Mystic Siva – Mystic Siva 1971/2014

Mystic Siva, to kolejna kapela, która wydała jeden album i zniknęła gdzieś w gęstych opiumowych oparach. Kolejna kapela, która dzisiaj jest rozchwytywana.., a jej LP sprzedaje się za setki (a może i tysiące) dolarów. Na przełomie lat 60/70 była jedną z wielu grup dzieciaków z Detroit, Michigan, naparzających w garażu psychodelicznego rock and rolla, a jej rozpoznawalność wtedy nie wychodziła poza granice miasta.

Mystic Siva to czterech małolatów, z których najstarszy miał podczas pracy nad albumem 17 lat! Na czele stał Dave Mascarin – bębniarz i wokalista, odpowiedzialny skomponowanie większości materiału oraz stronę graficzną albumu. Poza Davem zespół tworzyli Mark Heckert (piano), Thienel Art (bas) i Al Tozzi (gitara).

Cały album został nagrany w ciągu jednego dnia buszowania w V.O. Studios w Detroit. Jak to ma często miejsce przy budżetowych projektach, tak i tu nie obyło się bez problemów przy nagrywaniu. Wszyscy muzycy zostali podłączeni bezpośrednio do rejestratora, co zdaniem kapeli, zdecydowało o tym, że album brzmiał zbyt sterylnie i mało naturalnie, a gitarowe popisy Ala Tozziego były za bardzo cofnięte względem reszty instrumentarium i czasem wręcz ledwie słyszalne (np. Touch the sky). Tozzi dograł więc niektóre solówki na nowo. Ale ten zabieg wcale sytuacji nie poprawił, a jedynie spowodował, że te nowo dograne partie stały się na tyle głośne i dominujące, że reszta kapeli w solowych fragmentach była niemal fonicznie nieobecna.

Mystic Siva – Mystic Siva 1971/2014

Sekcja brzmiała miejscami jakby grała w piwnicy – przy czym mikrofony były rozstawione na piętrze. Ledwie dobiegające głosy z otchłani. Nie grało to dobrze. I nawet jeśli weźmie się poprawkę na acidową stylistykę, na nieco eksperymentalny charakter tej muzyki, na obycie psychofanów z zabiegami dysharmonicznymi, gęstym wykorzystaniem przesterów, manierą garażowego brzmienia i wszystkimi tymi chwytami, które stanowiły o charakterze muzyki okresu, to odbiór tego albumu ani łatwy, ani przyjemny nie jest. Kapela nie była zadowolona z ostatecznego kształtu zmiksowanego materiału, ale w takiej formie został on wydany w 1971 roku.

Jednak w 2013 stało się coś, czego chyba nikt się nie spodziewał. Odnaleziono taśmę matkę (tę sprzed dogranych na nowo partii gitar) i Tozzi wraz z inżynierami niemieckiej wytwórni World In Sound Records zabrali się za remaster i dopracowali brzmieniowo cały album (nowa wersja dostępna jest na rynku od początku 2014 roku). I dopiero to wydawnictwo odsłania pełną twarz Mystic Siva. Całość dostępna na Bandcampie.

Słuchając tego LP ma się wrażenie, że ci nienasyceni młodzieńcy o rozpalonych czołach chcieli w jedną całość złączyć wszystkie emocje nimi targające oraz wszystkie rytmy, które bujały wtedy sceną muzyczną Detroit, rozpiętą pomiędzy Motown a protopunkiem. Mamy tu i bluesowy feeling (Johhny Lee Hooker), i funkowe kołysanie (Funkadelic, Grand Funk Railroad), i polifoniczne wokalizy soulowo-gospelowe (The Four Tops, The Temptations), i punkowe wariactwo (MC5, The Stooges). Stylistycznie najbliżej im jednak do psychodelicznych odlotów Zachodniego Wybrzeża (The Doors, Jefferson Airplane, Country Joe and the Fish). Fakt, że mariaż tylu estetyk na jednym albumie zakończył się powodzeniem świadczy o tym, że ci goście byli naprawdę utalentowani i w pełni świadomi tego co chcą osiągnąć.

Słychać to zresztą wyraźnie zarówno w warstwie kompozycyjnej LP, jak i w możliwościach instrumentalnych – i rytmicznych, i solowych. Niesamowite, niekończące się i urywające głowę sola gitarowe (przypominające wyczyny Sama Andrew we wczesnym Big Brother And The Holding Company), wibrujące, pulsujące i prawdziwie hipnotyczne partie Hamondów (brzmiące raz jak Keith Emerson, innym razem jak Ray Manzarek czy Alan Price), zróżnicowany brzmieniowo i tonalnie wokal będący wypadkową Jima Morrisona, Alvina Lee i Syda Baretta.

Wiele numerów na tym albumie zasługuje na specjalne wyróżnienie. Eyes Have Seen Me – bardzo melodyjny kawałek ze świetnym riffem, funkową lekkością i soulowymi zaśpiewkami; Spinning a Spell – prawdziwa ciążka psychodeliczna jazda z naprawdę genialnym podkładem klawiszy; Supernatural Mind – chyba najlepszy numer na płycie, niepokojąco transowy, a mocne acidowe solo rozkłada na łopatki; Find Out Why – najbardziej nastrojowa kompozycja, czarujący klimat i urzekające Hammondy; Magic Luv – ostry, wykrzyczany blues z motoryczną rytmiką i porywającym, niekończącym się solo na gitarze; In a room – najbardziej tajemniczy i niespokojny numer na płycie, gęsty, hipnotyczny rytm sekcji, natarczywe bębny, tekst raczej deklamowany, przełamywany dzikim wrzaskiem i imitacjami dźwięków syreny strażackiej. „Sajkodelia” w stanie czystym.

Warto zaznaczyć w odniesieniu do asocjacji, jakie niosą nazwa i graficzna oprawa albumu, że dosłownych stylistycznych odwołań do muzyki orientu nie ma tu ani grama. Za to warstwa liryczna jest przepełniona aluzjami do filozofii wschodu (szczególnie buddyzmu i hinduizmu) oraz mistycyzmu. Przedstawia kondycję człowieka jako istoty cierpiącej w doczesności, opowiada o medytacji jako drodze do wyzwolenia i oświecenia, postuluje transformację umysłu i dopomina się o przebudzenie ze snu, w jaki zapadła ludzkość.

Nie sposób patrzeć na ten album jak na jednorazową i nieco przypadkową przygodę młodych hipisów z muzyką. Album jest na to po prostu za dobry. O wiele za dobry.

Wybitny humanista, profesor psychodelii stosowanej na uniwersytecie Haight-Ashbury, wieloletni badacz transfiguracji percepcji, wędrowiec po odmiennych stanach świadomości, uczestnik wielu ekspedycji naukowych w poszukiwaniu winylowych skamielin, odznaczony orderem virtuti meskalini.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.