Kultowe polskie gramofony - część 1


Historia polskiego audio nie należy do najłatwiejszych i niestety też - najweselszych. Powojenne realia szybko odbiły swoje piętno w gospodarce tworząc przeszkody inżynierom we wprowadzaniu nowego sprzętu. Brakowało surowców, technologia nie nadążała za zachodem, a na dodatek spora część wyprodukowanego sprzętu trafiała na wschód, do przyjaciół towarzyszy. Mimo wszystkich przeciwności powstało kilka interesujących gramofonów, którym warto poświecić uwagę.

Łódź, lata 60-te

Gdy Anglicy w latach 60-tych odtwarzali najnowszy singiel The Beatles na gramofonie Garrard SP25, w Niemczech na półkach sklepowych pojawił się Dual 1009, w Szwajcarii zadebiutował niekwestionowany król w postaci Lenco L70, w łódzkiej fabryce Fonica powstała polska legenda - GE-56. Jednak czym jest to tajemnicze określenie? Ono samo nie odnosi się stricte do jednego modelu gramofonu. Była to cała rodzina oparta na wspomnianym mechanizmie, w tym także kultowy gramofon Bambino, występujący w czterech generacjach. Nie będzie nadużyciem jeśli napiszę, że tak samo jak Maluch zmotoryzował Polskę, tak gramofony oparte o GE-56 zrewolucjonizowały ówczesny rynek audio. Niestety sprzęt ten nie był górnolotnej jakości. O ile sam napęd prezentował poprawny poziom, cały urok pryskał, gdy spojrzeliśmy na ramię. Właściciele Bambino czy Karolinek mieli nie lada problem z pożyczeniem towaru deficytowego, jakim były płyty winylowe - nikt nie chciał zniszczyć tego cennego nośnika. Mowa tu zwłaszcza o osobach z ekskluzywnego klubu (bo jak inaczej nazwać tę garstkę, która posiadała gramofon, kosztujący ówcześnie aż 10 000 zł , nie mówiąc już o jego praktycznej niedostępności) posiadaczach modelu G600. To z kolei pierwszy sprzęt aspirujący do miana prawdziwego hi-fi na początku lat 70-tych. 

G600 to ogromny skok jakościowy: ciekawy pod względem konstrukcji napęd GE-56 zastąpiono typowym na ówczesne czasy rozwiązaniem opartym o jedno kółko napędowe. Największe jednak różnice pojawiły się w samym ramieniu. Nacisk regulowany był sprężynowo, uległ on również zmniejszeniu oraz - co istotne - dokładano do niego amerykańską wkładkę Shure M44MB! Nacisk igły na płytę nie wynosił już kilkanaście gram, sama wkładka pozwalała na poprawny odczyt już przy 1,5 grama. Realna wartość była niewiele większa, odpowiadająca bardziej dzisiejszym standardom djskich sprzętów. Problemem był jednak sam silnik - hałasował, grzał się oraz lubił tracić obroty, brakowało również regulacji anti-skatingu.

Niemniej ekscytujący jest następca G600 czyli... G601. Gramofon, który w zamyśle miał wszystko. Napęd co prawda był tylko lekko odchudzoną i niestety zubożoną pod względem solidności wersją swojego starszego brata, reszta jednak należy już do ścisłej czołówki polskich wyrobów audio, nawet patrząc z perspektywy dzisiejszych czasów. Odtwarzacz ten został wyposażony w najbardziej kultowe ramię w historii, oznaczone symbolem R2. Dorobiło się ono swojej miejskiej legendy, jakoby było produktem japońskiego potentata Micro Seiki. Rzeczywistość jednak mocno odbiegała od wspomnianej legendy. Jest to nasz autorski projekt, w którego tworzeniu uczestniczył pan Jerzy Wojtas. Rurkę do produkcji ramienia dostarczyła fabryka ZML Kęty, a elementy łożyskowania przyjechały z Czechosłowacji. Gramofon dostępny był podobnie jak G600 z wkładką Shure M44MB, ale i ADC. Dostępna była również wersja z wbudowanym wzmacniaczem oraz wyposażona w  komplet kolumn. Oznaczono ją symbolem WG-610f.

Lata 70-te to czas odchodzenia od już wtedy archaicznego napędu idlerowego na rzecz paskowego. Tak również stało się w przypadku G601, jego unowocześniona wersja G601A miała już przełożenie paskowe. Za produkcję silników odpowiadała firma SILMA. Niestety na przestrzeni lat to właśnie ten element należy wskazać jako główną piętę achillesową naszych wyrobów. Silniki te poza tym, że były nietrwałe, przez lata swojej pracy praktycznie nie były serwisowane, przez co na dzisiejszym rynku znajdziemy bardzo wiele odtwarzaczy, które mają problemy z obrotami.  Gramofon sprzedawany - podobnie jak WG-610f  - w wersji ze wzmacniaczem, uzyskał miano Fonomaster 76. 

Gramofon Daniel 

Wszystkie dotąd opisane gramofony łączy jednak jeden fakt: żaden z nich nie posiadał automatyki. Ten stan rzeczy zmienić się miał za sprawą nowego projektu - był to sprzęt, do jakiego wzdychały tysiące audiofilów w całej Polsce, mowa oczywiście o modelu G-1100fs, szerzej znanym jako Daniel. W mniej więcej podobnym czasie pojawiła się pierwsza wkładka magnetyczna sygnowana logiem polskiej marki - Fonica MF100, będąca tak naprawdę konstrukcją na licencji holenderskiej marki Tenorel i jej modelu 2001. Co ciekawe, bliźniakiem MF100 i Tenorel 2001 jest wkładka Goldring G800! Wracając do tematu samego gramofonu - można powiedzieć, że w ówczesnych czasach prezentował się zjawiskowo oraz nowocześnie. Z wyglądu nie przypomniał już lekko spłaszczonego sześcianu, nabrał bardziej smukłego wyglądu, na talerzu pojawiły się znaczniki do kontroli prędkości, ramię zostało praktycznie przeszczepione z G601, wprowadzono jedynie kosmetyczne zmiany. Większym unowocześnieniem było wprowadzenie nowego system regulacji antiskatingu. Elementami, które chwytały za serce, były niewątpliwie dotykowe sensory sterujące pracą całego odtwarzacza. Wystarczyło zaledwie muśnięcie palcem po tym cudzie ówczesnej techniki, by wprawić nie tylko talerz w ruch, ale i całe ramię. Na sam koniec strony nie trzeba było biec w pogoni za szorującą po zbiegówce igłą, automatyka bezpiecznie odstawiała ramię na pozycję spoczynkową. 

W tym miejscu należy się kilka słów samej automatyce zrealizowanej w dość nietypowy sposób. Za ruch ramienia odpowiadał drugi silnik, a nie tak, jak w większości konstrukcji, gdzie energia do działania automatyki brana jest - upraszczając - z ruchu talerza. Nie zdziwi zatem nikogo jak zaznaczę, że na zakup takiego gramofonu trzeba było odłożyć kilka wypłat... w całości!! Pomimo tego za Danielem ustawiały się kolejki, o ile oczywiście wcześniej go dowieźli do sklepu. Podobnie jak w przypadku poprzedników z serii 600 dostępna była wersja ze wzmacniaczem. 

Gramofon Bernard 

Wszystkim, którym nie dane było zakupić Daniela, zostawało wejść w posiadanie gramofonu o symbolu G603 znanym szerzej jako Bernard (nie uwzględniając oczywiście wszystkich ubogich alternatyw jak Master Hit, Cyryl, Artur czy Emmanuel). Niestety przy swoim koledze wyglądał dosyć biednie. Brak samej automatyki nie można traktować jako wadę czy też ujmę, takie sprzęty mają niezaprzeczalny plus - jeden potencjalny element mniej do zepsucia. Wizualnie nie wzbudzał jednak już takiego zachwytu jak Daniel. Jedynie talerz był dokładnie taki sam jak w Danielu. Wszystko inne wydawało się nie tylko mniej porywające, ale i gorzej wykonane. Napęd paskowy, podobny jak w ostatnich wersjach Fonomastera, posiadał tę samą wadę, której nie ustrzegł się również wspomniany wcześniej Daniel  - silnik Silmy. Ramię było zupełnie nową konstrukcją - już na pierwszy rzut oka widać oszczędności: headshell przykręcony był na stałe, przez co wymiana wkładki nie należy do przyjemnych zajęć. 

Gramofon Fryderyk

W dobie gospodarki socjalistycznej często dochodziło do sytuacji, gdy na stanie znajdywało się wiele materiałów, które zalegały w magazynach. Z takiej łapanki różnej maści części powstał jeden z bardziej udanych odtwarzaczy oznaczony jako G620, dla przyjaciół - Fryderyk

Talerz oraz wieżyczkę stroboskopu odziedziczył po Danielu, ramię jest ulepszoną wersją znaną z Bernarda, ale z użyciem przeciwwagi z Daniela. Nie powtórzono na szczęście błędu znanego z G603 i w Fryderyku możliwy jest demontaż headshella, opartego na systemie SME. Jest to również pierwszy gramofon klasy hi-fi, w którym całość sterowania odbywa się z poziomu przedniego panela. To też zapowiedź nadchodzącej ery dominacji systemu typu "wieża", gdzie każdy element stanowi kolejne piętro układanki. Niewątpliwie trzeba wspomnieć, że Fryderyk w odróżnieniu od Bernarda prezentuje się zdecydowanie lepiej. Jego największą wadą jest - poza oczywistym silnikiem Silmy - parciejąca guma w nóżkach odpowiedzialnych za niwelowanie zewnętrznych drgań. Na pocieszenie należy jednak wspomnieć, że problem ten dotyczył wielu innych odtwarzaczy, również zachodnich, jak i japońskich.  

Nie jest to koniec historii łódzkiej fabryki, która zaopatrywała w sprzęt do odtwarzania płyt winylowych całą Polskę oraz sporą część byłego bloku wschodniego. W kolejnej części zostaną przedstawione jej dalsze losy, w których przyjrzymy się pierwszemu polskiemu gramofonowi z napędem direct drive, poświęcimy kilka słów na romans, jaki powstał z marką Thorens oraz zobaczymy co aktualnie produkuje się w naszym kraju. 

Zdjęcie gramofonu Fryderyk dzięki uprzejmości Konrada Klekota
Zdjęcie biurowca Unitra: Wikipedia
(T. Hermańczyk - Spotkania z Warszawą, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1975)

Przeczytaj Kultowe polskie gramofony - część 2


Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.