Simon Finn – Pass the Distance (1970)

Co ogrodnictwo, karate i filtry wodne mogą mieć wspólnego z kwasowym folkiem? Bohater niniejszej historii udowodnił, że całkiem sporo.

Poszukiwania Davida Tibeta

W 1995 roku David Tibet, założyciel kultowej kapeli Current 93, wpada na trop pewnej płyty. Jest nią oczarowany i postanawia dowiedzieć się nieco więcej o jej autorze. Chodzi o płytę Pass the Distance (przejść dystans) spod znaku psychodelicznego, kwasowego bądź eksperymentalnego folku, autorstwa Simona Finna. Czemu od momentu jej wydania w 1970 roku artysta zniknął ze sceny? Co działo się z nim przez ten okres i czemu nie wydał kolejnych albumów? Na odpowiedź musimy poczekać do następnego stulecia. Na początku XXI wieku światło dzienne ujrzała nieprawdopodobna historia, którą napisać mogło jedynie życie. Cofnijmy się do jej początku.

Gdy niespełna jeszcze 20 letni Simon Finn (urodzony w 1951 roku w Anglii) wkracza do londyńskiego przemysłu muzycznego, idzie mu to dość opornie. Choć występami udaje mu się zarobić na jedzenie, a wkrótce ma wydać płytę, nie jest postacią z pierwszych stron gazet. Pass the Distance wychodzi co prawda w 1970, jednak tu zaczynają się paradoksalnie kłopoty Simona. Krążek wydaje niewielka wytwórnia Mushroom. Nakład też nie jest specjalnie duży.

Ogrodnictwo i karate w Kanadzie

Początkowo wszystko idzie w jak najlepszym porządku, jednak jakieś niezrozumiałe problemy dotyczące praw autorskich zmuszają wydawców do wycofania albumu, który z półek sklepowych znika równie szybko, co się na nich pojawił. Recenzje, jakie zdążył zebrać, są łagodnie mówiąc niespecjalnie przychylne. Co to oznacza dla Simona Finna? Przeprowadzkę wraz z żoną do Kanady, gdzie pragnie wieść normalne, spokojne życie, z daleka od zgiełku angielskiego (i każdego innego) światka bohemy artystycznej. Ekologiczne ogrodnictwo, nauka karate, oraz produkcja filtrów wodnych? To być może tylko niektóre zajęcia, którymi przez 35 lat od wydania płyty zarabiał na życie. Ani słowa o muzyce.

Cóż więc się stało, że ta marnie oceniana i wycofana płyta, jakieś 25 lat później zainteresowała wokalistę uznanego zespołu Current 93? Najciekawszy w całej historii jest właśnie fakt, że płyta zdążyła zyskać wśród fanów na całym świecie miano kultowej. Głownie za sprawą pojawienia się Internetu. Nadal jednak nie była zanana i dostępna szerszej publiczności. Być może chodzi właśnie o czas, który wyprzedza o dobrą dekadę lub dwie. Być może o klimat. Przywodzi on na myśl pogańskie rytuały, mistyczne obrzędy, narkotyczne odjazdy, podróż w kosmos, czy dalekowschodnie medytacje w klasztorze zen. W każdym bądź razie jakieś niezwykłe duchowe przeżycie. Przyjżyjmy się jej nieco bliżej.

Dystans

Okładka, to prosty, kolorowy rysunek. Widzimy na nim drogę ciągnącą się gdzieś w nieskończoność, a przemierzaną przez dwie, niedbale, niczym ręką dziecka, narysowane postacie. Zachęca nas ona do wzięcia udziału w podróży, do pokonania dystansu.

Już pierwszy kawałek, właściwie intro, zwiastuje wejście do świata owianego tajemnicą. Znajdujemy się w nieznanym, przedziwnym, ciekawym i smutnym jednocześnie miejscu. Dopiero odkrywamy świat dookoła. Drugi utwór, The Courtyard, jest kontynuacją tej podróży na wschód, na południe, wgłąb i do zewnątrz. Do Chin, południowej Ameryki, do środka naszych umysłów i gdzieś daleko poza znany nam świat. What a Day jest znacznie bardziej wesołym kawałkiem, niczym piesza wycieczka, boso po przepięknym ogrodzie. Wszystko wydaje się cudowne, a może nawet zbyt cudowne. Kawałek tytułowy, to klawisze, które zabierają nas na krótką, aczkolwiek intensywną wyprawę wprost do kosmosu i odległych planet, gdzie niczym we śnie możemy sobie trochę polatać. Chyba najważniejszy, a na pewno najbardziej popularny utwór, to Jeruzalem. Jest to opowieść o nas wszystkich. O tym, że Jezus był prostym, dobrym człowiekiem, długowłosym rybakiem, który został ukrzyżowany, a który przychodząc na świat dzisiaj zostałby ukrzyżowany w taki sam sposób przez swoich wyznawców. O tym, że ludzie wykorzystują religię do własnych, politycznych celów. O tym, że autorytety tracą na wartości, a wszystko można sprzedać. O tym, jak okrutny jest świat.

Krzyczę z całych sił – Czy nie widzisz, że – On jest Chrystusem?

Kolejne kawałki kontynuują to, co mieliśmy okazję usłyszeć do tej pory, dając nam dawkę spokojnego, mrocznego psychodelicznego folku. Jeszcze jedną piosenką, która zwraca uwagę swą wyrazistością, jest Big White Car. Wokalista daje w niej upust swojej złości. Głównie jedna, powtarzająca się, wykrzykiwana deklaracja:

Nadal jedziesz w swoim wielkim białym samochodzie.
Nie oczekuj, że i ja pojadę. Nie chcę jechać.

Zupełnie jakby ktoś wypalił odrobinę za dużo jakiejś nie do końca legalnej substancji i wypowiadał z wściekłością swój manifest do wszystkich, którym nie chce, nie może, czy nie powinien dać się podporządkować. Dać się zamknąć w dużym białym samochodzie.

Z kolei Children’s Eyes i Good Morning to przesadnie wesołe (choć w jakiś dziwnie smutny sposób) piosenki z pogranicza psychodelii, folku i popu. Ten drugi przypomina zresztą bardziej twórczość Donovana niż tom co możemy znaleźć na reszcie albumu. Butterfly to kolejny, magiczny utwór o kolorach, przyrodzie, chęci latania, zrozumienia świata i snów, potrzebie piękna. Marzenie o ucieczce z mroku do raju. I na sam koniec Colonel Bleep, tytułem i treścią nawiązujący do powstałej w latach 50-tych w Stanach Zjednoczonych kreskówki, w której pojawia się także Krzyś z Kubusia Puchatka, jako archetyp dzieciństwa i niewinności.

Wszystkie teksty wyśpiewywane są niespiesznie, dosyć niewyraźnie, jakby niedbale, choć równocześnie z wielkim namaszczeniem. Coś jakby majaczenie obłąkanego, święte wizje wypowiadane przez wokalistę. Muzycznie jest zresztą bardzo podobnie. Jakby trzech gości (Simon Finn na wokalu, Paul Burwell na perkusji i David Toop na czym popadnie) się zwyczajnie naćpało i próbowało zagrać ładne piosenki. Bajeczny, rozbrajający efekt, choć z pewnością nie dla kogoś, kto ceni sobie ład i porządek ponad inne wartości.

Spotkanie

Kiedy to Simon Finn przeglądając Internet (do którego, jak sam mówi, nie lubi zaglądać) natrafił na recenzję swojej płyty, nieco się zdziwił. Zdumiało go, że po tylu latach ktoś pamięta o jego wycofanym krążku. Okazało się, że album zna nieco więcej, niż kilka osób, a najważniejszym jej fanem jest wspomniany na początku David Tibet. W roku 2003 doszło do spotkania obu panów, ponownego wydania płyty, serii koncertów. Simon dostaje możliwość nagrania kolejnych albumów. Korzysta z niej, tym razem już z powodzeniem. Historia ma więc swój finał.

Niech będzie to najlepszy dowód na to, że szczęśliwe zakończenia możemy oglądać nie tylko w kinie, a wartościowe płyty bywają nieraz odkrywane przez lata. Zwłaszcza, gdy nie są to płyty proste w odbiorze, a czas i okoliczności, w których powstały, są niesprzyjające. Dziś płyta ogłoszona została już wszem wobec mianem niekwestionowanego klasyka. Jest ona cięgle wzorem i podstawą dla wielu współczesnych twórców. Najlepiej sami przekonajcie się dlaczego. Jeśli tylko czujecie się na siłach, by stawić czoła temu nieprzeciętnemu wydawnictwu – zachęcam do (wielokrotnego) przesłuchania. Innego wyjścia nie widzę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Bartosz Nysler
    Bartosz Nysler 13 listopada 2014, 20:47

    Dobra historia, dobra recenzja. Przesłuchałem też płytę i o ile całość nie skłoniła mnie do tego, żeby do niej wracać (choć najprawdopodobniej jeszcze dam jej drugą szansę i wrócę), to wspomniany przez Ciebie „Jerusalem” i „Big White Car” zapadły mi w pamięć, szczególnie ten pierwszy. Takie emocje niecodziennie się zdarzają. Genialny utwór.

    Muzycznie kojarzy mi się z Nickiem Drakiem, a z bardziej współczesnych – z Kiss the Anus of a Black Cat. Podobne wibracje.