Scorpions – Lonesome Crow (1972)

Pierwsza płyta Scorpions to zupełne zaskoczenie dla tych, którzy znają zespół z takich evergreenów jak Wind of Change czy Still Loving You. Zamiast łatwo wpadających w ucho hardrockowych utworów otrzymujemy posępny psychodeliczny rock, przypominający dokonania Atomic Rooster (chociaż brak charakterystycznych organów Hammonda). Trzeba przyznać, że sporo tu dobrych melodii, a 17-letni wówczas Michael Schenker zadziwia wyobraźnią i przemyślanymi solówkami. To, co jednak szczególnie powala słuchając Lonesome Crow, to ta niepowtarzalna, tajemnicza, mistyczna atmosfera.

Już w otwierającym utworze I’m Going Mad słyszymy piękne solówki gitarowe, tajemnicze chórki oraz pełen pasji głos Klausa Maine. Nie można też odmówić utworowi ciekawego riffu, który go napędza. Dalej mamy rockowy It All Depends, a następnie mój ulubiony utwór na tej płycie Leave me. Złowrogi wiatr i rozproszone dźwięki instrumentów zapowiadają niepokojącą atmosferę, charakterystyczną dla psychodelicznych, mrocznych lat siedemdziesiątych. Zadziwia też po raz kolejny młody Schenker, dopełniając swoimi szalonymi solówkami tajemniczy klimat utworu. Na poszukiwanie błogiego, akustycznego spokoju możemy wybrać się słuchając In Search Of The Peace Of Mind. To taka typowa ballada tamtych czasów, utrzymana w średnim tempie, chociaż pod koniec przeradzająca się jakby w krzyk rozpaczy, że poszukiwany spokój nie został nigdzie odnaleziony. W Action z kolei ze swobodnego początku rozwija się rasowy rockowy utwór (i to znowu dzięki nieokiełzanej gitarze Schenkera). Płytę kończy trzynastominutowy, tytułowy Lonesome Crow. Od trzeciej minuty gitara wprowadza nas w swój niczym nieograniczony, szaleńczy, psychodeliczny świat. Mus.

Ciekawa to płyta. Zupełnie inna od tego, co działo się ze Scorpionsami potem. Spodoba się z pewnością wszystkim, którzy oprócz przesterowanych gitar i niekończących się solówek lubią tajemniczy, pełen niepokoju i mroku klimat, który bez wątpienia jest głównym atutem tego albumu.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.