EggShell Prestige 12.2

Pierwsze wrażenie można zrobić tylko raz. Dotyczy to nie tylko ludzi czy muzyki, ale też rzeczy materialnych, w tym przypadku – wzmacniacza lampowego Prestige 12.2 marki Egg-Shell. Pamiętam, jak zobaczyłem go pierwszy raz na grafice wysłanej przez redakcję - dosłownie zaniemówiłem. Od tamtej chwili odliczałem dni do momentu, gdy będę mógł go posłuchać i przekonać się, czy na żywo czar nie pryśnie.

Skorupka jajka

Złapałem się na tym podczas przerwy w pracy: w drodze na pierwszy odsłuch moje palce odruchowo wpisywały internetowy adres eggshellamp.pl, by jeszcze przez chwilę postudiować literaturę, popatrzeć w cyferki w sekcji parametrów technicznych lub po prostu przygotować się na starcie z tym sprzętem. Mówiąc wprost – cieszyłem się jak dziecko przed świętami. 

Nie ukrywam też tego, że będąc już na miejscu – u Piotra, u którego odbyła się prezentacja – trochę zatraciłem się w przestrzeni i czasie. Skupiłem wzrok na stoliku audio, gdzie obok wzmacniacza stał przedwzmacniacz od kompletu. Powiem wprost: czar nie prysł. On wzrósł, przez co zapewne umknęło mi kilka pierwszych zdań wypowiedzianych przez gospodarza. Nie, żebym swoją całą uwagę skupiał tylko na wyglądzie zewnętrznym tego sprzętu – ale nawet sam producent nie ukrywa, że starał się zachować spójność całości na jak najwyższym poziomie. Powiem krótko: jeśli estetyka sprzętu będzie szła w parze z jakością dźwięku, to zastanawia mnie już tylko fakt, dlaczego dowiedziałem się o nim tak późno. Zwłaszcza, że jego konstruktor Andrzej Grabowski ma już 25 lat doświadczenia w tworzeniu sprzętu muzycznego. 

Przedwzmacniacz EggShell

Obudowa dostała swoją nazwę: konstrukcja Woodwind. To połączenie trzech najwdzięczniejszych materiałów, o jakich możemy pomyśleć, mówiąc „sprzęt audio”: metalu, drewna oraz szkła. Cały przedni panel to właściwie jednolita tafla grubego, barwionego szkła. Za nią ukryto całe serce urządzenia – na pierwszym planie lampy małej mocy, a tuż za nimi duże tetrody mocy, ułożone niczym tłoki w silniku w układzie V. Wszystko to utrzymane przez chromowane chassis.

Dolna tafla ma subtelne wcięcie, pod którym schowana jest nieoczywista rzecz – ogromne pokrętło głośności zintegrowane z włącznikiem. Potencjometr umieszczony jest tutaj pionowo, przez co pokrętło porusza się w zupełnie innej płaszczyźnie niż ta, do której jesteśmy przyzwyczajeni. Moim pierwszym skojarzeniem jest tu pokrętło strojenia znane z amplitunerów Marantza z lat 70. ubiegłego wieku, z tym, że tutaj to właśnie ono gra główne skrzypce. 

Na przedniej ściance znajdziemy jeszcze delikatną gałkę połączoną z selektorem źródeł. Każde kliknięcie towarzyszące jej przekręceniu zmienia nie tylko źródło muzyki, ale również liczbę, która podświetla się po lewej stronie panelu. Wychylając się poza główny panel, po obu bokach znajdziemy mieszankę drewna oraz metalu. Wszystko wykończone pod klienta: Piotr, właściciel tego egzemplarza, wybrał jasne drewno. 

U góry znajduje się pokrywa zamocowana na magnesach. Zapewnia to łatwy dostęp do lamp, a wycięte wywietrzniki skutecznie odprowadzają gromadzące się ciepłe powietrze. Tylny panel jest oszczędny oraz czytelny. Znajdziemy tam jedynie przyłącze zasilania z bezpiecznikami, złącza do kolumn głośnikowych oraz wejścia audio, w tym wypadku trzy komplety. 

Chciałbym powiedzieć, że to już koniec rozważań na temat wyglądu, ale możliwych wersji wykończenia jest zapewne tyle, ile gustów klientów. Mnie urzekła wersja „Lord” charakteryzująca się przyciemnianą szybą, która wraz z delikatnym światłem lamp tworzy wewnątrz urządzenia swoistą wystawę. Podoba mi się możliwość konfiguracji różnych elementów wizualnych. Myśląc o tym, jak wyglądałby mój egzemplarz, poczułem się tak, jakbym kupował nowy samochód i dopasowywał jego detale, wybierając rodzaje wycięć wlotów powietrza, kolor metalowej obudowy i drewnianych wstawek lub rodzaj szkła. Zapomniałbym – własna grafika też jest możliwa.

Żałuję tylko, że Piotr nie miał pilota, który jest dla mnie równie intrygujący stylistycznie, co sam wzmacniacz. Nie mogę jednak zaryzykować stwierdzenia, że przez całą wizualną otoczkę zapomniałem o tym, do czego jest stworzony ten sprzęt, czyli po prostu dobrego grania.

Wracając jeszcze na chwilę do początków mojej znajomości z tym modelem – zastanawiałem się, czy nazwa Egg-Shell odnosi się również do dźwięku, jaki wydobywa się ze wzmacniacza. Mocnego, a zarazem lekkiego i zwiewnego. Nie chciałem jednak podświadomie utrwalać w sobie takiego przekonania przed samym odsłuchem. Zapomniałem o swoich rozważaniach aż do momentu, gdy z kolumn poleciało "Tour De France" zespołu Kraftwerk. Zabrzmiało to właśnie tak, jak sobie to zobrazowałem. Była tam świeżość, lekkość elektronicznych dźwięków. 

Odchodząc już od porównań brzmienia do nazwy produktu – ogromne wrażenie zrobiła na mnie dynamika dźwięku. Momenty głuchej ciszy były momentalnie przerywane potokiem pojedynczych dźwięków, idących jedną falą, by następnie ucichnąć. Szczególnie dobrze odczułem to na płytach jazzowych z kolekcji Piotra. Później przyszła również kolej na płytę, którą doskonale znam – "The Valentyne Suite" zespołu Colosseum. Znając już trochę możliwości tego wzmacniacza oczekiwałem, że usłyszę coś, czego do tej pory delikatnie mi brakowało. 

Jestem fanem niskich tonów, dosadności dźwięku w najlepszym wykonaniu. Bas musi być wyrazisty, szybki oraz odczuwalny. Bez tego elementu muzyka nie jest kompletna. Nie rozczarowałem się; nie powiem jednak, bym został w pełni usatysfakcjonowany, co z perspektywy czasu oceniam jako zaletę. Bas prezentowany przez te konstrukcję jest wyraźny, schodzi dość nisko, szybko reaguje, ale nie jest przesadnie wyeksponowany. Przyzwyczajony na co dzień do swojego systemu muszę przyznać, że z początku byłem tym lekko rozczarowany. Po czasie jednak rozumiem, że dzięki temu charakter tego wzmacniacza jest po prostu spójny. Przejaskrawione niskie tony mogłyby zabić to, co ma najlepszego – piękną stereofonię, ogromną ilość szczegółów, pierwszorzędną dynamikę oraz lekkość skorupki jajka. 

Po elektronicznym i jazzowym repertuarze z nutą rockowego charakteru przyszedł czas na naprawdę mocne granie. Do repertuaru wszedł cięższy rock – mój ulubiony Black Sabbath. Delikatne braki niskich tonów dawały tutaj o sobie znać bardziej, niż w przypadku wcześniejszego repertuaru. Źródła problemu zacząłem upatrywać jednak w monitorach, które posiada Piotr. Jak sam powiedział – to ich największa bolączka; alternatywy dla nich jednak nie było. 

Czuć, że wzmacniacz chce zagrać pełnym pasmem, ale uniemożliwia mu to blokada gdzieś w całości tego systemu; jednak nawet bez tego elementu układanki całość brzmiała imponująco. Nawiązując ponownie do nazwy urządzenia – każda skorupka ma jakąś skazę, czasami niezależną od siebie.

Wnętrze skorupki

Pod chromowaną ramą będącą stelażem dla całości wzmacniacza kryje się konstrukcja bardzo tradycyjna, oparta o montaż point to point, w którym wyprowadzenia każdego elementu elektronicznego łączone są ze sobą bezpośrednio, bez udziału płytek drukowanych – te mają zastosowanie tylko w module pilota bezprzewodowego. Wzmacniacz to konstrukcja SE, czyli Single-Ended. We wzmacniaczach SE to jedna – lub więcej – lampa pełni funkcję wzmacniana całej sinusoidy, w przeciwieństwie do wzmacniaczy Push Pull, gdzie znajdziemy wyraźny podział odpowiedzialności lamp za określone części sinusoidy. O wzmacniaczach SE mówi się często, że są zbyt cukierkowe. Owszem – tym wypadku mamy do czynienia ze swoistym cukierkiem, jednak można zaryzykować stwierdzenie, że to bardziej pralina niż zwykła landrynka.

Jeżeli chodzi o same lampy, wzmacniacz oparto o popularną tetrodę KT88. Całość mocy, jaką udało się uzyskać, to 12W na kanał – wszystko oczywiście w klasie A. Moc dostępna jest zarówno dla impedancji 4, jak i 8 Ohm. W zasilaczu umieszczono podwójna dioda prostownicza 5AR4, zaś lampami małej mocy są pary EF86 oraz 6SN7. Pobór mocy wynosi 170W, a waga całości to 20 kg. Warto poświęcić jeszcze chwilę tylnej ściance urządzenia. Znajdziemy tam złącza RCA oraz gniazda bananowe; gniazdo zasilania dedykowane jest pod typowy wtyk C13.

Obcowanie ze sprzętem audio powinno być przede wszystkim przyjemnością. To przecież te urządzenia ustawione na naszych stolikach odpowiadają za to, na czym najbardziej nam należy – dobrym dźwięku. Jeżeli sprzęt jest w stanie cieszyć oko, a jednocześnie zapewnić wspaniały dźwięk i dużą wygodę użytkowania dzięki funkcjonalnemu pilotowi, pozostaje mi powiedzieć jedno: EggShell Prestige 12.2 to świetny wzmacniacz, który poleciłbym szerokiemu gronu odbiorców. 

Zobacz oficjalną stronę Egg-shell Amp. Podczas kontaktu z producentem na hasło "Psychosonda" możecie liczyć na ustalany indywidualnie rabat! 

foto: Piotr Skiba 

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.