Peter Herman: Przygody Płytozbieracza cz. 1

Przygody winylowych zbieraczy są pasjonujące. Dziś głos oddajemy jednemu z nich - Peterowi Hermanowi, który w pierwszej części swojego cyklu zabierze nas w podróż do krainy krautrocka.

Muzyka to cały wszechświat. To nieograniczona przestrzeń.

   - Tlen?

   - Jest!

   - System bezwładnościowy?

   - Jest!

   - System chłodzenia?

   - Jest!

   - Odliczanie... 5, 4, 3, 2, 1, zero!

   Właz zatrzaśnięty, świat zewnętrzny zostaje poza kapsułą, to tylko strzępy obrazów, przebłyski świadomości, które czasami sprowadzają na ziemię...

   Zabieram was dzisiaj na wędrówkę: wyprawę do wszechświata pionierów, wszechświata krautrocka… To jest bezustanna podróż, jak zresztą cała przygoda płytozbieracza. Wiecie o tym doskonale. Jest to podróż, po wymiarach zupełnie nieznanych, dziwnych, zaskakujących muzycznie i graficznie. Choć wystartowałem już dawno temu, nadal trafiam na nieznane galaktyki, nowe ciała niebieskie i zjawiska, które nie mają jeszcze nazwy…

Krautrock

   Określenie „krautrock”  jest niedoskonałe. Zostało ukute przez  krytyków, aby w jakikolwiek sposób ujarzmić, okiełznać choć odrobinę ten muzyczny, ba,  socjologiczno-kulturowy wszechświat, który wyłonił się w Niemczech pod koniec  lat sześćdziesiątych. Krautrock powstał z potrzeby buntu, potrzeby kreacji czegoś świeżego i niezależnego. „Mieliśmy już dość kopiowania Brytyjskich, czy Amerykańskich grup. Mieliśmy dość cienia wojny,  który kładł się na naszym pokoleniu. Musieliśmy stworzyć coś od podstaw, coś nowego i niepowtarzalnego, coś, co byłoby kontrapunktem dla delty Missisipi czy Liverpoolu.” Te i podobne zdania, słychać w zasadzie w większości wywiadów z muzykami, którzy tworzyli tamten nowy, artystyczny świat - Klausem Schulze, Florianem Fricke czy innymi.

   Pole działania było ogromne. Poza zespołami imitującymi Beatlesów czy Beach Boys, nie działo się zbyt wiele. Ale istniał też inny wymiar: scena jazzowa. To tam skupiła się awangarda artystyczna młodych Niemiec. Wszystko zaczęło się mieszać i przenikać. Zaczęły powstawać rozpolitykowane komuny, które tworzyły muzykę i stały się czołowymi przedstawicielami nowych gatunków, jak choćby Amon Duul.

   To już było zjawisko. Początkowo ludzie nie byli jeszcze gotowi no coś tak rewolucyjnego. Z nowościami tak jest: ludzie są niepewni, boją się. Normalka. Najważniejsze, to nie przejmować się i robić swoje. I tak pojawiła się nowa jakość, coś na co wszyscy czekali. Zaczęły powstawać lokalne sceny undergroundowe, kluby, w których aż gotowało się od nowych pomysłów i projektów. Wszystkich przepełniał entuzjazm. W Berlinie zaczął działać klub o nazwie Zodiac. To właśnie tam powstały czołowe grupy dekady - Cluster, Tangerine Dream, Ash Ra Tempel. 

Computer World 

   Pierwszą grupą, którą poznałem, był Kraftwerk i ich płyta „Computer World”. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie.  Może miałem nieco ułatwione zadanie, bo były to lata 80-te, wiec okres synth popu. Kraftwerk odbierałem jako grupę tego gatunku. Jednak było w nich coś frapującego, syntetycznie czystego i oryginalnego. Później pogrążyłem się w innych gatunkach i trochę zapomniałem o moim odkryciu. Przypadkiem kupiłem ich album, „Die Mensch Maschine”. Po prostu z ciekawości, żeby sobie przypomnieć. I zwariowałem. Tygodniami nie mogłem się oderwać od tej muzyki. Natychmiast kupiłem wszystkie dostępne albumy, zacząłem czytać, oglądać wywiady, generalnie wchłaniałem wszystko, co wpadło mi w ręce. Tak to już ze mną jest: kiedy coś mnie zainteresuje, wchodzę w to całym sobą.

   No i co? Byłem skończony!  Hahaha, tak jest – SKOŃ-CZO-NY! Przepadłem, dead, pagib, umarły... Odkryłem nieograniczony świat, będący totalną przestrzenią artystyczną, pełną genialnych idei, projektów i dzieł muzycznych, które nierzadko do dzisiaj wyrywają z kapci... Do dzisiaj moja uwaga skierowana jest w tym kierunku. Zawsze robi mi się cieplej, kiedy wypatrzę jakiś album krautrockowy. Jest tego całe mnóstwo i w zasadzie non stop odkrywam coś nowego, a dodam, że moja przygoda trwa już dobre trzydzieści lat...

   Nie będę was już zanudzał opowieściami z krypty, nie macie pięciu lat na czytanie moich wypocin, wiec opiszę kilka albumów, bo generalnie to jest esencja całego płytozbieractwa! 

  Pojedziemy klasycznie: czołówka to oczywiście Amon Duul, podzielony na dwa projekty: ten klasyczny - komunalny i późniejszy, znacznie bardziej dopracowany muzycznie: Amon Duul II. 

   Pierwszy, to mieszanka muzyki, happeningu, rytualnych dźwięków. Ciekawe, dzikie, nowatorskie? Może teraz tak się nie wydaje, ale w tamtych czasach było to coś nowego. Na dłuższą metę może nieco męczyć, ale nie gadamy tutaj o gustach, tylko o kolekcjonowaniu płyt.

   Amon Duul II - tu już jest konkretnie. Długie kompozycje, eksperymenty soniczne, kosmiczne dźwięki - to właśnie lubię najbardziej! „Yeti”, "Tanz der Lemminge”, „Wolf City”, „Hi Jack” to kilka albumów robiących robotę - serio! Muszą stać na półeczce, na honornym miejscu.

Can

   Dalej: Can - podstawa podstaw dobrej kolekcji... „Tago Mago”, „Ege Bamyasi", „Monster Movie”... Już same okładki potrafią zaintrygować. Chyba warto o nich wspomnieć przy tym temacie. Zjawisko, jasny punkt na firmamencie krautrocka. Napisano i powiedziano o nich juz chyba wszystko. Ja w zasadzie napiszę kilka zdań, które przybliżą tę formację czytelnikom. Powstali w 1968 roku, rok później ukazał się ich debiut, zatytułowany "Monster Movie", jako ciekawostkę dodam, że pierwsza edycja, ukazała się dzięki prywatnemu pressowi i jest obecnie jedną z najbardziej poszukiwanych płyt grupy. Cóż, coś o muzyce....no właśnie, tego się obawiam. Co grali? Najprościej będzie napisać krautrock, ale serio, bardzo ciężko jednoznacznie zdefiniować coś, co definicji nie podlega. Coś, co jest niezależnym bytem, kosmosem i przestrzenią w jednym. Wykreowali całkowicie niepowtarzalne brzmienie, posklejane z fascynacji muzyką awangardową, elektronicznymi eksperymentami, improwizacją jazzową i niesamowitym motorycznym, wręcz monotonnym bitem. Na pewno nie jest to muzyka łatwa i przyjemna, dla początkującego słucha, na pewno pozostawi w głowie nieodwracalne już zmiany. Tak było w moim przypadku. Kiedy po raz pierwszy usłyszałem album "Tago Mago", uznawany za ich największe dzieło, długo trawiłem otrzymaną porcję dźwięków. Właśnie nie bardzo wiedziałem, co z tym fantem zrobić. Bogactwo, różnorodność i całkowita swoboda, zmieniły moje pojmowanie muzyki rockowej, bo mówimy nadal o rocku. Tak, to nadal rock, jednak juz gdzieś na krańcach muzycznego wszechświata.

   Słuchałem kiedyś wywiadu z Markiem Prendergastem, dziennikarzem, autorem doskonałej książki ”The Ambient Century", traktującej o muzyce elektronicznej. Pokusił się o tezę, że jedyną, oryginalną formą muzyki niemieckiej tamtego okresu była elektronika. Doszedłem do wniosku, że faktycznie, koleś ma rację. Grupy Can, Guru Guru, Amon Duul i wiele, wiele innych były nowatorskie, owszem, ale nadal mocno osadzone w konwencji rockowej. Gitary, perkusja, wokal, syntezatory, ale nadal rockowo. Tak naprawdę dopiero goście jak Conrad Schnizler, Klaus Schulze, Hans - Joachim Roedelius (Cluster), czy panowie Florian Schneider i Ralf Hutter (Kraftwerk) stworzyli coś, czego jeszcze wtedy nie było na szerokiej scenie muzycznej. Był to czysty eksperyment, wolna myśl, nie skrępowana żadnym schematem, konstrukcją. To zadanie ułatwiły im też nowe zabawki – syntezatory. Ale o tym w kolejnej części mojej opowieści. 

Peter Herman

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.