Waterloo – First Battle (1970)

Płyta First Battle to absolutny mus dla amatorów progresywnego brzmienia z samego początku lat siedemdziesiątych. Dodatkowo jeśli lubisz/kochasz Jethro Tull stawiam dobre whiskey, że po przesłuchaniu Waterloo ich pierwszy  album na stałe zagości w Twoim odtwarzaczu. Wszystko dzięki wspaniałym partiom fletu, przyprawionych doskonałym tandemem Hammondów i gitary elektrycznej. O świetnej formie wokalnej Dirka Bogaerta i rewelacyjnych kompozycjach wspominać nie muszę.

 

Chociaż album zaczyna się nieco nieśmiało folkującym Meet Again, to zaraz później Why May I Not Know pokazuje, z jak genialną płytą mamy do czynienia. Atomowa mieszanka instrumentalna płynie na fali dobrej melodyki. Otrzymujemy jeden z kilku najlepszych „rockerów” tamtych czasów. Absolutny majstersztyk od którego ciężko się oderwać.

Cała płyta jest na niezwykle wysokim poziomie. Trafiają się delikatne ballady w stylu aksamitnej Tumblin’ Jack czy psychodelicznej Plastic Mind, przeważają jednak mocno rockowe utwory, jak Black Born Child, Guy In The Neighbourhoodczy Lonesome Road. Kawałki są zwięzłe (zwykle trzyminutowe), „nieprzegadane”, pomimo tego znalazł się jedenastominutowy Diary Of An Old Man. Co jednak tak naprawdę wyróżnia tę płytę z spośród setek innych w tej stylistyce, to niebywała zdolność kompozytorska muzyków, biegłość instrumentalna i swoboda w poruszaniu się po różnych odcieniach rockowego grania. Płyty słucha się jednym tchem, najlepiej z włączoną funkcją „repeat all”.

To wszystko sprawia, że śmiało mogę napisać: Waterloo to najlepszy belgijski zespół, jaki słyszałem.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Życzy Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.