Japońskie, amerykańskie, brytyjskie, niemieckie, holenderskie...

Japońskie, amerykańskie, brytyjskie, niemieckie, holenderskie – to takie same płyty? Zupełnie inne, choć zaznaczę od razu, że to tylko garść osobistych obserwacji, a nie obiektywna analiza. Wymieniłem kraje, z których płyty najczęściej do nas docierają, o których rozmawiamy i piszemy, które są przedmiotem pożądania... lub obojętności.

Zacznijmy od Japończyków. Powojenna historia spowodowała, że dostęp do świata Zachodu był bardzo ograniczony. Otwarcie Japonii na świat to późne lata 60-te. Z tym otwarciem przyszło zainteresowanie Japończyków muzyką Zachodu. Najpierw klasyką i jazzem, a potem rockiem i popem, a wraz z tym zachodnimi płytami winylowymi. Japońskie studia produkcyjne otrzymywały od wydawnictw taśmy matki i przygotowywały własne wersje produkcyjne. Nie było natomiast zgody wydawców na japońskie wersje okładek. Stąd mamy "obi", czyli pasek papieru okalający okładkę. Pozwalał on Japończykom, którzy kompletnie nie znali  pisowni łacińskiej, przeczytać tytuł płyty i wykonawców. Niewątpliwie Japończycy tłoczyli absolutnie wybitnie. Używali idealnie czystego granulatu i jako pierwsi na świecie zastosowali dodatki antystatyczne. Ich nakłady zachodnich płyt były niewielkie, stąd każdy egzemplarz to najwyższa jakość. Dodajmy do tego kulturę pracy – i mamy sukces. 

Niemniej jednak brzmienie japońskich wydań jest wyraźnie inne od oryginalnych. Szczególnie słychać to w  japońskich wersjach wydawnictwach amerykańskich. Japończycy mają inaczej wykształcony słuch niż  Amerykanie. W ich języku, a także kulturze muzycznej, jest bardzo dużo wysokich tonów, a japońskie mieszkania są niewielkie. Stąd ogromna precyzja realizacyjna, ale z wyraźnie wydobytymi tonami wysokimi oraz upośledzeniem tonów niskich. Japońskie płyty, które uchodzą u nas za wzór, wcale nie muszą być wzorem. O ich renomie na pewno świadczy nienaganny zazwyczaj stan płyt i okładek – wynika to z japońskiej kultury i szacunku do otaczających przedmiotów, ale co do ich brzmienia? To już rzecz gustu, bo jeśli posłuchamy tej samej płyty wydanej w Japonii i Stanach, usłyszymy  bardzo duże różnice. Amerykańska kultura muzyczna to skrajnie różny od japońskiego świat.

Amerykańskie domy i mieszkania to od połowy lat 50-tych duże salony, w których stały pokaźne urządzenia do słuchania muzyki – wielkie radioodbiorniki i mocny sprzęt audio oraz wielkie, grające potężnym dźwiękiem kolumny. Ameryka to setki wytwórni płytowych rozlokowanych w niemal każdym mieście. Jakość płyt i umiejętności realizatorów były bardzo różne, stąd – jeśli słuchamy amerykańskich płyt – patrzmy na wytwórnie. Obok tych najbardziej prestiżowych – RCA, Mercury, Blue Note - znajdziemy kompletnie nieznane, niszowe wydawnictwa o wątpliwej jakości nagrań, obecne na rynkach lokalnych.

Często zdarzało się, że najbardziej popularne płyty były tłoczone na zasadzie licencji, jakiej duże wytwórnie udzielały lokalnym. Kiedy spojrzymy na wydawniczych gigantów, to jakość ich płyt była doprawdy znakomita. Pamiętajmy jednak, że dźwięk, jaki usłyszymy, jest kompletnie inny od wszystkiego, co powstawało poza Ameryką. Potęga, siła, ogrom – tak chyba najprościej określić amerykańskie płyty. Bardzo wiele z nich, w postaci taśm matek, trafiało do europejskich studiów nagraniowych, a te przygotowywały materiał pod gusta europejskiej publiczności. Niemieckie wersje amerykańskich płyt są – tego się Państwo spodziewają – uporządkowane, wyrównane, pozbawione siły i rozmachu tłoczeń amerykańskich. Bo znów: Niemcy mieli inne upodobania dźwiękowe. 

Wśród krajów w tytule felietonu wymieniłem Holandię, bo tam mieściła się jedna z największych światowych wytwórni płytowych, czyli Philips. Przyznam, że specyfiki w nagraniach Philipsa nie jestem w stanie opisać, poza takimi określeniami jak porządne i perfekcyjne. Inaczej w przypadku brytyjskiej Decca, czy też w ogóle specyfiki brytyjskiego brzmienia. Nie bez przyczyny brytyjski sprzęt audio cieszy się tak wysoką renomą – każdy, kto go posłucha wie, że ma charakter – to brzmienie ciepłe, przyjazne, miłe do słuchania. Takie też są brytyjskie płyty.

Zostały nam Niemcy i dominujące na tym rynku Deutsche Grammophon oraz jej prestiżowa wydawnicza odnoga, czyli Archiv. Znam wielu zagorzałych przeciwników DG, którzy twierdzą, że płyty z tego wydawnictwa brzmią fatalnie. Jest w tym tylko część prawdy, bowiem popularność muzyki zapisanej na winylach była w Niemczech ogromna, stąd pierwsze, drugie, trzecie wydania, stąd ogromna ilość składanek, stąd bardzo wysokie nakłady, stąd wiele wydawnictw budżetowych, w których nie jakość, a cena miała decydujące znaczenie. Pamiętajmy o tym, kiedy w rękach mamy płytę ze znaczkiem Deutsche Grammophon. Inaczej z Archivem – istniejąca od 1948 roku. Ta wytwórnia zwraca niezwykłą uwagę na jakość swoich nagrań. Specjalizująca się w muzyce dawnej, proponuje prawdziwe wydawnicze perły o nienagannej jakości. Można jej zarzucić brak realizacyjnej fantazji, ale czy to zarzut?

Dzisiaj mamy kompletnie inny wydawniczy świat –  na całym świecie używamy tych samych telefonów, wzmacniaczy, gramofonów... i tych samych płyt. A jakie są te dzisiejsze? O tym napiszę w jednym z kolejnych felietonów.

Wojtek Padjas - prezenter RMF FM i właściciel sklepu Vinylspot  

Voice Shop

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.