10 perełek polskiego psych rocka wg Maćka Domagalskiego

Jeden z redaktorów naszego bloga wyruszył na poszukiwanie polskiej psychodelii. Wkrótce kolejne zestawienia.

To nie jest żadne top 10, nawet nie przymiarka do wybierania czegoś najlepszego/najważniejszego w tej kategorii. Z rozsianych po różnych czasach i miejscach wysp polskiej szeroko pojętej psychodelii wybrałem po prostu to, co lubię, bez pretensji do opiniotwórczości. To zresztą jeszcze nie koniec – takich zestawów będzie na Psychosondzie więcej, być może znajdziemy coś również tam, gdzie jeszcze nikt nie szukał. Kolejność przypadkowa.

 Gardenia - Siedem (1989)

Przez blisko minutę oswajamy się z nieco suchym fundamentem basu i perkusji, ale kiedy rozlewają się na to kwaśne organy, sprawa nabiera sensu, a insomniczne wizje Radka Nowaka stawiają "kropkę nad i". Gardenia na swojej pierwszej płycie nasączyła szorstki post-punkowy konkret duchem lat 60, co zaowocowało kilkoma naprawdę świetnymi momentami. Dawno nikt nie wracał do tego zespołu, czas najwyższy.


Zdrój Jana - Żegnaj paro! (197?)

Podobno w latach siedemdziesiątych pociągi w Polsce jeszcze jakoś mniej więcej jeździły. Co najmniej jeden musiał śmignąć na tyle żwawo, że jego stukot zainspirował tę najfajniejszą polską kapelę wszech czasów do stworzenia własnej wersji motorik beatu, nie mniej transowej od kapuścianego odpowiednika, ale nieco bardziej drapieżnej (piję zwłaszcza do fragmentu zaczynającego się w okolicach 4:07). Jakby tego było mało, motoryczna jazda przeplata się z kabaretowym folkiem, w którym Jacek Ukleja wokalnie lawiruje między wrażliwością Roberta Wyatta a czysto punkowym wyciem. Aha, film, do którego ten kawałek jest soundtrackiem, to oczywiście temat na osobny tekst na Psychosondzie.


Homo Twist - Trzy k... świata pieniądza (1994)

Bardzo dawno temu, kiedy w obiegu były jeszcze stuzłotówki z Warynskim, niejaki Maleńczuk zamienił pudło na gitarę elektryczną i okazał się jednym z bardziej psychodelicznych gitarzystów w światowej historii tego instrumentu. Trzy k... otwierające debiut Homo Twista to cztery minuty hipnotycznej jazdy na leniwym bicie, podczas których lider wyprawia na instrumencie fascynujące harmoniczne bluźnierstwa z pogranicza bluesa, flamenco i góralszczyzny. Nikt nie grał tak wcześniej, nikt (nawet sam Maleńczuk) nie grał tak później.


Oranżada - Statek (2010)

Statek jeszcze tonie, lecz w dźwiękach już bydlaka ani śladu. Na dodatek to coś, co trzyma podmiota lirycznego, jest wyposażone w porządny motorek z Düsseldorfu - czterdziestoletni, ale ładnie odświeżony i naoliwiony. A dookoła plumkają sobie latające ryby i czasem jakaś mewa ryja wydrze. Bazowanie przez siedem minut na dingerowskim 4/4 jest ryzykowne, stąd do nudy dzieli tylko krok. Oranżada nie tylko nie przynudziła, ale uszyła hita, do którego chce się wracać w nieskończoność.


Klan - Chcę być ptakiem rock and rollem (1970)

Posłuchaj na Wrzuta.pl »

Klan przed Mrowiskiem, jeszcze garażowy, bez progrockowego rozmachu. Dekonstrukcja piosenkowego formatu, ascetyczny aranż, kontrasty dynamiczne, granie ciszą... Choć budowanie klimatu nie do końca się udało, a końcówkę, która nic nie wnosi, Klan mógł sobie darować, to i tak ten eksperyment do dziś nie pozostawia obojętnym.


Karol Schwarz All Stars - Odkąd ptaki (2008)

Siła zespołów, które bazują na improwizacji nie tylko na koncertach, ale i w studiu, tkwi częściej w całokształcie niż w konkretnych kompozycjach. Nie inaczej jest w przypadku KSAS, a dany kawałek jest dla tej formacji po prostu reprezentatywny: zdelayowane gitary produkują ażurowe faktury, a na ich tle Szymon Albrzykowski recytuje wersy, które nijak nie obroniłyby się na papierze, ale tu nie wyobrażamy sobie żadnych innych. Orłowo, wieje, mewy (znowu mewy), być może jakieś środki.


Romuald i Roman - Człowiek (1969)

Legenda głosi, że Romuald i Roman był zespołem genialnym (na żywo). Pewnie we Wrocławiu czeka mnie tęgie manto, ale nagrania R&R tej legendy nijak nie potwierdzają. Mocno zadłużyli się u Creamów, komponowali dość schematycznie, wokalnie nie dawali rady, teksty miewali okrutnie czerstwe. A jednak trafiały im się loty w niebiosa, jednym z nich jest ta rozwichrzona, pięknie rozłażąca się i schodząca z powrotem antypiosenka z fragmentami niczym z Interstellar Overdrive.


Apteka - Synteza (1987)

Pomnik, jakby to głupio nie brzmiało. Koniecznie w najstarszej wersji studyjnej ze składanki Gdynia, ze zwiewnym klawiszem i piękną pracą basu (choć wersja z Narkotyków z angielskim tekstem też kozie spod ogona nie wypadła). Został jeszcze ktoś, komu trzeba tłumaczyć, dlaczego "cudy", a nie "cuda"? Podpowiem tylko, że najlepsze cudy rosną na górskich pastwiskach. Uwaga na mundurowych, w sezonie lubią poprawiać sobie statystyki.


Brygada Kryzys - Przestań śnić (1982)

Czarna płyta Brygady wciąż jest wciskana w ciasne i nieco już stęchłe konteksty: że punk, że nowa fala, że Hołdys nahajką komunę obala. Tymczasem ten album to kawał rasowego psych/space rocka, co najwyżej uaktualnionego zgodnie z duchem swoich czasów. Choćby tutaj: saksofon i gitara wykonują dzikie pląsy we mgle pogłosów, a pod nimi sunie maniakalny, powtarzany bez końca riff - niby punkowy, ale przecież oparty na figurze rytmicznej rodem z Oh Yeah Can. Niby wzywają do przebudzenia, ale sami czują się w tym śnie całkiem nieźle.


Ścianka - Piotrek (2001)

Piotrek mówi, Cieślak rozmazuje gitarowe plamy po zapętlonym uderzeniu basu, a my słuchamy. I też chcemy konstruować własne wyrzutnie ze śrubek i sprężynek od długopisów. I też pływamy w mleku, odwróceni, że mleko jest w środku, a my dookoła. Wszyscy jesteśmy z Piotrka. Wszyscy jesteśmy Piotrkiem.

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.