Kim Fowley – Outrageous (1968)

Go on, Jog on, Walk on, Goodbye, Bon Voyage, f*ck off.

Scena z filmu Rock’n’Rolla, w której bohater wypowiada te słowa, zapadła w mojej pamięci z jednego powodu… utworu, jaki został w niej wykorzystany. Tak właśnie natrafiłem na trop niezwykle interesującego artysty, którego początki, jako samodzielnego twórcy, przypadają na narkotykowe wyzwolenie lat 60-tych. Kim Fowley, bo o nim mowa, swoją przygodę z muzyką zaczął nieco wcześniej – jako muzyk rock’n’rollowy, a także współpracownik takich gwiazd jak Frank Zappa czy Cat Stevens. To jednak połowa lat 60-tych i wypuszczenie utworu zatytułowanego po prostu The Trip jest początkiem prawdziwej kariery.

Mamy więc Los Angelse i rok 1968. Rewolucja psychodeliczna rozpoczęła się na dobre, a Kim Fowley wypuszcza swój trzeci solowy krążek, zatytułowany nie bez przyczyny Outrageous (oburzający). Pokazuje na nim swoją zdecydowanie mroczną stronę. Teksty są brutalnie wykrzyczane, a muzyka dzika i bezkompromisowa. Wszystko jest doprawione brudnym, garażowym brzemieniem i oblane dużą dawką absurdu.

Oburzenie krok po kroku

Już pierwszy kawałek Animal Man to swego rodzaju manifest, policzkek w twarz dla wszystkich muzycznych purystów. I o to chyba chodzi – szokować, obrzydzać i łamać schematy. Zabawa formą i treścią w najpierwotniejszym stylu. Musi być przede wszystkim głośno i kontrowersyjnie. Jestem brzydki, brudny, podstępny, straszny. Zabiję cię…. Kolejny utwór, Wildfire, jest kontynuacją tego szaleństwa.

Co Ci przeszkadza w rzeczywistości? Wszystko. Co przeszkadza Ci we wszystkim? Rzeczywistość.

Zaczynasz czuć się nieswojo? I o to właśnie chodzi. Kim Fowley najpierw zapewnia, że nie jest szalony, by następnie wykonać Chinese Water Torture – krótki, przedziwny, mistyczny utwór w tylko sobie znanym języku. To wychodzi z nikąd i do nikąd zmierza, a zostawia w nas chaos i zniszczenie. Płyta jest na tyle nieprzeiwdywalna, że potrafi nagle zaserwować kawałek w stylu Barefoot Country Boy. Iście rock’n’rollowy utwór, który jest niczym więcej, tylko kolejnym żartem, oczkiem puszczonym do słuchacza. Takich momentów jest kilka, jak choćby krótki, instrumentalny Hide and Seek, w dość swobodnym, funkowym stylu, czy Inner Space Discovery lub Down, w ktorych otrzymujemy szalonego proroka Allana Ginsberga, tyle że w rockowej, zabrudzonej, psychodelicznej wersji. Nie ma czasu na nudę.

Lepiej przyjąć go takim, jakim jest

Kim Fowley to skrzyżowanie Iggy’ego Popa z szalonym kapitanem Beefheartem na kwasie. Mamy tu tematy kosmosu, rzeczywistości i ludzkiej natury, ale liczą się przede wszystkim namiętne uczucia i całkowite otwarcie umysłu. Nie jest to poziom absurdu w stylu the Fugs, ale bez wątpienia zmierza w podobną stronę. I można próbować wiele temu albumowi zarzucić, ale co zrobić z gościem, który wyznaje, że jest bogiem śmieci, w brudnym pokoju stacji benzynowej? Lepiej przyjąć go takim, jakim jest. Niech ten krążek będzie dla słuchacza tym, czym najlepsze grindhouse’owe filmy gore dla zapalonego kinomaniaka. To trzeba usłyszeć, to trzeba przeżyć.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.