Getty Images

Jack White – Lazaretto (2014)

Jack White to muzyczny alchemik zamieniający każdą zagraną nutę w dźwięczne złoto. Od kilku lat to także człowiek-instytucja (Third Man Records), u której nagrywają takie legendy jak Neil Young czy Beck. Wychowany na amerykańskich klasykach, ze swym unikalnym stylem przez lata dostarczał nam wielu artystycznych emocji: począwszy od The White Stripes, przez The Raconteurs, a na The Dead Weather skończywszy. Nie ma co się dalej rozdrabniać ani rozpływać: Jack White po prostu czuje bluesa, a skoro już o bluesie mowa…

W życiu wielkiego muzyka przychodzi moment na karierę solową. Lazaretto to drugi, po Blunderbuss, album White’a. Zapowiadający go utwór “High Ball Stepper” ze swoim potężnym riffem i nieszablonowymi zagrywkami przyprawiał o dreszcze. Dawał do zrozumienia, że nadciąga coś dużego. Nadal był to blues-rockowo sfuzzowany Jack White, lecz tym razem poważniejszy, milczący i tylko czekający, żeby w końcu eksplodować.

21 kwietnia, przy okazji Record Store Day, White dał o sobie znać po raz kolejny, tym razem wypuszczając tytułowy singiel. Ochrzcił go mianem “najszybciej wydanego w historii”. Jego wyprodukowanie zajęło mu dokładnie 3 godziny, 55 minut i 21 sekund.

To wszystko niewątpliwie robi wrażenie i jednocześnie sprawia, że oczekiwania stają się olbrzymie. A gdy już nadchodzi ten moment, kiedy mogę odsłuchać Lazaretto w całości…

Jack White – Lazaretto (2014)

My heart starts doing that St. Rita dance
And I’m bendin’
Ohh and I’m shakin’

Głównym kryterium oceny płyty są dla mnie emocje, jakie ze sobą niesie. Na Lazaretto dzieje się tak wiele, że ciężko usiedzieć w miejscu. Niewielu jest muzyków, którzy z taką łatwością jak Jack White potrafią żonglować stylami i pieczołowicie doprawiać je brzmieniem przeróżnych instrumentów. Nic nie pojawia się tutaj przypadkiem, ale także nic nie jest przerysowane. Już od pierwszego utworu “Three Women” blues łączy się z Hammondem, rock z fortepianem, country z agresywną perkusją, a to i tak nic w porównaniu z tym, jak pod koniec prog-rock tańczy w punkowym galopie. Różne epoki, różne knajpy, jeden człowiek, jeden album.

Wśród kandydatów, którym na imię “Three Women”, “Lazaretto”, “High Ball Stepper”, “That Black Bat Licorice”, moim faworytem jest “Would You Fight For My Love?” Ciarki przechodzą po plecach, a serce zaczyna bić gwałtownie, gdy słyszę ten utwór po raz pierwszy. Intro to istny “Angel” (Massive Attack) albo “Hollis Brown” (w wersji Davida Lyncha), kilka taktów dalej niewiele trzeba, aby wyobrazić sobie White’a śpiewającego “Kyrie Eleison” (The Electric Prunes), potem już tylko przestrzeń – pełna miłości oraz namiętności, aż nadchodzi bridge, a wraz z nim stary i dobry… “Ball and Biscuit”.

If you ever need more
Then you can take more of my love

Osobiście nie rozumiem pojawiających się gdzieniegdzie głosów rozczarowania oraz proroków wieszczących powolny kres Jacka White’a. Nie wystarczy tylko jeden przelotny romans, by móc w pełni odkryć i sprawiedliwie ocenić tak złożony album. Jeśli potrzebujesz więcej muzyki, wystarczy, że uważniej przesłuchasz Lazaretto. Odnajdziesz wówczas zarówno starego Jacka, którego dobrze już znasz, jak i nowego, który jak zwykle pochował asy w rękawie.

Wchłania stare filmy, nowe filmy, muzykę, książki, obrazy, fotografie, wiersze, sny, przypadkowe rozmowy, architekturę, mosty, znaki drogowe, drzewa, chmury, zbiorniki wodne, światło i cienie. Po dyskusji z Einsteinem, uściskawszy serdecznie Szekspira, spytałby Kerouaca o drogę do drzwi Blake'a, za którymi czeka na niego Morrison. Pewnego słonecznego poranka zaprojektował i złożył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.