Historia Indian Summer. Wywiad z Bobem Jacksonem

O historii jednej z najciekawszych grup rocka progresywnego w latach 70 rozmawiamy z twórcą Indian Summer.

Konrad Helwig, Marcin Mieszczak: Bardzo się cieszymy, że możemy porozmawiać z twórcą tak niezwykle intrygującego i nieprzeciętnego wydawnictwa, jakim jest jedyna płyta Indian Summer. Opowiedz na początku o dniach poprzedzających nagranie płyty. Gdzie poznałeś swoich kolegów z zespołu? Jak powstało Indian Summer? Skąd pomysł na taką właśnie nazwę?

Bob Jackson: Zespół założyliśmy w angielskim Coventry, naszym rodzinnym mieście. W tamtym czasie nabyłem pierwsze klawisze z prawdziwego zdarzenia, organy Hammonda. Oryginalny skład zmieniał się z czasem i ostatecznie spośród założycieli zostaliśmy tylko ja i Paul, perkusista. Dołączyli do nas Colin na gitarze i Malcolm – basista. Te zmiany pozwoliły zespołowi zbliżyć się do kierunku, który powstał w mojej głowie na samym początku formowania się naszej ekipy. Było też sporo kombinacji z nazwą zespołu, rozważałem „Lush”, jednak ostatecznie wszyscy zgodziliśmy się na „Indian Summer”, co oznacza nadejście niespodziewanego…

Za każdym razem, kiedy słuchamy Waszej płyty, utwierdzamy się w przekonaniu, że to po prostu perfekcyjna płyta progresywna. Kompozycje, rozwiązania instrumentalne, gitarowe i organowe harmonie… Kogo słuchaliście? Kim się inspirowaliście? Brzmienie jakiego zespołu było dla Was wzorem?

Postawiliśmy przed sobą zadanie stworzenia czegoś oryginalnego i świeżego. Nie zmienia to jednak faktu, że ciągłe obcowanie z takimi zespołami jak Traffic, Deep Purple, Family, Spooky Tooth, Pink Floyd, King Crimson, Arthur Brown, etc. musiało wywrzeć na nas swój wpływ. Wydaje mi się, że większość kompozytorów podświadomie korzysta z dorobku współczesnych sobie artystów.

To wyszło zupełnie przypadkowo. Jestem muzycznym samoukiem, a na mój styl wpłynęli zwłaszcza Jimmy Smith, jazzman grający na Hammondzie, a pod względem wokalnym Ray Charles. Trochę później, pod koniec wieku nastoletniego, postanowiłem nie polegać przesadnie na tych bluesowych klimatach i skupiłem się na kształtowaniu swojego własnego muzycznego kierunku.

Nie podążaliście utartymi ścieżkami, ale raczej przecieraliście nowe szlaki. Nie za bardzo da się porównać Wasz LP do jakiegokolwiek innego znanego albumu. „Indian Summer” zajmuje miejsce osobne. Czy stawialiście sobie za cel stworzyć album inny niż wszystko co powstawało wokół?

Jak już powiedziałem, naszym planem było: być jedynymi w swoim rodzaju. W tamtym czasie starałem się słuchać dosłownie wszystkiego. Różnorodność brzmienia była wtedy niesamowita i to mnie inspirowało. Przed erą internetu zespoły były jak takie małe wiejskie zakłady, które były w stanie tworzyć nie będąc równocześnie w pełni świadomymi tego wszystkiego, co działo się w całym muzycznym świecie. Ten brak komunikacji miał swój udział w kreatywności i oryginalności ówczesnych muzyków. Moim celem było przede wszystkim stworzenie materiału, który odbiegałby od tradycyjnej struktury utworów i pojmowania muzyki, jakie wtedy panowało. Materiału pełnego poezji i tajemnicy ukrytej w muzyce i tekstach. Materiału o pełnym i dynamicznym brzmieniu.

Album brzmi bardzo jednorodnie (kawałki podobnej długości, żaden z nich się szczególnie nie wyróżnia na tle pozostałych, każdy ma podobny klimat, podobne rozwiązania kompozycyjne, podobną stylistykę, podobne motywy muzyczne). Wydaje się dziełem bardzo mocno przemyślanym. Od zawsze patrzymy na ten album wyłącznie jako spójną całość, a nie zestaw zebranych w jednym miejscu piosenek. Czy przyświecała Wam idea stworzenia albumu jako całości?

Jeszcze zanim weszliśmy do studia, postanowiliśmy, że album będzie miał spójną, jednolitą strukturę, że piosenki łączyć będzie więcej niż tylko obecność na tym samym krążku. Ten album brzmi tak, jak my wtedy brzmieliśmy na podczas naszych występów na żywo. Te jednak, co warto podkreślić, były znacznie bardziej surowe niż wskazuje na to ostateczny kształt albumu. Były zdecydowanie cięższe i głośniejsze… to może być zresztą jedne z powodów, dla których oddano nas w ręce tej samej ekipy co Ozzie’go i jego kolegów.

Jim Simpson zarekomendował Was szefowi Neon Records (Olav Wyper), który wydał Wasz album. Do współpracy zostały zaproszone też znane nazwiska: za produkcję odpowiadał Rodger Bain (pierwsze trzy albumy Black Sabbath, dwa pierwsze Budgie, pierwszy Judas Priest), okładkę zaprojektował Marcus Keef (jedynka Black Sabbath, Beggars Opera „Act One”, Affinity, Colosseum „Valentyne Suite”, Hannibal, Tonton Macoute, Spring). Można więc powiedzieć, że produkcyjnie mieliście duże szczęście – trafiliście na dobrą choć niewielką wytwórnię i pracowaliście z fachowcami. Opowiedz o tej współpracy…

Z każdym pracowało nam się naprawdę bezproblemowo. Olaf wspierał nas jak mógł, Rodger Bain okazał się fajnym gościem, który pomógł nam wyselekcjonować kawałki do nagrania albumu.

Neon Records było progresywną filią RCA. Wydali m. in Tonton Macoute, Spring, Raw Material. Łączy Was z tymi kapelami fakt, że nagraliście znakomite albumy – bardzo dobre muzycznie i produkcyjnie. Wspólne dla tych kapel jest także to, że żywot każdej z nich był niezwykle krótki, zwykle wszystko kończyło się po pierwszym albumie… Zadajemy sobie pytanie z czego wynikają te analogie? Czyżby chodziło o to, że wytwórnia nie miała odpowiednich środków na promocję? Jak myślisz, co zawiodło?

Mieliśmy mnóstwo szczęścia, że w ogóle podpisaliśmy jakiś kontrakt. Z biznesowego punktu widzenia była to jednak jedna wielka niewiadoma. Olaf zdecydował się opuścić Vertigo, by zbudować podobną wytwórnię dla RCA. Neon to nie było jednak to samo co Vertigo, która była wytwórnią o określonej renomie. Neon nie miała na koncie wartych odnotowania sukcesów. Zakontraktowani przez nią muzycy byli moim zdaniem zbyt różni stylistycznie, co nie pozwoliło wytwórni wypracować jednolitego wizerunku. Rezultatem były dość słabe wyniki i ostatecznie upadek.

Z tym związana jest jeszcze jedna historia. W czasie naszej przygody z Neon byliśmy, bez naszej wiedzy, mocno obserwowani przez wytwórnię Chrysalis. Wysłali nawet swojego przedstawiciela z Londynu, by nas znalazł i przekonał do współpracy. Byli bardzo zawiedzeni, gdy usłyszeli, że jesteśmy już po słowie z inną wytwórnią. Podobnie jak Vertigo, Chrysalis była wytwórnia uznaną. Czy nasza kariera byłaby dłuższa i bardziej udana, gdybyśmy wybrali Chrysalis? Nigdy się nie dowiemy, ale myślę, że jest to wielce prawdopodobne.

Czy producent miał duży wpływ na ostateczny kształt i brzmienie albumu, czy w znakomitej większości to jednak Wasza robota?

Po trochę obu. Natura naszego materiału w dużej mierze sugerowała kierunek produkcji dźwięku. Miał być silny, mięsisty i soczysty. Oczywiście, pod względem dźwiękowym ostateczny rezultat był w głównej mierze efektem pracy inżyniera i producenta.

indian-summer-2

Pamiętasz jeszcze sesję nagraniową? Jak przebiegała praca nad albumem?

To było bardzo emocjonujące doświadczenie. Byliśmy zupełnymi żółtodziobami jeśli chodzi o pracę w studiu. A Trident było wtedy jednym z największych i najlepszych. Nasz budżet nie był jednak wielki, dlatego nie przysługiwał nam luksus spędzania wielu dni na dopracowywaniu dźwięku, kolejnych i kolejnych powtórzeniach, etc. Pracowaliśmy więc szybko, pozwalając sobie na jedną, góra dwie próby na każdy podkład. Ja grałem na Hammondzie, overdubbing partii strunowych robiłem na mellotronie. Później wokal i tyle.

Stawialiście na klimat nagrywając album czy jakieś inne aspekty były dla Was ważniejsze?

Musieliśmy się zmieścić w dość skromnym budżecie i wąskich ramach czasowych. Nadanie poszczególnym kawałkom odpowiedniego klimatu i nastroju było dla nas bardzo ważne, ale w trakcie całego procesu nagrywania zacząłem zdawać sobie sprawę, że to przecież dopiero nasz pierwszy album i nasze możliwości są mega ograniczone. Prawda jest taka, że to czas był naszym głównym zmartwieniem. Nie mogliśmy pozwolić sobie na eksperymentowanie bez końca. Nie dostaliśmy szansy, by zrobić coś szczególnie kreatywnego z aranżacjami. Przede wszystkim musieliśmy być efektywni i wszystko zrobić na czas.

Gdzieś wyczytaliśmy, że podobno nie byliście w pełni zadowoleni z studyjnego brzmienia. Jeśli to prawda, to co Wam nie pasowało?

To prawda. Żaden z nas nie był całkiem zadowolony z ostatecznej wersji albumu. To nie tak, że uważamy, że jest zły. Czujemy po prostu, że to mogło być coś o wiele lepszego, o wiele większego. Wydaje mi się, że całość materiału została zbytnio skompresowana podczas masteringu, co odbiło się na dynamice brzmienia. To kwestia techniczna, która nie dla każdego jest oczywista, ale my nie mieliśmy wątpliwości. Jak już wspomniałem, nasze brzmienie sceniczne było pełne dynamiki i brzmieniowego ciężaru. Mieliśmy wrażenie, że album nie oddał tego zbyt dobrze, nie był reprezentatywny dla tego, co rzeczywiści robiliśmy na żywo.

Muzyka, którą stworzyliście zawiera potężny ładunek emocjonalny. Panujący na albumie klimat wydaje się być chłodny, nostalgiczny, dość przygnębiający, pozbawiony słońca, przywołujący na myśl dawne lub odległe, dzikie krainy, niedostępne, niegościnne, pełne wojen, konfliktów, spalonej kataklizmami ziemi. Jak Ty opisałbyś atmosferę panującą na płycie?

Jak to zwykle bywa w sztuce, w oczach, a raczej uszach, różnych ludzi może być to rożnie odbierane. Z dzisiejszej perspektywy wydaje mi się, że próbowaliśmy się zdystansować od ówczesnego dość powszechnego popowo-komercyjnego podejścia do muzyki. Dostarczanie rozrywki to nie było to, o co nam chodziło. Naszym celem było raczej przeniesienie słuchacza do innego odległego miejsca, zainspirowanie go czy wręcz zmuszenie do myślenia. Naprawdę cieszy mnie, że tę intencję udało się tak wyraźnie zakomunikować.

Nie byliście hippisami, tego nie słychać w Waszej muzyce. Czy była jakaś ideologia, z którą utożsamiali się członkowie Indian Summer?

Zdecydowanie nie powiedziałbym, że byliśmy hipisami. Hasło ‘drop out and turn on’ na pewno nie było naszym mottem. W jakimś stopniu był to jednak ten klimat, z którym czuliśmy się związani. Łączyło nas wiele wartości. Pokój, miłość, wolność, kontestowanie otaczającej nas rzeczywistości i przeciwstawienie się establishmentowi.

Na okładce widzimy kaktus i kojota na plaży nocą. Kogo to był pomysł? Powiedz nam, gdzie można zobaczyć takie widoki na żywo? Jak zinterpretowałbyś obraz, który zmieściliście na okładce?

To był autorski pomysł Keefa. Rozmawialiśmy nieraz o klimacie, który chcemy uchwycić poprzez ten projekt. Keef zaufał jednak swojej intuicji. Umieścił na okładce lisa, który w tekstach na albumie pojawia się kilka razy reprezentując grzech. Umieścił go na zdjęciu angielskiej plaży i dołożył jeszcze kaktus. Następnie pobawił się tonami w celu nadania projektowi dodatkowego akcentu surrealistycznego. Wydaje mi się, że osiągnął całkiem niezły efekt.

Jak wyglądała Wasza trasa po Europie promująca album? Gdzie i z kim graliście? Jak wspominasz tę trasę? Jak przyjmowano Waszą muzykę?

Nie pamiętam już wszystkiego, ale na pewno graliśmy w Szwajcarii… Nasze występy były raczej udane, ale ogólne wrażenie zepsuł daleki od idealnego kontrakt. Mieliśmy sporo problemów między innymi z zakwaterowaniem. Zdarzyło się, ze byliśmy zmuszeni spać się na podłodze lokalu, w którym właśnie zagraliśmy. I to bez zgody i wiedzy właścicieli! Ot uroki show-biznesu…

Co zaważyło na tym, że zakończyliście działalność? Co było bezpośrednią przyczyną?

W największym skrócie – pieniądze! Nasi agenci nie mieli dla nas zleceń, a my w tym czasie marnieliśmy w oczach. Wielka szkoda, bo kiedy już graliśmy, zawsze zbieraliśmy świetne recenzje. Nigdy nie otrzymaliśmy pieniędzy za nagrania. Colin musiał sprzedać swojego Gibsona za grosze. Brakowało nam wtedy kasy na czynsz i jedzenie. Zrobiło się naprawdę niewesoło. To była sytuacja bez wyjścia.

Nagraliście singiel „Walking On Water”, który nigdy nie został wydany. Może masz go w jakiejkolwiek wersji… Czy jest możliwość przesłuchania go?

Tak. Umówiliśmy się, że mamy nagrać singla. Neon martwiła się wtedy swoją własną, trudną sytuacją i nie za bardzo przejmowała się zespołem, który wydawał im się wypalony i bez wielkiego potencjału marketingowego. Zaproponowali, byśmy nagrali cover Free „Ride on a Pony”. Uwielbiałem Free, ale… z punktu widzenia artystycznego było to dla nas naprawdę trudne do przełknięcia. Przedstawiciele wytwórni byli nieugięci, więc musieliśmy się w końcu zgodzić. Ale za to wynegocjowaliśmy możliwość nagrania dodatkowo jednego z naszych nowych kawałków. Weszliśmy do studia i mocno postaraliśmy się, by nasz cover „Ride on a Pony” pozostawiał jak najwięcej do życzenia. Jak się później okazało, Neon upadła i żaden z zarejestrowanych wtedy utworów nie został wydany.

Czy były jakieś inne kompozycje Indian Summer, które nie znalazły się płycie?

Kilka by się znalazło. Jednym z lepszych był „The Fox”. Kawałek, który graliśmy na koniec naszych występów na żywo. Nie trafił jednak na album. Zawsze uważałem, że to był duży błąd.

Czy posiadasz jakieś nagrania koncertowe, które zostały po Waszych trasach?

Nic nie przychodzi mi do głowy. Może jakieś surowe nagrania demo, które zrobiliśmy jeszcze przed naszą przygodą z Neon gdzieś się zachowały…

Wasz album ma status kultowego i jest uważany ze jedną z najlepszych “zapomnianych” płyt progresywnych, a oryginalne analogowe wydanie stało się prawdziwym rarytasem kolekcjonerskim i zaczęło osiągać zawrotne ceny na giełdach płytowych. Jak się czujesz będąc jednym z twórców takiego dzieła?

Jasne, to bardzo miłe uczucie. Fakt, że dla tak wielu osób nasz album nie jest obojętny, mimo że nie był swego czasu wielkim sukcesem, daje mi sporo otuchy.

Czy obecnie często dochodzą do Ciebie głosy, że nagraliście jedną z ciekawszych płyt progresywnych?

Od lat słyszę właściwie same zachwyty. Wciąż mnie to trochę zaskakuje…

Wskaż proszę płyty, które z przełomu lat 60/70 są dla Ciebie najistotniejsze? Do jakich dźwięków sięgasz obecnie?

Zbyt wiele, by powiedzieć, czy nawet pomyśleć. Choć zabrzmi to trochę dziwnie, mimo że wciąż gram, rzadko już słucham muzyki w radiu czy na płytach. Trochę jak ten przysłowiowy kucharz, który nie przepada za gotowaniem w swoim własnym domu.

Oto jedna z opinii o Waszej płycie jaką znaleźliśmy w Internecie “W sprawiedliwym świecie Indian Summer graliby do dziś, i to na stadionach. A ich debiutancka płyta zwyciężałaby we wszystkich możliwych plebiscytach.” Myślisz, że to możliwy scenariusz?

To naprawdę urocza myśl… jaka szkoda, że nie żyjemy w idealnym świecie.

Dziękujemy bardzo za rozmowę.

Rozmawiali: Marcin Mieszczak, Konrad Helwig

Przeczytaj wersję angielską.

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Od zawsze życzył Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Marcin Dobija
    Marcin Dobija 8 stycznia 2015, 00:29

    No panowie, powróciły wspomnienia.
    Gratuluję wywiadu i pozdrawiam :)

  • RoosterAtomic
    RoosterAtomic 1 października 2014, 21:18

    genialny album, strach pomyśleć, że takich płyt w latach 70 nagrano setki