Peter Herman: Przygody Płytozbieracza cz. 2

W drugiej części Przygód Płytozbieracza Peter Herman zabiera nas na wyprawę do mekki kolekcjonerów: na Mega Record & CD Fair, czyli targi płytowe w Utrechcie.

Zupełnie jak brodaci poszukiwacze złota z dzikiego zachodu, my - płytozbieracze, kolekcjonerzy, diggerzy, poszukiwacze przygód, cały czas trwamy przy rzece muzyki. Bezustannie przesiewamy materię muzyczną w poszukiwaniu płytowego, drogocennego kruszcu. W pewnym momencie również stajemy się ofiarami gorączki. Gorączki złota. Z premedytacją używam tej analogii, bo bez wątpienia celem zarówno płytozbieracza, jak i poszukiwacza złota jest zdobycie jak największej ilości samorodków. Jedni ulegają tej gorączce bardziej, inni mniej. Jak to w życiu. Wszyscy jesteśmy jednak bezgranicznie oddani naszej pasji.                                         

W poszukiwaniu złota - Utrecht 

   - Dzień dobry, poproszę jeden do Utrechtu.

   - Powrotny?

   - A, tak, powrotny.                                              

   - Dziewięć pięćdziesiąt.

   - Dziękuje, miłego dnia.     

Teraz bramka, ciach. Peron. Dobra, za dziesięć minut powinien być... Utrecht Central. O, jest, nawet przed czasem. Typowy holenderski porządek i punktualność. Obrzydliwe. Ruszam. Pociąg bezszelestnie i zupełnie gładko wiezie mnie do centrum wszystkiego. Tak sobie właśnie pomyślałem: to swego rodzaju Podróż do wnętrza Ziemi... Zupełnie jak u Verne'a. Epicentrum, jądro wszystkiego, o czym może pomyśleć kolekcjoner.    

Na razie nie myślę, czego będę szukał. Na mojej niewidzialnej liście jest kilkaset pozycji. Każdy z nas ma taką listę, wiem to na sto procent. To część tego wariactwa.  

Jak się zaczęło? Zwyczajnie. Jak w wielu przypadkach. W moim domu zawsze gościła muzyka. W zasadzie to dzięki ojcu cały czas byłem zanurzony w muzyce. Elvis, Georgie Fame, Tom Jones, Neil Sedaka, Cliff i The Shadows... To było dla mnie środowisko naturalne, nawet nie zwracałem na to uwagi. Było częścią mojego dzieciństwa, jak kotlety cielęce mojej mamy. 

Płyty... Zawsze je oglądałem, czytałem teksty na rewersach. Pierwsza ulubiona? "Ramaya" - Afric Simone, album, który znany był chyba tylko w Polsce i Afryce :-) Ta płyta stała się częścią polskiej rodziny, jak pralka Frania czy meblościanka. Była wszędzie.

Potem już ruszyło. Ogarniała mnie coraz większa ciekawość, muzyka zaczęła docierać do mnie coraz mocniej. 

Punkrock? Nie bardzo. Jakiś taki prymitywny. Bardziej spasował mi wtedy Beksiński, ze swoimi audycjami w Trójce. Siedziałem wieczorami z magnetofonem Kasprzaka i palcem na spuście, jak snajper. Czekałem na odpowiedzi moment. Dobra, jest! Bauhaus - "The Sky's Gone Out"...    

Bauhaus mnie zauroczył, oczarował swoim mrokiem, tajemniczością i dzikością. Nigdy nie słyszałem czegoś takiego... Potem poszło jak lawina: Joy Division, Siouxie, Cocteau, Cure...      

To były te pierwsze fascynacje. Potem nagrałem jakiś niesamowity kawałek, nie wiedząc, co to do cholery jest! Okazało się, że to "A Spiral Architect" Black Sabbath. Kosmos, zupełnie inna stylistyka, tłusto, ciężko, ale i melodyjnie.    

Czad, trzeba się zagłębić w temacie, pomyślałem. Tak się też stało. Moje zgłębianie tematu trwa do dzisiaj. Bezustannie. Może coraz mniej albumów wywołuje we mnie gęsią skórę podczas odsłuchów, jednak czasem się zdarza. Jedno się nie zmieniło - dziecięca ciekawość i fascynacja muzyką.  

Następna stacja: Utrecht Central 

"Następna stacja Utrecht Central, dziękujemy za podróż". O rany, ależ odpłynąłem... Dobra, czas wychodzić. Teraz tylko przejście przez halę dworca, która zawsze przypomina mi lotnisko z jakiegoś filmu amerykańskiego, zjazd schodami ruchomymi i za kilka minut będę u źródła.  

   - Dzień dobry, poproszę jeden bilet.

   - Bardzo proszę i życzę udanych łowów.

   - Dziękuje, na pewno! Zawsze się udają, pozdrawiam!   

Targi płytowe w Utrechcie - Mega Record & CD Fair, to impreza cykliczna, odbywająca się dwa razy do roku. Trwa już od dwudziestu pięciu lat. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to największe tego typu wydarzenie na świecie. Odbywa się w halach targowych Jaarbeurs, w samym centrum Utrechtu. Skala całego przedsięwzięcia jest powalająca. Kiedy po raz pierwszy się tam pojawiłem, byłem przygnieciony ogromem tej imprezy. Pomijając już samą giełdę płytową, wcześniej w mieście odbywa się festiwal muzyczny, goszczący gwiazdy z całego świata. Można iść na koncert Muse, Davendry Banharta i wielu, wielu innych. Na ponad tydzień Utrecht zamienia się w centrum muzyczno-płytowe świata. Targi trwają trzy dni:  piątek, tzw. dealer's day, czyli dzień sprzedawców, oraz sobotę i niedzielę, dla zwykłych klientów. 

Na ogromnej przestrzeni wystawowej pojawia się ponad sześćset stanowisk z całego świata. Wybór płyt jest oszałamiający. Mamy do wyboru wszystkie gatunki - od bajek, poprzez niemieckie szlagiery, muzykę filmową, do najbardziej wysublimowanej awangardy. W zasadzie jest to mekka kolekcjonerów z całego świata. Co krok możemy spotkać osobistości świata winylowego, jak Fremmer czy Peterson.

Poza płytami są tam oczywiście wszelakie parafernalia muzyczne, książki, plakaty, zabytkowe bilety, znaczki, kuferki... wszystko. Jadąc tam, zawsze mam wrażenie, że jadę do epicentrum kolekcjonerstwa, do miejsca, gdzie znajdują się wszystkie płyty, o których pomyślę.  

Ręce mi się jakoś spociły... Dobra, szybkie espresso i do ataku. Słychać kakofonię muzyki i ludzki gwar.  Wlazłem. O matko... Gdzie... Dobra, spokojnie... O, jest "Tago Mago"... Uff.... Dobra, bez szaleństwa. Idę najpierw w lewo i spokojnie poparzę, nic na razie nie kupuję!  

   - Cześć, mogę zobaczyć tego Janusa? To jest pierwsze wydanie?

   - Tak, i zobacz, jest naprawdę w doskonałym stanie, z oryginalnym insertem.

   - Hmmm, w zasadzie miałem jeszcze się rozejrzeć i nic nie kupować.

   - No ja cię nie namawiam!

   - Dobra, przekonałeś mnie, biorę!

   - Dzięki, powodzenia!  

Matko analogowa, tego jest tu tyle, że czuję prawie fizyczny ból. Nie jestem w stanie większości objąć wzrokiem, a co dopiero przejrzeć. Wariactwo... O w mordę, pierwszy press Fuzzy Duck, nieźle. W życiu nie widziałem tej płyty. Legendarny album, jeden z tych, który stałby się ozdobą każdej kolekcji.  

   - Przepraszam, możesz mi pokazać tego Fuzzy Ducka?

   -Tak, jasne... Piękny stan i dobra cena jak za ten album!

   - Ile?

   - 1200 euro.

   - Faktycznie świetna cena :-) Tylko sobie zobaczę. Mogę zrobić zdjęcie?

   - Tak, jasne.  

Czuję się trochę, jak kretyn. Czterdziestokilkuletni koleś robi sobie selfie z płytą, z kaczorkiem na okładce, spoko. Ale chrzanić konwenanse!

O, są Anglicy, no tak, ci to zawsze mają wszystkie płyty świata. Ceny, niestety, już nie z tego świata. Przynajmniej sobie podotykam i popatrzę. Kinks, Who, Hollies, Stones – wszystko to pierwsze wydania w doskonałym stanie. Niesamowite, jestem w  miejscu, które przyciąga takich samych wariatów jak ja. Czuję się częścią czegoś większego. Nigdy mi  na tym szczególnie nie zależało, jednak tutaj czuję się jak u siebie. Znam ten grunt. Kocham to.                        

Palce przeskakują po kolejnych albumach. Obok stoją tacy sami pomyleńcy jak ja. Szalony wzrok i pełna koncentracja na celu. Niby przeglądają tylko swoje upatrzone pełne pudła, ale jednym okiem łypią na mój fragment terenu. Za moment łapię się na tym samym. Przecież to jest chore, zaczynam się śmiać w duchu.

Mistyczne porozumienie wariatów 

Koleś obok mnie wyciąga z kartonu album Cluster. Jeden z moich poszukiwanych. Na moment wstrzymuję oddech... O żesz w mordę, tylko żebyś go bracie nie kupił... Cmoka, zastanawia się, odkłada z powrotem, odchodzi. Spadam na pudło, jak jastrząb. Wyrywam go ponownie na światło dzienne. Jest, mam go. Oj, wiele lat na niego polowałem. Jeszcze cena...  

   -Cześć, w jakiej cenie Cluster?

   -To dość rzadka płyta... - zaczyna się czarowanie....

   - Wiem. Ile?

   -175 euro, ale dam ci pięćdziesiąt procent rabatu, bo widziałem, jak zaświeciły ci się oczy do tego albumu.

   - No fakt, już trochę go szukam!

   - Super, cieszę się, że go znalazłeś.

   - Wielkie dzięki! Powodzenia w sprzedaży!  

To właśnie cenię najbardziej. Więź, jakieś mistyczne porozumienie wariatów. Facet wiedział o co chodzi, rozumiał. No tak, wszak siedzi w tym po uszy, jak ja i cała reszta tutaj.  

"Uwaga, Uwaga! Na stanowisku 236, można zobaczyć i kupić jeden z trzech zachowanych singli Street Fighting Man – Rolling Stones w oryginalnej okładce, wycofanej od razu z produkcji..."

No nieźle, singiel legenda. Okładka, przedstawiająca policjantów katujących na ulicy czarnoskórego. Okładka wywołała taki szok, że natychmiast wycofano ją ze sprzedaży i nawet nie trafiła do sklepów. Stonesi to jednak Stonesi, uśmiechnąłem się pod nosem. Kilka osób z wytwórni London wzięło sobie wtedy kilka egzemplarzy na pamiątkę. Dzisiaj mogę ją zobaczyć na własne oczy. Święty Graal kolekcjonera płyt Rolling Stones. Czytałem o niej kilka razy. Zawsze przewijała się jako coś ezoterycznego, jakieś Stonesowe Misterium... Trzeba zobaczyć, koniecznie! Jest. Cena to siedemnaście tysięcy euro. Popatrzyłem, zrobiłem zdjęcie i poszedłem dalej.  

    - Cześć!

    - O, cześć!

    - Miło Cię widzieć, bracie! Jak tam, łowy udane?

    - Pewnie, jak zawsze. Brakuje tylko kasy. Jak zawsze :-)

    - Słyszałeś, że ktoś kupił ten singiel Stonesów?

    - Co ty gadasz, serio?

    - Tak, jakiś niepozorny Japończyk wyciągnął kasę i kupił.

    - Są jeszcze porządni ludzie na świecie! :-)

    - No to dobra, nie zawracam gitarki, lecę dalej.

    - Na razie, do zobaczenia w kraju, cześć!

    - Pozdrawiam, cześć!  

Jazz, Rock, Kraut, Prog, Pop...Setki kolejnych pudeł do sprawdzenia. Może w jednym z nich ukrywa się właśnie ta płyta, której pragniemy od długiego czasu. Kręgosłup już zaczyna boleć od sterczenia w pozycji łukowej, oczy bolą od światła i ciągłego wpatrywania się w kolorowe okładki. Dobra, wystarczy... No nie, może jeszcze tylko ten gość, ma niezłe płyty, może znajdę to, czego szukam. Przeglądam tysięczne pudło z płytami, tysięczny album przechodzi mi przez palce. Nie mogę się już skoncentrować. Nagle BUM! Pierwsze wydanie Tonton Macoute na Neonie – ta legendarna wytwórnia wydała zaledwie kilku artystów grających rocka progresywnego. Nie jest to może jakiś mega rarytas, ale płyta dosyć trudna do zdobycia, a na pewno droga, zwłaszcza dzisiaj, w czasie bumu płytowego. Wyciągam – stan: igła. Okładka: igła. Cena? Pięćdziesiąt euro.

   - Nie pomyliłeś się? - pytam sprzedawcy.    

    - Nie, spokojnie, ja sprzedaję płyty, nie chcę wozić ich jako eksponatów na pokaz, jak niektórzy tutaj :-)

   - W takim razie biorę! 

A jednak, w takim miejscu, wydawało by się, opanowanym przez największych wyjadaczy na świecie, można nadal kupić płyty za bardzo niewygórowane ceny. Trzeba po prostu szukać. Cierpliwość, systematyczność – jak zwał, tak zwał, ale warto!                                            

   Wychodzę zmęczony, jak po dniu spędzonym przy wylewaniu betonu.  

Kolejne targi dobiegają końca, sprzedawcy zwijają swoje kramy. Skuleni fanatycy czarnych płyt, dzierżąc pod pachami swoje zdobycze, zmykają do domów. Wsiadam do pociągu z kilkoma perełkami do mojej kolekcji, zastanawiając się, jak będzie brzmiał pierwszy press, w porównaniu ze wznowieniem, które już posiadam. Kolejna przygoda dobiega końca.

Będzie ich znacznie więcej, życie jest wielką, kolekcjonerską przygodą, podróżą. Podczas kolejnych, zagłębimy  się w konkretnych albumach, wykonawcach i legendarnych już labelach.   

Tekst ten dedykuję Magdzie i wszystkim kobietom, które wspierają nas w pasji - obsesji. 

Piotr Herman tworzy właśnie sklep dla kolekcjonerów Orthodox Records. Więcej informacji wkrótce. 

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.