LaNinia „Loneliness” (2018)

Mocny, energiczny i świeży debiut! Parafrazując jeden z najsłynniejszych niegdyś sloganów, ta płyta pokazuje, że „metal nie umarł, a nawet ma się świetnie! Chłopaki nie próżnowali, zespół powstał raptem rok temu, a już pod koniec wakacji wydali swój pierwszy krążek w wersji CD. Przedmiotem niniejszej recenzji jest płyta winylowa, wydana na początku bieżącego roku nakładem Winylowo Records w jedynie 300 egzemplarzach. Zawrotne tempo, perfekcja od samego początku i wszechobecna moc, brzmi dobrze? Wrażenie robi nie tylko muzyka, a całe wydanie!

Materiał to blisko 40 minut pełnego zwrotów, ostrego, a zarazem melodyjnego grania, nisko strojonych gitar powodujących dreszcze na całym ciele i kojącego głosu wokalisty – Mateusza Popisa. Groove metal, melodic death metal, a może metalcore… LaNinia to coś pomiędzy, a zarazem na tyle oryginalnego, że nie pozwala  się sztywno zaklasyfikować. Ten projekt trudno ubrać w słowa i przelać na papier. Muzyka pełna sprzeczności, które razem tworzą nieoczywistą całość – zaskakująca i nie ukrywam, wciągająca. 

Płytę otwiera porywający gitarowy riff tytułowego Loneliness, utwór szybko przechodzi do sedna, niczym tykająca bomba, uwalniając przy tym niesamowity ładunek energii. Zespół zdaje się mieć na celu wyciągnięcie ze słuchacza wszystkich możliwych uczuć, by zagrać nimi solówkę, po czym ze zdwojoną energią wtłoczyć z powrotem do ciała. Takie uczucia targały mną ostatni raz kilka lat temu, gdy odsłuchałem debiut In Flames, zarywając przy tym całą noc. Missed and Forgotten to jedna z  najmocniejszych kompozycji na płycie, wyrywająca z kapci, pełna dynamicznych dźwięków gitary, które są dosłownie wystrzeliwane z prędkością serii z karabinu. Through the Ashes czy Erase Me to świetne propozycja dla fanów dobrego groove’u. Na całej płycie nie ma zbędnych dźwięków, zbędnej kompozycji, zbędnego głosu. Swoje miejsce w chórku  utworu Where We Are znalazły również zaproszone do współpracy dzieci, co dodaje jeszcze bardziej intrygującego charakteru kompozycji. Z kolei w utworze POW swoją partię odegrał Jacek Hiro znany z zespołu  Kat & Roman Kostrzewski. Ciężko nie rozpływać się w superlatywach pisząc o tym winylowym krążku, gdzie nawet instrumentalne Hope (w którego nagraniu brał udział kolejny gość Maciej Gładysz), nie jest zapychaczem czasu, a świetnym zwieńczeniem tej teraz mogę już powiedzieć bez żadnych obaw genialnej, dojrzałej i przemyślanej płyty.

Okładka to dobry projekt, zarówno pod względem introligatorskim jak i graficznym. Wszechobecne płomienie dosłownie ogarniają swoim kosmykami całość gatefoldu i pozostawiają po sobie ślad zwęglonych drzew i nieprzeniknionej czerni. Przebija się z tego tylko postać kruka. To wszystko umieszczono na bardzo dobrej jakości kartonie i pokryto grubą warstwą lakieru, co jeszcze bardziej potęguje doznania. Całość znakomicie odzwierciedla materiał muzyczny, stanowi z nim jedność i zapewniam, że w gąszczu setek innych płyt na Waszych regałach będzie jednym z tych migoczących diamencików, po które, aż chce się sięgnąć.

Główne kolory okładki znalazły swoje odbicie również w pięknych taflach płyt winylowych, za tłoczenie których odpowiedzialna jest firma WMfono (dawne GM Records). Do wyboru mamy tradycyjną, czarną jak smoła wersję, a dla miłośników kolorów znalazła się krwista czerwień i płomienisty pomarańczowy – obydwie to pięknie splattery. Każda z nich w symbolicznym nakładzie 100 sztuk. Wszystkie ubrane w czarne, papierowe koszulki.

Nie pozostaje mi nic innego jak wydać całości solidną piątkę z plusem i zachęcić Was do odwiedzenia strony wydawcy Winylowo, gdzie możecie nabyć swój egzemplarz.

foto zespołu: Wiśnia 

Całe jego życie kręci się w 45 obrotach. Kolekcjoner polskich, winylowych białych kruków, miłośnik sprzętu grającego.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

  • Pan Winyl
    Pan Winyl 7 lutego 2019, 10:15

    Bardzo dzieny za tę recenzję. Mając ten krążek w łapkach ciężko oderwać oczy, a słuchając go ciężko oderwać uszy :)
    Zgadzam się w 100% z recenzentem :)
    Polecam