Kaleidoscope – Beacon From Mars (1968)

Dziś posłuchajmy drugiej, najlepszej IMO płyty Kaleidoscope Beacon from Mars z 1968 roku. Dodam od razu, że chodzi o amerykański band, gdyż w tym samym czasie na angielskiej ziemi inny Kaleidoscope penetrował ścieżki psychodelicznych Beatlesów.

Beacon From Mars to płyta mocno zróżnicowana stylistycznie. Mamy tutaj psychodelię, blues, folk (irlandzki, wschodni), a nawet country. Wszystko jednak bardzo zgrabnie zagrane i soczyście zaśpiewane. Króciutką recenzję tej płyty zacznę od jej końca, gdyż to właśnie wieńczący album tytułowy Beacon From Mars jest rasową, rozlazłą (w pozytywnym tego słowa znaczeniu) dwunastominutową psychodelią. Jeśli ktoś lubi powoli wkręcać się w utwór i zatapiać się w jego tajemniczej atmosferze – polecam. Wracamy na początek płyty, która wyjątkowo dobrze się zaczyna przebojowym I Found Out. Dalej mamy tradycyjny, irlandzki folk Greenwood Sidee, który brzmi niemal tak, jakby zaśpiewali go The Clancy Brothers. Później utwór Life Will Pass You By, „wyciągnięty” z pierwszych płyt The Byrds. Wschodni klimat powiewa na całego z jedenastominutowego, nastrojowego Taxim, by uroczy cajun Louisiana Manzawiódł nas prosto na amerykańską prowincję:) Z pewnością mocnym punktem albumu jest You Don’t Love Me, który soczystym riffem i nakręcającą melodią dorównuje temu, co proponowały najlepsze kapele blues-rockowe tamtych lat…

Po tych kilku słowach widać, że nieźle zmieszały się klimaty na tej płycie. To w zasadzie opus magnum tej kapeli, które mimo, że miało dobre recenzje, sprzedawało się licho. Kaleidoscope nagrali jeszcze później parę albumów, ja jednak z przyjemnością zawsze wracam do tej psychodelicznej mieszanki z 1968 roku.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.