Viridiana (1961) – Luis Buñuel

Gościem dzisiejszego spotkania będzie Luis Buñuel, który na specjalne zaproszenie Psychosondy przybywa z krainy wiecznych montaży, aby porozmawiać z nami o swojej Viridianie.

Na początek klasyczne pytanie. Luis, opowiedz nam, jak zaczęła się Twoja przygoda z kinem?

Zawsze uważałem, że oglądanie filmów to pewien rodzaj hipnozy, tej bardziej rzeczywistej, fascynującej i jednocześnie angażującej umysłowo. Ciemność sali kinowej rozświetlana blaskiem świateł, ruch kamery, zmiana scen. Gdy za tym wszystkim stoi właściwa osoba, nie sposób na czas projekcji nie stracić kontroli nad rzeczywistością. Moim pierwszym hipnotyzerem był Fritz Lang. Po obejrzeniu jego Zmęczonej Śmierci nie miałem już wątpliwości, że chciałbym moje życie związać z kinem.

Znany krytyk filmowy Roger Ebert nazwał Psa Andaluzyjskiego “najsłynniejszym filmem krótkometrażowym jaki kiedykolwiek powstał”. Jak, patrząc z perspektywy czasu, ustosunkujesz się do tych słów?

Tworząc z Salvadorem Dalí Psa Andaluzyjskiego przyjęliśmy założenie, że żadna scena nie może sugerować jakiegokolwiek racjonalnego rozwiązania. Otworzyliśmy na oścież bramy percepcji i ani myśleliśmy je zamykać. Wpuszczaliśmy więc do środka wszystko co wydawało nam się zupełnie irracjonalne i nie staraliśmy się wyjaśniać dlaczego. Pamiętam, jak w dniu, w którym postanowiliśmy przysiąść nad scenariuszem, Salvador powiedział do mnie: “Ostatniej nocy miałem sen, w którym mrówki roiły się wokół moich dłoni”. Odpowiedziałem mu wtedy: “Ja śniłem o tym, że rozcinam komuś oko. Mamy scenariusz do napisania, więc zróbmy to”. Naszym celem było także zszkować klasycznego przedstawiciela ówczesnej burżuazji, który w kinie doszukiwał się artystycznej delikatności. Teraz, z perspektywy czasu, mogę z radością stwierdzić, że osiągneliśmy nasz cel.

Marne pojęcie o sztuce filmowej ma ten, kto twórczość Luis Buñuela sprowadza tylko do Psa Andaluzyjskiego. Mamy do pogadania o Viridianie, więc zróbmy to. Skąd pomysł, aby Silvię Pinal przystroić w szaty zakonnicy?

(śmiech). W 1960 roku otrzymałem wiadomość od ministra kultury w rządzie Franco, zawierającą zaproszenie do ojczystej Hiszpanii w celu nakręcenia filmu. Zaznaczono także, że mam w tym przedsięwzięciu pełną dowolność. Jakież to było nierozważne posunięcie z ich strony…

… owszem, zważywszy na to, że przez kilkanaście lat film był zakazany w Hiszpanii i został stanowczo potępiony przez Watykan. Czy były to uzasadnione restrykcje?

Z mojego punktu widzenia, oczywiście, że nie. Film nie zawierał żadnych scen uważanych w owych czasach za gorszące lub bezpośredniej obrazy uczuć. W całej swojej twórczości zawsze starałem się zaczepiać i polemizować z różnymi grupami społecznymi na gruncie sztuki, a nie prowadząc z nimi otwartą wojnę. Podobnie w przypadku Viridiany daleki byłem od stworzenia filmu, który miałby zostać okrzyknięty mianem “bluźnierczego”.

Luis Buñuel

Pewnie z podobnego założenia wyszli w Cannes przyznając Złotą Palmę w kategorii najlepszy film. W Viridianie wszystko zdaje się przecinać na ostrzu absurdu i wyginać pod ciężarem artystycznej krytyki. Pomimo tego historia sama w sobie ma znamiona prostoty i naturalności – coś jak Prosta Historia Lyncha. Mamy tutaj bowiem zakonnicę, która jest bliska złożenia ślubów wieczystych. W ostatniej chwili zmienia zdanie i postanawia stworzyć przytułek dla wyrzutków. Pomimo usilnych starań naprostowania ich skrzywień w duchu religii, staje się zupełnie bezsilna wobec głęboko zakorzenionych zachowań. Gdzie tu miejsce, aby krzyknąć “viva la révolution surréaliste”?

Duch surrealizmu towarzyszył mi od początku do końca mojej przygody z kinem. Podczas, gdy nie ukazuje się on otwarcie, to jednak ciągle dogląda i gdzieniegdzie daje o sobie znać. Surrealizm w całej swojej złożoności jest bardzo wysublimowany. Może przyjmować przeróżne formy, które zbyt pobieżnie interpretowane mogą prowadzić na bezdroża ignorancji. Jakby na to nie patrzeć, rzecz ma się zupełnie tak, jak z całą tą waszą psychodelią. Myślę, że oba te nurty mają ze sobą nad wyraz wiele wspólnego.

Tym optymistycznym akcentem zakończymy nasz wywiad. Jedni wrócą na ziemię, inni do nieba. Z Luisem Buñuelem przyjdzie nam się pewnie jeszcze nie raz spotkać. Dziękuję serdecznie za rozmowę.

Dziękuję również.

Ze swoim ulubionym surrealistą rozmawiał Wojtek Mieszczak.

Uwaga!

Powyższy zapis rozmowy stanowi fikcję literacką. Luis Buñuel odszedł 29 lipca 1983 roku i jak do tej pory nie udało się mi się z nim skontaktować.

Wchłania stare filmy, nowe filmy, muzykę, książki, obrazy, fotografie, wiersze, sny, przypadkowe rozmowy, architekturę, mosty, znaki drogowe, drzewa, chmury, zbiorniki wodne, światło i cienie. Po dyskusji z Einsteinem, uściskawszy serdecznie Szekspira, spytałby Kerouaca o drogę do drzwi Blake'a, za którymi czeka na niego Morrison. Pewnego słonecznego poranka zaprojektował i złożył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.