócenia płyty na drugą stronę.

A tam czeka już na nas „Morning Song”, kontynuacja „Drummer’s Dream”. Znów bardzo nektarowe riffy, brzmienie, koncepcja. Musieli panowie z Grobschnitt bardzo lubić album „Sounds Like This…”, albo po prostu lata 73-74 miały taką wibrację. Znów dostajemy czad na koniec – podoba mi się bardzo ta solówka Lupo. Potem zespół zabiera nas do cyrku – albo to kupujesz, albo nie…

Ja to kupuję i już wsiadam do „Magic Train” – tym magicznym pociągiem przejedziemy się najpierw do małego niemieckiego miasteczka z lat dzieciństwa członków grupy – przy akompaniamencie klawiszy. Następnie Wildschwein nada sygnał do wyjazdu stamtąd swoim wokalem na tle melotronu i stopy Dochodzi hi-hat, dalsze warstwy syntezatorów, a w 4 minucie 20 sekundzie odjeżdżamy niesieni jakimś klasycyzującym motywem, i już na pokładzie magicznego pociągu wysłuchujemy dalszej opowieści. Po 7. minucie robi się ciekawie i nieco jazzowo za sprawą gitary Lupo. Potem mamy odpowiednio ciepłe chórki, i dalsze popisy gitarzysty. Jest już bardziej żywiołowo, a melodia znana nam z poprzednich zwrotek rozpędza się, nabiera kolorytu i rockowego pazura. Miodzio.

Ale prawdziwie miodnie – a do tego słonecznie – robi się na drugiej płycie. Muzycy częstują nas bowiem studyjną wersją „Solar Music” – podzieloną na 2 części 33 minutową space-rockową jazdą bez trzymanki. 1! 2! 3! 4!

Grobschnitt - Ballermann (1974)

 Co można napisać o tym arcydziele space-rocka? Znamy je również z wykonania koncertowego, zawartego na kultowej w pewnych kręgach płycie „Solar Music Live” (1978), a także z „Sonnentanz Live” (1985) oraz z wielu innych kompilacji czy boxów, o których się nie wypowiem, bo nie posiadam w kolekcji – aż takim maniakiem Grobschnitt nie jestem.

Wydaje mi się jednak, że nagranie tej, nazwijmy ją, suity z „Ballermann” to pierwsze, które usłyszały Niemcy, a potem świat.

Do you hear solar music?

Strona A, czyli część pierwsza „Solar Music”, zaczyna się progrockowo/hardrockowo i bez siatki bezpieczeństwa, a całości doprawia dziwny, ale w sumie odpowiednio nawiedzony i pełen pasji wokal Wildschweina. Specyfika tego wokalu może na początku odstraszyć, ale wydaje mi się, że jest on jednym z czynników wyróżniających czy wręcz definiujących kunszt Grobschnitt, podobnie jak gitara Lupo czy syntezatory i organy Mista. Od minuty 4 zostajemy jednak wystrzeleni na orbitę i zostajemy zapytani „Czy słyszysz słoneczną muzykę?”. Wiele razy. Słyszymy oczywiście ptaki (to chyba jakiś standard – swoją drogą muszę kiedyś zrobić listę krautrockowych kompozycji z ptakami w tle), a potem robi się floydowsko. Mocno floydowsko. Proszę posłuchać od 7 minuty. Od 9. wiemy jednak, że to Grobschnitt – charakterystyczna gitara Lupo rozwiewa wątpliwości. I tak sobie to wszystko krąży wokół Słońca, wchodząc w Eloyowsko-Hawkwindowe klimaty, w zakończeniu natomiast Eroc rozpędza się na perkusji i… koniec strony A!

Część druga „Solar Music” wydaje mi się bardziej progresywna niż space-rockowa, także za sprawą klawiszy Mista, które są głównym daniem gdzieś tak do szóstej minuty, gdzie słyszymy szalony śmiech, a Mist przerzuca się na zabawki elektroniczne z epoki, zdaje się że z pomocą Eroca. Przypomina się wcześniejszy o rok „Sonic Attack” Hawkwind. Zwłaszcza z tym maniackim wokalem Wildschweina, który znów pyta (tym razem śpiewająco) o to „czy słyszysz… słoneczną… słoneczną…”.

Zdawałoby się, że kompozycja tutaj się rozkręci, ale byliśmy cały czas wodzeni za nos. Za sprawą Lupo i organów część druga osiąga stratosferę dopiero przed 10 minutą. Myślę, że tę solówkę ma wrytą w pamięć każdy fan krautrocka. Definicja progresywnego odłamu tego „stylu”. Lupo jest tutaj nie do zatrzymania – tak powinien brzmieć psychedeliczny Gibson Les Paul. Solówka milknie szalonym wah-wah, a my żegnamy się ze słoneczną muzyką spokojnym graniem, które mi na myśl przywodzi wyczyny późniejszej nieco niemieckiej grupy (czy projektu) Blonker – debiut również na Brain – i to bynajmniej nie jest zarzut. Po takiej porcji szaleństwa jest bowiem czas zaparzyć sobie herbatę i przypomnieć o istnieniu planety, kraju, miasta, dzielnicy, domu i pokoju, a przede wszystkim gramofonu, którego talerz właśnie przestał się obracać.

Dla mnie „Ballermann” to klasyka niemieckiego rocka z epoki, i byłoby mi wstyd nie polecić Wam tej jedynej w swoim rodzaju podwójnej płyty. Usłyszcie słoneczną muzykę i – miłego słuchania!

 

Zawodowo poeta, rekreacyjnie muzyk zaprzeczający własnej zawodowej muzykalności. Prywatnie laureat nepalskiej nagrody Myśliciel Roku, ekspert od komercyjnych samobójstw, miłośnik krautrocka, rumu, bułgarskiego wina, muzyki elektronicznej, starego hard rocka, kultury kasetowej i Jean-Michela Basquiata. Ma bzika na punkcie Nico i Davida Bowie. Niby poszukiwacz nocnego kresu awangardy, a w głębi duszy 15-letni fan Kiss i Kylie Minogue.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.