Michael Jackson i Prince

Michael Jackson i Prince. Historia rywalizacji

Ledwie kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się, że wydany końcem ubiegłego roku HITnRUN Phase Two był ostatnim albumem w karierze Prince’a. Niespodziewana śmierć legendarnego artysty natychmiast obiegła serwisy internetowe na całym świecie. Przez wielu obserwatorów porównana została do równie przedwczesnego pożegnania z Michaelem Jacksonem. Jednak tych dwóch artystów łączyło o wiele więcej, niż wielu mogłoby się wydawać.

Ciekawa anegdota z końca roku 1985. Prince przebywał wówczas w Los Angeles, nagrywając muzykę do swojego nowego filmu „Under the Cherry Moon”. W studiu pojawił się Michael Jackson. Po krótkiej pogawędce, Prince zaproponował mu partyjkę ping-ponga. Problem polegał na tym, że Michael, który niemal całe swoje życie spędził w studiu nagraniowym i trasie koncertowej, nigdy wcześnie nie grał w tenisa stołowego. Nie odrzucił jednak zaproszenia. Po chwili obaj odbijali piłkę. Prince wcale nie zamierzał jednak oszczędzać początkującego gracza. Z każdym kolejnym uderzeniem piłka szybowała w stronę Michaela z coraz to większą prędkością. Ten ostatni, coraz bardziej przerażony, w końcu opuścił paletkę i zakrył twarz dłońmi. Już po wszystkim, rozemocjonowany Prince żalił się jednemu ze swoich współpracowników: „Czy tyś to widział? On grał jak Helen Keller!”.

Owa „batalia” przy stole ping-pongowym nie była pierwszą, o którą podejrzewa się obu artystów. Gdy w 1982 Michael wydał „Thrillera”, najlepiej sprzedający się album w historii muzyki, Prince potraktował to jako wyzwanie. Do tego stopnia, że znacznie zmienił koncepcję swojego kolejnego dzieła – „Purple Rain”. Gęste melodie soulowo-funkowe zastąpił trafiający do szerszego grona słuchaczy rock. „Purple Rain” także stał się jednym z najlepiej sprzedających się wydawnictw w historii. Jednak by zrozumieć, dlaczego rywalizacja między Princem a Jacksonem zawsze wzbudzała tyle emocji, trzeba cofnąć się jeszcze bardziej.

Wydany przez Michaela Jackson album Thriller stał się najlepiej sprzedającym się album wszech czasów, poniżej popularny teledysk do tytułowej piosenki.


Soundtrack to „Purple Rain”, zawierający takie przeboje jak utwór tytułowy i „When Doves Cry”, także znalazł się w czołówce bestsellerów.

Dzieciństwo u wrót nowych czasów

Obaj artyści przyszli na świat w roku 1958, w odstępie zaledwie kilku miesięcy. Ledwie trzy lata po tym, gdy czarnoskóra Rosa Park odmówiła ustąpienia swojego miejsca w autobusie białemu mężczyźnie, naruszając obowiązujące przepisy o segregacji rasowej. Gary w stanie Indiana, miejsce urodzenia Michaela, oraz North Minneapolis w Minnesocie, rodzinne miasto Prince’a Rogersa Nelsona, to klasyczne, przemysłowe miejscowości, jakich mnóstwo było w Stanach Zjednoczonych lat 50.  Ojcowie przyszłych gwiazd muzyki pracowali fizycznie, by utrzymać swoje rodziny. Na pozór były to najzwyklejsze w świecie, robotnicze, czarnoskóre domy. Było jednak coś, co wyróżniało je spośród setek tysięcy podobnych domów.

Po godzinach ciężkiej pracy jako operator dźwigu, Joseph Jackson udzielał się w założonym ze znajomymi zespole bluesowym The Falcons. Z kolei John Nelson, ojciec Prince’a, próbował swoich sił jako pianista w jazzowym zespole The Prince Rogers Trio. Żaden z nich nie osiągnął sukcesu jako muzyk. Rzeczywistość zmusiła ich do porzucenia marzeń o karierze muzycznej i skoncentrowania się na obowiązkach głowy rodziny. Joseph i John byli surowymi ojcami. W swoich dzieciach widzieli szansę na osiągnięcie sukcesu, którego nie udało im się osiągnąć samodzielnie. Właśnie dlatego John nazwał syna po swoim jazzowym zespole. Z kolei Joseph robił wszystko w swojej mocy, by Michael i jego bracia podpisali kontrakt z wytwórnią płytową. W tym właśnie celu organizował trwające często do rana próby. Michael, który szczególnie wyróżniał się talentem do śpiewania i tańczenia, stał się frontmanem grupy, a równocześnie głównym obiektem surowej musztry Josepha Jacksona.

Jackson 5Michael (pierwszy z prawej na dole) sceniczne życie zaczął od najmłodszych lat.

Michael już jako dziecko zaznał smaku sławy. Prince podpisał swój pierwszy muzyczny kontrakt dopiero w wieku 17 lat. Ten pierwszy właściwie całe swoje dzieciństwo spędził na scenie i w studiu nagraniowym. Dla nieśmiałego chłopaka oznaczała to niemal kompletny brak kontaktu z rówieśnikami. Prince także należał do wyjątkowo aspołecznych dzieci. Jednak w jego przypadku objawiało się to skłonnością do noszenia ekstrawaganckich ciuchów i uporczywą chęcią łamania wszelkich możliwych tabu.

PrincePrince dopiero w wieku 17 lat znalazł się na drodze do sławy.

Wszystkie te podobieństwa i różnice miały odegrać kluczową w rolę w kształtowaniu się artystycznych profili obu muzyków, którzy na początku lat 80. sprawili, że nagrania czarnoskórych piosenkarzy trafiły na ekrany telewizorów.

„Big Boy” – jedno z pierwszych nagrań Michaela Jackson i jego braci, wydane w roku 1968, gdy Michał miał tylko 10 lat, dla Steeltown Records

„Soft and wet” z 1978 było pierwszym singlem w karierze 20-letniego wówczas Prince’a

Był sobie teledysk

Rok 1982 był bardzo ważny zarówno dla Michaela, jak i Prince’a. Choć już poprzedni album Jacksona „Off the Wall” okazał się ogromnym, komercyjnym sukcesem, to jednak wydany właśnie wtedy „Thriller” wyniósł go na absolutny szczyt. „Thriller”, który w znacznym stopniu przyczynił się do spopularyzowania teledysków, ujrzał światło dzienne nieco ponad rok po rozpoczęciu działalności przez MTV.

MTV początku lat 80. niczym nie przypominała stacji, jaką znamy dzisiaj. Wtedy na listach przebojów niepodzielnie królował rock. MTV grała więc niemal wyłącznie muzykę rockową. W rezultacie, właściwie jedynym czarnoskórym, jakie można było na niej uświadczyć był… prezenter J.J. Jackson. Polityka stacji wzbudzała spore kontrowersje i krytykę także ze strony białych artystów.

2 stycznia 1983 ukazał się pierwszy teledysk z „Thrillera” – „Billie Jean”. Według krążących w tamtym czasie plotek, prezes Grupy CBS Records Walter Yetnikoff zagroził usunięciem z MTV wszystkich należących do grupy nagrań, jeśli stacja nie zgodzi się na wyświetlenie teledysku Jacksona. Bez względu na to czy plotka ta jest prawdziwa, mówi wiele o klimacie, jaki panował wówczas wokół stacji. Ostatecznie teledysk do „Billie Jean” został wyświetlony i natychmiast okazał się ogromnym sukcesem. Piosenka przez wiele tygodni utrzymywała się na pierwszym miejscu listy przebojów Billboard.

Michael Jackson Motown 25 yearsSłynnym występem na koncercie z okazji 25-lecia wytwórni Motown, Jackson przypieczętował sukces Billie Jean.

Dla Prince’a rok 1982 przyniósł wydanie albumu „1999″ – pierwszego krążka artysty, który zanotował spektakularny sukces komercyjny. Teledyski do singli „1999” i „Little Red Corvette” także przebiły się przez gęstą pro-rockową sieć MTV, stając się telewizyjnymi hitami lat 1982-1983. Razem z teledyskami z „Thrillera”, stały się pierwszymi filmami czarnych artystów granymi przez MTV regularnie. W ten sposób trafiły do znacznie szerszego grona słuchaczy, osiągając niezwykły sukces komercyjny i otwierając drogę do podobnych osiągnięć dla kolejnych zastępów czarnoskórych artystów.

Prince - Little Red CorvetteTeledysk do „Little Red Corvette” był obok filmów Michaela Jacksona najczęściej wyświetlanym dziełem czarnego muzyka w pierwszych latach istnienia MTV.

W roku 1983 Michael i Prince znaleźli się na widowni podczas koncertu Jamesa Browna – swojego wielkiego idola i kolejnego artysty, którego muzyka i życie miało niezwykle pozytywny wpływ na otwarcie się wielu drzwi dla czarnoskórych talentów. W trakcie koncertu, Michael i Prince zostali kolejno poproszeni na scenę. Był to jedyny raz, gdy obaj, choć tylko na moment, znaleźli się na niej równocześnie.

Michael i Prince podczas koncertu Jamesa Browna

His Royal Badness i perfekcyjny chłopak z sąsiedztwa, czyli who’s bad

Niewielu fanów Michaela Jacksona i Prince’a zdaje sobie sprawę, w jak dużym stopniu te nieustanne porównania obu artystów wpłynęły na ich artystyczne kroki. Michael, uznawany powszechnie za grzecznego, ułożonego i uroczego „chłopaka z sąsiedztwa”, próbował przekonać publiczność, że wcale nie ustępuje Prince’owi, który zdążył się dorobić przydomka „His Royal Badness”, pod względem artystycznego szaleństwa. Z kolei Prince nie mógł wyjść z podziwu wobec komercyjnego sukcesu Jacksona, komentując powodzenie „Thrillera” słowami: „Muszę zrobić to samo. Muszę być największy”.

Dla Prince’a, próbą zdetronizowania „Króla Popu” był wydany w 1984 „Purple Rain”. Z kolei Jackson niedługo potem w pocie czoła pracował już nad kontynuacją „Thrillera” – albumem „Bad”. To właśnie wtedy perspektywa współpracy między Michaelem a Prince’em najmocniej się przybliżyła. W trakcie prac nad „Bad”, Michael napisał tytułową piosenkę, w której stara się przekonać słuchaczy, że to właśnie on jest „bad”. I to właśnie Prince miał mu w tym pomóc. „Bad” był pomyślany jako duet między artystami. Jednak Prince odrzucił zaproszenie do współpracy. Dlaczego? Wszystko wyjaśnia poniższy fragment wywiadu z Prince’em.

Gdyby współpraca między Michaelem i Prince’em doszła do skutku, to właśnie ten ostatni wcieliłby się w rolę opryszka, do którego Michael śpiewa „twój tyłek jest mój”. Trudno dziwić się, że nic z tego nie wyszło. Na odchodne, Prince oznajmił, że piosenka będzie wielkim przebojem bez względu na to, czy w niej wystąpi, czy nie. Miał rację. W 1987 „Bad” poszybowało na szczyt amerykańskiej listy przebojów Billboard.

Utwór  i teledysk „Bad” miały być oryginalnie duetem między Michaelem Jacksonem i Princem

Religijna dewocja i… seksualna rewolucja

Gdy przyjrzeć się karierze obu artystów z bliska, trudno oprzeć się wrażeniu, że wiele z ich wyborów było przepełnionych sprzecznościami. Obaj byli bardzo religijni. Michael wychowany zostało jako świadek Jehowy. Prince stał się świadkiem Jehowy już jako dorosły człowiek, po 2-letniej wymianie poglądów ze swoim przyjacielem i współpracownikiem Larrym Grahamem.

Jednak mimo aktywnej działalności w strukturach tej religii, żaden z nich nie sprawiał wrażenia szczególnie religijnego czy konserwatywnego. Przeciwnie. Muzyka Prince’a od samego początku wypełniona była seksem i zmysłowością, niczym nieograniczoną cielesną przyjemnością, która stała się niemal mantrą powtarzaną bez względu na to, jaki w danym momencie obierał kierunek muzyczny.

Prince - LovesexyKontrowersyjna okładka albumu Lovesexy była zaskoczeniem tylko dla niezaznajomionych z twórczością Prince’a.

Michael, choć o wiele grzeczniejszy, kreował wizerunek, który daleko odbiegał od tego, jaki typowo oczekuje się od mężczyzny na scenie. Raz niewinny i dziecięcy, innym razem zaangażowany i agresywny, przybierał role i bawił się najróżniejszymi kreacjami. Religijność i relacja z bogiem, o której tak wiele opowiadał, nigdy nie powstrzymała go od realizowania swoich artystycznych wizji. W 1987 Michael nakręcił teledysk do „Smooth Criminal”, w którym m.in. strzela z pistoletu. W rezultacie otrzymał ultimatum, które zmusiło go do wybrania między karierą w przemyśle rozrywkowym, a dalszą działalnością jako świadek Jehowy. Nie trzeba chyba mówić, którą drogę wybrał…

Thriller - Michael JacksonNawiązujący do tematu zombie teledysk do „Thrillera” także okazał się bardzo kontrowersyjny wśród religijnych świadków Jehowy.

Obaj widzieli religię jako sposób na komunikację z bogiem. Ich działania były jednak dowodem na to, że sami podejmowali decyzje na temat tego, co uważają za słuszne. Ich odwaga w zamienianiu swoich wizji w rzeczywistość stała się ważną częścią ich wizerunku. Oraz jednym z głównym powodów, dla którego ich nazwiska tak często padały w jednym zdaniu.

Przedwczesna śmierć, ale nie koniec – historia, która trwa

W roku 2009 Michael przygotowywał się do powrotu na scenę. Od jego ostatniego albumu „Invincible” minęło 8 lat. W międzyczasie zmagał się z procesami sądowymi, problemami finansowymi i depresją. Seria koncertów w O2 Arena w Londynie miała jednak wszystko zmienić. Michael przygotowywał się do niej bardzo ciężko. Oryginalnie zaplanował 31 koncertów (według plotek liczba wybrana specjalnie po to, by wyprzedzić Prince’a, który w tym samym czasie planował trasę na 21 koncertów). Później liczba ta wzrosła do 50.

Jak dobrze wiemy, do żadnego z nich jednak nie doszło. 25 czerwca 2009 Michael Jackson zmarł, a wiadomość o jego śmierci natychmiast obiegła cały świat i stała się tematem numer jeden. W nieopublikowanym wywiadzie z Chrisem Brownem dla „Rolling Stones”, Prince przyznał, że nie chce o tym rozmawiać, gdyż ten temat jest dla niego zbyt bliski. Dla „Le Monde”, oznajmił z kolei, że „utrata kogoś, kogo się kocha, zawsze jest niezwykle smutna”. Śmierć Jacksona porównana została do przedwczesnej śmierci Elvisa Presleya. Kilka lat później, 21 kwietnia bieżącego roku, taki sam los spotkał Prince’a.

Choć okoliczności śmierci obu artystów są oczywiście ważne, nie chciałbym opowiadać o nich w tych artykule. Dlaczego? Ponieważ wierzę, iż ta specyficzna rywalizacja między Michaelem Jacksonem i Princem była pozytywnym zjawiskiem, która ubogacała życie i twórczość każdego z nich i nie ma żadnego związku z ich przedwczesnym odejściem.

Na przestrzeni dekad, zarówno Michael, jak i Prince nieustannie należeli do ulubieńców mediów. Popularni i kochani, ale dla wielu też dziwaczni i niepokojący, byli łakomym kąskiem i łatwym celem dla zastępów dziennikarzy, którzy na ich temat wymyślali najróżniejsze, niestworzone historie. Te, które dotyczyły ich wspólnie, rzadko były jednak przez nich dementowane. Trudno się dziwić. W ostatecznym rozrachunku, pomagały one utrzymać w oczach publiczności przekonanie, że batalia o koronę króla muzyki popularnej rozgrywa się tylko między nimi dwoma.

Czy oznacza to, że rywalizacja między Michaelem Jackson i Prince’m, mimo tych wszystkich przesłanek, była przede wszystkim zjawiskiem medialnym? I tak, i nie. Kłamstwem były jedynie negatywne emocje, które rzekomo stały u jej podstaw. Rywalizacja była. Wciąż żyje nawet – w sercach i umysłach milionów fanów obu artystów. Jest to jednak rywalizacja pozytywna. Zachęcająca do stawania się coraz lepszym i ciągłego poszukiwania nowych kierunków rozwoju. Doceniająca rywala jako swego rodzaju członka rodziny i… sposób na nudę.

Bez względu na to czy wolicie szaleńczą precyzję i profesjonalizm Michaela, czy nieskrępowaną artystyczną wizję i spontaniczność muzyki Prince’a, nie sposób nie docenić obu jako pierwszorzędnych wokalistów, kompozytorów, muzyków i wizjonerów, którzy sprawili, że muzyka kojarzona niegdyś wyłącznie ze społecznością afroamerykańską stała się częścią kultury światowej, jednocząc świat niezwykle pozytywnym przesłaniem o konieczności wzajemnego zrozumienia i miłości.

Z zawodu copywriter, tłumacz i webmaster wyspecjalizowany w nowych technologiach. W wolnym czasie chętnie sięgający także po te bardziej tradycyjne, w tym gramofony i płyty winylowe. Interesuje się sposobem, w jaki słowa wpływają na ludzi oraz potencjałem sieci do zmieniania naszych przyzwyczajeń. Muzycznie najbardziej interesuje go soul, funk i r&b.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Julia Cyrankiewicz
    Julia Cyrankiewicz 22 czerwca 2018, 17:15

    Najbardziej zadziwiający jest fakt jak bardzo Prince stracił na znaczeniu komercyjnym z końcem lat 80 a nawet wcześniej. Więcej, o ile w USA był swego czasu łeb w łeb z Klaksonem u nas, przynajmniej z mojego doświadczenia, nigdy nie przebił się do kolektywnej świadomości, jak boga kocham, pamiętam z radia i tv mnóstwo klipów Majkela plus miałam w domu winyl Bad i kasety itd, podczas gdy nie kojarzę z dzieciństwa ŻADNEJ piosenki Prince’a. To bardzo wymowne. I co najbardziej zdumiewające mimo iż odznaczał się znaczenie większą aktywnością niż MJ z jakichś względów po latach 80 daleko mu było do statusu komercyjnego jego kolegi. Co jest dość niefortunne, gdyż, z całym szacunkiem dla Wacko, który był faktycznie bezsprzecznie wizjonerem, z perspektywy lat palmę pierwszeństwa we wszystkim należy oddać Księciu. Tak naprawdę, wyzuwszy się z ideologii, godzi się stwierdzić że Jackson stracił parę wraz z albumem Bad, jego muzyka z początku niesamowicie bujająca i przyjemna stawała się coraz bardziej siermiężna i kakofoniczna. Podczas gdy on praktycznie po latach 80 nie nagrał niczego wartościowego Prince niezmiennie tworzył wyjątkową muzykę na zupełnie własnych warunkach, tyle że publiczność miała to zupełnie w nosie. Jeśli nasuwa się stąd jakiś wniosek to ten, że raz rozkręcona machina promocyjna sztabu MJ nie dała się łatwo zakończyć i przyniosła wymierne efekty. Co nie jest tożsame z dobrą muzyką, prawda?