Dobry nałóg – wywiad z kolekcjonerem Jackiem Cibą

O rzadkich wydaniach płyt, kolekcjonowaniu rarytasów, winylach w internecie oraz o tym, dlaczego winyle to dobry nałóg, rozmawiamy z kolekcjonerem Jackiem Cibą. 

Marcin Mieszczak: Zacznę przewrotnie nie analogowo, a na wskroś nowocześnie. Poznaliśmy się na jednej z grup poświęconych winylom na Facebooku. Rozmawialiśmy o płytach na messengerze. Ludzie publikują zdjęcia nowych płyt w social media, wymieniają się opiniami, sprawdzają ceny, czytają takie serwisy, jak nasz. Chyba dobrze winylom w Internecie?

Jacek Ciba: Nawet bardzo dobrze i jest coraz lepiej, co można zaobserwować po rosnącej liczbie serwisów, grup na FB, blogów, kanałów. Jeszcze kilka lat lat temu było dosłownie parę takich portali i grup w Polsce, można było je policzyć na palcach. Teraz przeżywają rozkwit, praktycznie każdy rodzaj muzyki nagranej na winylu ma odpowiednie miejsce i grupę aktywnych odwiedzających. Są rockowe, prog-rockowe, metalowe, industrial, jazzowe, muzyki wschodniej, „klasykowców” i co tam sobie kto jeszcze zażyczy. Wzrost ten jest spowodowany z jednej strony rosnącym zainteresowaniem muzyką wydawaną na winylu, z drugiej strony dostępnością  technologii i łatwością jej używania.

Naturalnie przychodzi mi teraz na myśl pytanie, jak to było przed erą Internetu. Pamiętasz dobrze te czasy? Gdzie się kupowało płyty, szukało perełek, odsłuchiwało, porównywało ceny…?

Czarne krążki kupowałem w księgarniach, sklepach muzycznych, jednak początek mojej podróży muzycznej to głównie kasety, nie analogi, nad czym ubolewam. Giełd wyspecjalizowanych w kraju oczywiście nie było, czasami ktoś miał płyty na jakimś lokalnym targu czy giełdzie samochodowej. Oczywiście wymieniało się płyty z kolegami, tak poznałem wczesne płyty SBB. W późnych latach 80-tych i 90-tych, bo wtedy przypada początek mojej przygody z muzyką, spotkałem wiele płyt, których nie kupiłem, a dzisiaj ich nie będę mieć z powodu ich rzadkości. Widziałem np. jedyną płytę finlandzkiego Elonkorjuu w sklepie płytowym w Chorzowie. Nie kupiłem, bo nie byłem zainteresowany tym nośnikiem, druga sprawa nie wiedziałem kompletnie, co to jest… Teraz wiele bym dał za ten album. Nie wszystko musiałem mieć na winylu, był to po prostu jeden z możliwych dostępnych wówczas formatów, ja wolałem kasety, a później CD.

Sam pamiętam taką sytuację. Jeszcze gdy byłem w liceum, w jednym ze sklepów muzycznych trzymałem w ręku płytę belgijskiego Waterloo „First Battle”. Kosztowała raptem kilkadziesiąt złotych. Dziś na Discogsie jedyny egzemplarz wyceniony jest na 2000 euro…

Dokładnie. Świat oszalał. Ceny wydają mi się już tak wyśrubowane, że raczej drożej nie będzie, wręcz przeciwnie – będą tanieć. Chociaż w przypadku rarytasów może to nie nastąpić. Wszystko zależy od tego, czy „boom” na winyle się utrzyma.

Jak zaczęła się Twoja przygoda z winylami? 

Pierwszą muzyką, którą pamiętam na winylu (płytę mam do dziś), to „Blues” Breakoutu. Była to płyta często puszczana w moim domu, na jakimś adapterze Unitry,  moja mama bardzo ją lubiła. Jest zdarta, porysowana, ale jest! Parę lat temu dokupiłem sobie wczesną wersje stereo, udało mi się ją zdobyć w stanie sklepowym. Tanio nie było niestety, ale mam do niej straszny sentyment. Pierwszym winylem kupionym samodzielnie był debiut Voo Voo, też mam go do dziś. Później nastała era CD i je właśnie kupowałem, chociaż czasami jakiś winyl też „wpadł”, ale głównie przypadkiem. Czasy świetności CD – były patrząc z dzisiejszej perspektywy – najlepszym okresem na kupowanie winyli, można było doskonałe wydania kupić za przysłowiową „złotówkę „. Znam kilku kolekcjonerów trochę starszych ode mnie, którzy w tamtych czasach stworzyli wspaniałe kolekcje, o których teraz tylko można pomarzyć. Ludzie pozbywali się hurtowo winyli i zamieniali je na CD jako wygodniejszy i w ich mniemaniu lepszy format. Tak na poważnie płyty winylowe zacząłem ponownie kolekcjonować chyba 15 lat temu jednocześnie z rzuceniem palenia. To była motywacja, wolałem kupić sobie fajną płytę niż kolejną paczkę fajek. Do dziś nie palę, płyty kupuje nałogowo. Właściwie to taka zmiana uzależnienia. 

Czas przedstawić Twoją kolekcję…

Raczej nie pozbywam się płyt, strasznie trudno mi się rozstać z jakimś albumem, dlatego kolekcja jest dość zróżnicowana gatunkowo, odzwierciedla to, czego akurat w danej chwili słuchałem na przestrzeni lat.  Mam charakter zbieracza. Zbieram też dyskografie kilku artystów, więc stale się ona rozrasta. Moje fascynacje się zmieniały począwszy od klasyki rocka (Zeppelini, Floydzi, Purple – od tego chyba każdy zaczynał), zachłysnąłem się włoskim progresem, czechosłowackim rockiem, krautrockiem, psychodelią, jazz-rockiem. Generalnie są to późne lata 60-te i 70-te, ale jest też kilka zespołów współczesnych, których wydawnictwa kolekcjonuję. Staram się też w miarę możliwości kupować nowości, oczywiście nie wszystkie, tylko te, które wpisują się jakoś w moją kolekcję. Dla tych starych płyt zawsze staram się zdobywać wydania z tzw. „epoki”, co czasami jest trudne i dość kosztowne, wymaga czasu, znalezienia okazji, odpowiedniego „dojścia” itd. Niewielką część albumów posiadam w reedycjach, z powodów czysto ekonomicznych. Ilościowo nie jest to jakaś strasznie duża kolekcja, w chwili obecnej oscyluje ok 2500 tytułów.

No właśnie… jako miłośnik starych (i często zapomnianych brzmień) jesteś w szczególnie narażonej grupie – te płyty są generalnie drogie, a momentami nawet bardzo drogie. Jak sobie z tym radzisz?

Szczęśliwie przygodę z winylem rozpocząłem w czasie, gdy płyty te nie były jeszcze tak popularne jak dzisiaj, co też przekładało się na cenę, nie były tak drogie. Wiele albumów udało mi się wtedy nabyć w okazyjnych cenach. Obserwuję rynek, ceny, jeżdżę po giełdach, targach, szukam na aukcjach, ostatnio coraz więcej kupuję na Discogs. Najważniejszym to być w tym cierpliwym, okazje się zdarzają, jednak coraz rzadziej. Dużo tytułów odpuszczam, ze względu właśnie na stawkę, czasami żałuję, ale w większości przypadków jednak udaje się je zdobyć w dobrej cenie. Czasami trwa to lata. Coraz mniej kupuję na aukcjach, bo bywa, że dochodzi tu do absurdów, wolę kupować na giełdach. Zawsze można się potargować, ale przede wszystkim widzę, co kupuję, stan płyty jest dla mnie bardzo ważny. Kupując w „sieci” zawsze jest ryzyko, że stan płyty jest zawyżony.

Opowiedz o dwóch płytach: najcenniejszej w kolekcji oraz tej, która jest dla Ciebie prywatnym albumem wszech czasów. Wiem, że zwłaszcza pytanie o tę drugą jest trudne do jednoznacznej odpowiedzi, ale spróbujmy…

Marcin – rzeczywiście trudne pytanie. Zacznę od jego drugiej części. Niedawno się na tym zastanawiałem właściwie i doszedłem do wniosku, że to strasznie trudne, nie bardzo umiem wybrać tę najważniejszą,  może to jedynka Black Sabbath, chociaż na równi z Colosseum – „Valentyne Suite”, bo na tym albumie jest wszystko, za co kocham muzykę lat 70-tych.  Muszę też wspomnieć o „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band” The Beatles. Płytę tę poznałem dość późno, ale jestem w niej zakochany i tego chyba nic nie zmieni. Pytasz też o najcenniejszą. To trudno oszacować i właściwie nie powinienem odpowiadać, bo dżentelmeni nie rozmawiają o pieniądzach…

Słuszna uwaga, więc może tę najbardziej unikalną…

Mam trochę  prywatnych tłoczeń, zbieram np. wydawnictwa szkockiego Thor Records, na tym labelu wyszedł kultowy, odkryty po latach Captain Marryat, którego jeszcze nie mam, ale mam kilka innych – wspomnę The Haloes. Jest w kolekcji trochę spiral, Pilzów, Brainów, Neonów, Pegasusów, niestety ciągle mało bo wiadomo ceny ich zabijają… Wciąż poluję na okazje i czasami uda się coś złowić.

Twoje największe marzenie winylowe to…

Pewnie jakieś z 1000 albumów, a tak poważnie ostatnio poluję intensywnie na dwie płyty: pierwsze tłoczenie debiutu Atomic Rooster i Keavina Ayersa „Joy of a Toy”, bo te tytuły są jeszcze w miarę osiągalne. Jakbym miał nieograniczony budżet to na pewno zdobyłbym Dark „Around the Edges”, debiut The Beatles w tłoczeniu stereo, Led Zeppelin I na tzw. „turkusie”, obydwie płyty Catapilla.

Za co najbardziej cenisz winyle?

Nie będę odkrywczy, cenię je za możliwość obcowania z muzyką, ale nie tylko z dźwiękami. Słuchając analogu mam fizyczny kontakt z nośnikiem, dużą okładką, która stanowi nierozerwalną całość z muzyką. Oczywiście też brzmienie, analogowe, czyste, częste odmienne od tego z CD, dlatego też cenię stare wydania, mają z reguły doskonałe brzmienie, czego niestety nie mają niektóre nowości czy reedycje wydane bez odpowiedniego masteringu pod winyl. Słuchanie muzyki z płyty winylowej zmusza słuchacza do uważnego odbioru, całościowego, co jest bardzo ważne, bez tego w wielu przypadkach nie można zrozumieć zamysłu artysty. Pojedynczy utwór wyrwany z kontekstu albumu koncepcyjnego nie ma sensu. Lubię usiąść w spokoju, puścić płytę i przesłuchać ją w całości, mając obok siebie okładkę.

Czy płyty winylowe – zwłaszcza te rzadkie – to dobra inwestycja (nie pytam o okazje, bo te zawsze są dobrą lokacją gotówki, ale o kupowanie w regularnych cenach)?

Wszystko zależy od nakładu, artysty, limitu itd itp. Przy płytach nowych, wydawanych w limitach (kolory, numerowane edycje) obserwuję, że ceny ich rosną w dość szybkim tempie po wyczerpaniu nakładu. Zawsze mając do wyboru edycję zwykłą i limitowaną, kupuję przeważnie niewiele droższy limit. Edycje regularne niewiele drożeją lub drożeją po długim czasie. Doskonały przykład z ostatniego miesiąca. Nasz rodzimy, dokonały swoją drogą Riverside, wydał box z koncertem „Lost ‚n’ Found – Live in Tilburg” w dwóch wersjach: limit na kolorowych „splatterach” (400 egzemplarzy) i box czarny fan-clubowy w limicie 99 egzemplarzy, zawierający dodatkowo koszulkę. Za pierwszy trzeba było zapłacić 250 zł, a za drugi 395 zł. W chwili obecnej „chodzą” na Discogs pierwszy za 250 Euro, drugi jest wystawiony za 888 euro. Jak więc widać winyl może być dobrą inwestycją. Warto też kupować winyle młodych, dobrze zapowiadających się artystów. Czasami wyrastają na gwiazdę, a wczesne ich płyty stają się poszukiwane i co – za tym idzie – drogie. Są one zawsze dość tanie w momencie wydania i zwykle są wydawane w małych nakładach. Zawsze też warto wspierać młodych artystów.

Bardzo słuszna uwaga. Jeśli ktoś z debiutantów decyduje się wydać płytę na winylu, to my powinniśmy to docenić i wspierać. Tak staramy się także robić na Psychosondzie. Tradycyjnie podczas wywiadów tutaj o winylach ostatnie pytanie do moich rozmówców dotyczy ich wizji przyszłości rynku winylowego w Polsce i na świecie. Jak to będzie Twoim zdaniem?

Z rankingów sprzedaży udostępnianych przez wytwórnie widać wyraźnie, że winyl ma się dobrze, jak grzyby po deszczu pojawiają się nowe giełdy, sklepy. Przybywa też nowych użytkowników gramofonów, którzy rozpoczynają swoją przygodę z tym nośnikiem. Ale czy będzie to trwało nadal? Trudno powiedzieć. Raz już winyl przeżył kryzys, wyparła go płyta kompaktowa. Oby się tak nie stało, czego Wam i sobie życzę!

Bardzo dziękuję za rozmowę! 

* Jacek Ciba jest także współorganizatorem Wielkiej Giełdy Płytowej Katowice.

foto: Jacek Ciba 

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Od zawsze życzył Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Pan Winyl
    Pan Winyl 27 listopada 2018, 16:53

    Cześć! Super było przeczytać ten wywiad! To kolejne potwierdzenie, że „Winylowa Przedsiębiorczość” to nie mój wymysł i kolekcjonerzy dobrze sobie z tym radzą. Ja dodam jeszcze od siebie, że „moda na winyle” się skończyła! Winyle to już trend, czyli zjawisko zgoła inne niż moda. trend to trwały czynnik, w tym wypadku kultury i sztuki, który utrzymuje się już dłuższy czas! Nielsen bada wzrost sprzedaży winyli od 12 lat, zatem ponad dekadę. Czas skończyć gadanie o modzie na winyle :d To już stały element kultury, któremu przewiduję jeszcze najmniej 2 dekady :D a potem…? Normalna stabilizacja :)
    Pozdrawiam
    Pan Winyl

  • astigmatic
    astigmatic 26 listopada 2018, 12:05

    Mam kilka winyli na oryginalnym swirlu i bardzo sobie je cenie!