Mods, Small Faces, Soho i skutery

Młodzi ludzie zawsze byli ogromną siłą. Zwłaszcza, kiedy zorientowali się, że taką siłą mogą być. Jeśli do tego dodamy jeszcze kilka składników, takich jak wolność, muzyka, moda i szczypta szaleństwa, to powstanie coś ciekawego. Tak zawsze działo się z subkulturami.

Mods

O co chodzi z tymi Modsami? Powiem tak: nie było nigdy w historii mody i muzyki bardziej brytyjskiego ruchu młodzieżowego. Ruchu, który stał się tak ikoniczny i utożsamiany z Anglią, jak popołudniowa herbatka i ciasteczko. Zapoczątkowany w Londynie w 1957 albo '58 roku, skupiał fanów nowoczesnego jazzu, głównie wokół klubów i kawiarni, jak choćby kultowy Bar Italia, czy Flamingo na londyńskim Soho. Była to grupa młodych ludzi, którzy, jak to bywa z młodzieżą, chcieli się wyróżniać i wyrwać ze skostniałego Society. Chłonęli wszystko, co wiązało się z nowoczesnością, cały włoski styl, dopasowane garnitury z trzema guzikami, z których ostatni, zawsze musiał być niezapięty! Do tego charakterystyczna wojskowa parka, wzór M 1951. Jeszcze jasne zamszowe buty, tzw. desert boots i mamy klasycznego Modsa.

Aha, jeszcze jeden element: Skuter. Vespa albo Lembretta.

I jest szyk i stylówka!

Poza tym muzyka.

No właśnie.

Te wszystkie składniki, były zawsze ze sobą mocno powiązane.

Modsi mieli ogromny wpływ na otaczający ich londyński świat. Nagle okazało się, że to właśnie oni wytyczają nowe trendy w muzyce i modzie wczesnych lat sześćdziesiątych. Dodam jeszcze jedno. Trafili idealnie w czas.

Londyn był wtedy na szczycie świata. Muzycznie, pod względem kultury, mody czy sztuki. Istne szaleństwo! Młodzi wzięli sprawy w swoje ręce. Najczystszy, kreatywny bunt, przeciwko zastanej rzeczywistości. Skostniałej, szarej i nudnej, mieszczańskiej, zaściankowej i szablonowej. Kto chce tak żyć? Ja na pewno nie! Okazało się, że więcej ludzi potrzebowało wolności w wyrażaniu siebie.

Jeśli chodzi o rynek muzyczny, działo się już dobrze. Pierwsi byli Beatlesi. Oni pootwierali bramy szołbiznesu i ludzkie głowy. Zaczęli pojawiać się inni: Georgie Fame, Stonesi, Kinks, Animals, Pretty Things, Artwoods, Who...ufff... Robi się groźnie. Do tego wszystkiego, dochodzi jeszcze doskonały okres dla brytyjskiej gospodarki, która zaczyna otrząsać się z powojennej stagnacji. Żywność nie jest racjonowana, młodzi ludzie mają swoje pieniądze, które mogą wydać, na co tylko mają ochotę. Muzyka i ciuchy!

Muzyka

Jak wspomniałem wcześniej, rynek muzyczny miał się świetnie. W początkowym okresie zwolennicy nowej mody obsesyjnie wręcz słuchali jazzu modalnego i post bopu, soulu i brytyjskich wykonawców, jak choćby Georgie Fame. Fame był gościem, który zaczął łączyć soul, rythm'n'blues i z czasem ska. Momentalnie stał się zjawiskiem w klubie Flamingo, będącym mekką fanatyków najmodniejszych rytmów.

Bar Italia, Soho, Londyn.

Ray Charles - sweet & sour tears, 10" ep, specjalne wydanie, przeznaczone tylko do szaf grających. Bardzo popularny format, zwłaszcza w USA. Dzisiaj bardzo poszukiwane przez kolekcjonerów.

Booker T. & the M.G.s - Green Onions

Płyta symbol, marker będący najbardziej rozpoznawalnym znakiem kultury Modsów. Tytułowy utwór, stał się hymnem subkultury. Naturalnie, cześć zwolenników ruchu pozostała wierna jazzowi nowoczesnemu i muzyce soul. Pozostali parli do przodu.

Modernizm? Jak najbardziej!

Rynek też nie pozostawał obojętny.

Grupa The High Numbers powstała właśnie na fali ogromnej popularności Modsów. Z lokalnego bandu przeistoczyła się w czołowego reprezentanta nurtu. Wkrótce zmienili nazwę na The Who.

Chłopaki grali hałaśliwe wersje soulowych kawałków Jamesa Browna i innych. Debiutancki album „My Generation” momentalnie stał się hymnem pokolenia.

Album został wydany w roku 1965, przez wytwórnię Brunswick i do dzisiaj pozostaje jednym z najlepszych debiutów w historii muzyki rockowej. Nie mogę w tej części, pominąć kilku równie istotnych pozycji. Jak już wcześniej wspomniałem, jedną z najjaśniejszych gwiazd na scenie londyńskiej, byli Small Faces. Grupa już może nieco zapomniana, łączona zawsze ze swingującym Londynem i sceną Mods.

Ich debiut mocno przypomina dokonania The Who, jednak brzmienie wzbogacone jest o niesamowite partie organów Hammonda. Palce lizać. Jeszcze jedno: wokalista, Steve Marriott, został uznany za jeden z najlepszych głosów w historii. Po odejściu z formacji, założył grupę Humble Pie, w której pojawili się panowie - Rod Steward, Ronnie Wood...

Właśnie, Wood! Art Wood? The Artwoods? Ano właśnie, niech mnie kura w mordę trzaśnie! Jak mógłbym zapomnieć! Bracia Wood! Ja pierniczę... Ależ to jest ze sobą wszystko połączone. Jak jakiś jeden, niesamowity organizm muzyczny.

The Artwoods

Cóż można o nich napisać? Kultowy band? Myślę, że śmiało. Dzisiaj nieco w cieniu, zepchnięci przez The Who i Faces. A to przecież niesamowity kawał grania. Na organach Hammonda - John Lord, założyciel Deep Purple. Myślę, że to wystarczy.

Jako ciekawostkę dodam, że grupa koncertowała w Polsce w 1966 roku, miedzy innymi w Warszawie, jako support Billy Kramer & the Dakotas. Jeśli macie ochotę liznąć nieco klasycznego brzmienia Mods, to ten album jest najwłaściwszy. Serio. Mięsiste brzmienie Hammonda z soulową esencją sączy się niczym najlepsze espresso... Rewelacja! Niestety, jak to często bywa, grupa wydała tylko jeden album, kilka singli i kilka EPek. Dlatego są to kąski kolekcjonerskie, pojawiające się nierzadko tylko na aukcjach. Takie to już życie płytozbieracza. Grunt, to się nie poddawać. Węszyć, niuchać, grzebać.

Ewolucja

Mamy przełom 1966/67 roku. Chyba jeden z najbardziej rewolucyjnych momentów w historii muzyki i nie tylko. Nie będę opisywał przemian politycznych, ruchów studenckich, bo było tego niemało. Skoncentruję się tylko na modzie i muzyce. To jest dla nas istotne. Rok 1966, w zasadzie jego końcówka. The Beatles wydają przełomowe dzieło: Revolver. A Zappa & Mothers Of Invention – Freak Out.  Rodzi się zupełnie nowe zjawisko - Psychodelia...

Wszystko zaczyna robić się dziwne, przesiąkać orientem, Bliskim Wschodem. Pojawia się halucynogenna stylistyka na plakatach i okładkach. W takiej rzeczywistości Modsi, ze swoimi garniturami i skuterami, stają się anachronizmem. Większość z nich przesiada się do modnych cooperów mini, a garnitury zmienia na edwardiańskie kamizelki i bogato zdobione kaftany.

To jednak opowieść na następny odcinek.

A nasi bohaterowie?

Zapadli w hibernację.

Na kilkanaście lat.

Kto by pomyślał!

A jednak.

Pod koniec lat siedemdziesiątych, młodzież zmęczona rozbudowanymi i nudnymi suitami progrocka, tworami supergrup Yes, Elp i całej reszty, odkryła energię z początku lat 60-tych. Odkryła energię Mods! A to dzięki starym wyjadaczom: grupie The Who, która wydała album z muzyką do filmu Quadrophenia, traktującego właśnie o scenie Mods. I zaczęło się. Wszak rzeczywistość nie lubi bezruchu... Garnitury, kapelusze, skutery Vespa i Lambretta wróciły do łask. No i oczywiście muzyka. Muzyka powróciła w wielkim stylu. Już zmieniona, odświeżona, modernistyczna. 

Na razie zostawiam was w klimacie lat 60-tych. Niebawem nasączę was psychodelią. Razem przejdziemy przez jeden z najciekawszych okresów muzycznych.

Darzbór!

Voice Shop

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.