The Fugs – First Album (1965)

Wioskowe „świntuchy” śpiewają ballady współczesnych protestów, punktów widzenia i ogólnego niezadowolenia, czyli The Fugs zadebiutowali.

Skąd się wzięła psychodelia doskonale wiemy – przyczyniły się do tego w znacznej mierze nastoletnie freaki z Kalifornii zażywające różnego rodzaju substancje psychoaktywne. Choć oczywiście wcześniej z podobnym zjawiskiem mieliśmy już w sztuce do czynienia, to rock czy folk psychodeliczny jest zjawiskiem powstałym konkretnie w latach sześćdziesiątych XX wieku w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Zespół The Fugs jest w tym o tyle oryginalny, że nie pasuje do żadnych wzorców, a przy tym powstał w Nowym Jorku i to już w 1963 roku.

Zapomnijmy o Dylanie

Kto wydał pierwszy psychoaktywny album z kwasową muzyką? Pewnie na myśl przychodzą takie nazwy, jak Greatful Dead, czy Jefferson Airplaine, ale nie. Pierwsi byli prawdopodobnie The Fugs. Choć nie można stwierdzić tego jednoznacznie, to na pewno są to początki ruchu, a dokładniej rok 1965. Nie wiem co musieli czuć ludzie słuchając wówczas takiej muzyki, niemniej do dziś jest to dzieło rozsadzające mózg od środka. A przynajmniej gdzieś ze środka wypływające. Miłe i nieprzyjemne za razem. Właśnie taki jest ich pierwszym krążek, jeszcze raczej folkowy, niż rockowy. Zatytułowany jest po prostu The Village Fugs Sing Ballads of Contemporary Protest, Point of Views, and General Dissatisfaction (Wioskowe świntuchy śpiewają współczesne ballady protestu, punktów widzenia i ogólnego niezadowolenia), albo (nieco bardziej wyszukanie) First Album. Folkowy, choć z pewnością nie należy kojarzyć go z nazwiskiem Boba Dylana, czy Joan Baez. No chyba, że z szalonymi sesjami tego pierwszego z zespołem The Band, które jednak miały mieć miejsce dopiero za jakiś czas.

Pośmiejmy się z Ginsberga

Muzycznie jest to album niełatwy, gdyż wymyka się wszelkim kanonom, jeśli o tworzenie piosenek chodzi. Czuć tu duch rock & rolla jeszcze z lat pięćdziesiątych, czy nawet melodie nadające się na przebojowe hity prosto z radiowej listy przebojów, jednak… Zespół wyraźnie i bez przerwy robi sobie jaja ze słuchaczy. Jeśli lubicie być robieni w balona, to dzięki chłopakom z The Fugs macie ku temu doskonałą okazję. Śpiewają cienkimi głosikami teksty pełne narkotykowych, kwasowych odniesień, żartów z polityki, Allena Ginsberga i jego Beat Generation i w ogóle wszystkiego naokoło. Żartują sobie z rock & rolla, country, bluegrassu, folku, żonglując stylami niczym w cyrku. Nie bardzo wiadomo, jak w ogóle sklasyfikować to, co zostało nam zaserwowane. Możemy za to poczuć się jak na porządniezakrapianej alkoholem i doprawianej narkotykami imprezie, by nagle znaleźć się podczas pradawnych indiańskich obrzędów, następnie na moment przenieść się na folkowy festiwal w Newport, a za chwilę powędrować w jakieś dziwne, odległe rejony kosmosu. Tak po prostu, bez zadawania zbędnych pytań.

Cios w nos

Dostajemy w twarz piąchą między oczy i to nie po to, by poczuć się lepiej. Wsiadamy do autobusu pełnego świrów i próbujemy jakoś to przetrwać. Jeśli przeżyjemy, wcale nie będziemy z siebie dumni, choć na pewno poczujemy ulgę. Na pewno zostanie w nas ślad. Choć może też zdarzyć się „bad trip”, o którym zapragniemy jak najszybciej zapomnieć. Niczego obiecać nie mogę, bo i ten album taki właśnie jest – nieprzewidywalny i groteskowy. Skoki, biegi, fikołki, łamańce. Zabawa w ciuciubabkę z rzeczywistością. Wchodzimy do świata The Fugs, w którym to nie my ustalamy reguły i czy nam się to podoba, czy nie, musimy się z tym pogodzić. Nie my pierwsi, nie my ostatni.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.