Chodź ze mną na spacer po krainie melancholii…

Szymon Tryton Gołąb – przewodnik po muzycznym świecie melancholii. Zapraszam do przeczytania wywiadu specjalnie dla naszego bloga.

Marcin Mieszczak: Kim jest Szymon Tryton Gołąb?

Szymon Tryton Gołąb: Odrzuconym. Jest taki utwór post-punkowej grupy Lebanon Hanover: „I’am a Reject” – „jestem odrzucony”. Pojawiają się tam też słowa „stupid entertainer”, które można przetłumaczyć jako „tępy celebryta” – zdecydowanie wolę to pierwsze.

Szymon, znamy się zaledwie wirtualnie, Twoje gusta muzyczne poznałem na Twoim Facebooku oraz w świetnej audycji w Radiu Jazz (o której jeszcze porozmawiamy), którą od jakiegoś czasu regularnie słucham. Jesteś melancholikiem o niezwykle wyrafinowanym guście muzycznym…

Tak – muzyka, którą przedstawiam, łączy się z melancholią. Gotyckie katedry, cmentarze i czarne kruki – w tym otoczeniu czuję się najlepiej. Jednak, i jest w tym paradoksalna nadzieja, repertuar ten nie ma pozostawiać po sobie wrażenia smutnej pustki.

Spójrz na medialną codzienność w Polsce – po kilku godzinach z telewizją i radiowymi kołchoźnikami mam ochotę wrzasnąć niczym William Blake: „dosyć, albo za wiele!” tylko wplatając w te słowa nieco dosadniejszy przecinek. Nie ma chyba bardziej ponurego nurtu niż „muzyka biesiadna” sprowadzająca wizję człowieka do jakiegoś „automatu kopulacyjnego” – jak to kiedyś wymyślił Wojciech Zembaty. Gdzie zatem miejsce dla prawdziwszej sztuki? Myślę, że właśnie w Trytonie, który – z założenia – ma uwznioślać, a nie dołować. Jeżeli zaś pojawia się tam smutek, to jest on buntem… I tu znów kłania się Lebanon Hanover i motto ich najbliższej trasy koncertowej (zahaczają o Polskę) – „sadness is rebelion”. Podpisuję się pod nim.

Lubię Twoje audycje. Przenika je duch zaplanowanych, dopracowanych na ostatni guzik muzycznych uczt, jak to było lub jest w przypadku audycji Tomka Beksińskiego, Piotra Kaczkowskiego, Tadeusza Sławka czy Jacka Kurka. Myślisz, że taka forma dziennikarska ma się w Polsce dobrze? Jakie są Twoje ulubione audycje radiowe?

W radiu, jak w życiu, ważna jest forma. Otwarcie, rozwinięcie, zakończenie. Jeżeli brak tego ostatniego, to znaczy, że jest to forma otwarta i autor chce, aby Słuchacze dopisali dalsze ciągi swoimi przeżyciami, wspomnieniami, czasem lękami. To wszystko trzeba zaplanować, czasem bardzo szczegółowo – ktoś powiedział, że nawet chaos w sztuce jest konstrukcją. Sensem sztuki radiowej jest też to, żeby w trakcie emisji nie było znać śladów tego trudu przygotowań, jedyne wrażenia jakie mają trwać to piękno i wzniosłość – czyli coś na pograniczu zakochiwania się. Po czymś takim, po obu stronach głośników, ludzie stają się lepsi.

Czy to trwa? Oczywiście. Co więcej – przekaz autorski to przyszłość radia, jest ono od początku „sztuką samotności”, niemal intymnego obcowania z odbiorcą. Jeżeli jeszcze radio pomnożymy przez internet – powstaje nowa jakość, można powiedzieć „jakość serca”, która wreszcie powoli uczłowiecza technikę.

Czego słucham w radiu? „W Pół Rocku” Przemysława Bartkowskiego – to dobra audycja, ciekawa i prowadzona z pasją. Dalej „Jazz-rockowa Płytoteka” Tomasza Kotyli – program otwarty na starszą muzykę progresywną. „Libaga Lataza” Łukasza Nitwińskiego – bo ten człowiek jeździ po płyty w różne ciekawe końce świata. Na Facebooku jest też strona Tomasz Beksinski – Tribute (TBT) i jest ona ze swoimi cyklami i codzienną „playlistą” najlepszą, bo żywą, „rozgłośnią”.

Skąd się wziął pomysł na audycję „Tryton”? Co muzyczny wędrowiec w niej odnajdzie i jak tam może dotrzeć?

Tryton to rodzaj autoterapii. Przeczytałem kiedyś wiersz Jarosława Iwaszkiewicza „Powrót romantyzmu” z tomu „Muzyka wieczorem” – i pomyślałem, że czas, aby ten sens nabrał konkretnego, brzmieniowego wymiaru. RadioJAZZ.FM przenosiło się wtedy do internetu, stwierdziłem, że podepczę im trochę po piętach i w końcu powstał pierwszy Tryton – wtedy jeszcze godzinna audycja realizowana przez Olę Nowosad, która okazała się bardzo tolerancyjna dla moich muzycznych pomysłów. Wszedłem w to bez zastanowienia.

Dziś to dwie godziny nadawane w środy, co dwa tygodnie, o 20. RadioJAZZ.FM pozostało. Co można znaleźć w Trytonie? Nadal romantyczną muzykę wieczoru – a coraz częściej – także i nocy.

W swojej audycji sięgasz do płyt z różnych muzycznych światów: jest i prog-rock oraz folk z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, jest nowa fala, sporo elektroniki, oczywiście dark wave. Jednak od razu słychać, że coś łączy te wszystkie utwory. Czym się kierujesz, układając playlisty Trytona?

Jest pewien temat – zawsze odmienny. Szukam go wśród natury, czasem sięgam po relacje między ludźmi, buduję seanse z tekstów literackich. Ostatnio chcę jak najwięcej czasu oddać w ręce artystów młodych, współtworzących powrót chłodnej fali. To już regularny ferment powszechnego niepokoju o międzynarodowym zasięgu; nawet w egzotycznej dla klimatu, słonecznej Kalifornii powstają tak świetne grupy jak Tropic of Cancer. Odnajduję się w tej estetyce: automat perkusyjny, notoryczne proste riffy, otchłanny, zaświatowy wokal…

Obowiązkowy w Trytonie jest też „łącznik z przeszłością” czyli cykl „Running Back” zatytułowany tak od utworu z pierwszej płyty Van Der Graaf Generator – nieco analogiczny do tego, co czynił Tomasz Beksiński w ramach „Living in the Past”. Dawna progresja i psychodelia rockowa to wciąż terra incognita; kto chce głębiej pojmować muzykę, musi ją odkrywać.

Zwykle osób o ugruntowanym, wyrazistym kierunku swoich muzycznych poszukiwań pytam o tę płytę, tego artystę, od którego wszystko się zaczęło…

Zaczęło się od filmu – pewnej smutnej, groteskowej, ale bardzo prawdopodobnej historii dla której ścieżką dźwiękową stały się fragmenty płyty Mona Bone Jakon Cata Stevensa. Miałem wtedy może z sześć lat; pamiętam jak nuciłem „I Think I See The Light” jeżdżąc na małym rowerku „Reksio” i wyobrażając sobie, że to ogromny czarny karawan. Chyba minąłem się z powołaniem…

Porozmawiajmy przez chwilę o tym, co dzieje się teraz na scenie, którą bacznie śledzisz. Na jakie płyty czekasz w 2013 roku?

Na pewno nie będą to płyty bardzo znanych i uznanych. Rozczarował mnie – po głębokim namyśle – ostatni album Depeche Mode i chyba nic gorszego nie może się już zdarzyć. Choć pewnie niedługo odwołam te słowa; owszem, zdarzy się… Deep Purple, Black Sabbath… Boję się i stawiam na artystów młodych. W maju ma ukazać się pierwszy długogrający krążek The Harrow – to znakomita brytyjska nowa fala. Może też wreszcie będzie jakiś obszerniejszy materiał Female Replica – aby pozostać w podobnym nurcie. Także na stronie australijskiej grupy Devotional pojawiła się niedawno informacja: „Children of Paradise. 7” record coming soon”… Czerwiec – premiera K-X-P II. Tak więc jest na co czekać, przynajmniej w perspektywie najbliższych miesięcy. Wydarzeniem zaś roku – jeśli moje marzenia w tym właśnie roku się spełnią – będzie na pewno płyta Acoustic II Deine Lakaien. Także Louise Rutkowski kończy zbierać pieniądze na swój solowy krążek, a po tym, co udało mi się od artystki wyciągnąć – mniemam, że będzie to album doskonały.

A jak oceniasz polską „scenę melancholii”?

Jest niewielka – biorąc pod uwagę, że żyjemy w naprawdę melancholijnym kraju – ale  warta uwagi. Ma swoją królewską parę – to Metus i Negradonna. Właściwie  wystarczyłaby mi tylko ich muzyka, ale polska scena ma to do siebie, że pozytywnie  zadziwia: Hipgnosis, Eternalovers, konstelacja In The Fog, Sychy, Das Moon, Bruno  ŚwiatłoCień, Karol Gwóźdź (choć to już właściwie scena brytyjska), This Cold,  Alienoil (który chyba wypełni pustkę po Sui Generis Umbra), Lorien (czyli powrót Ingi Habiby), Południca, Lee-Leet… To wspaniali artyści, tworzący wiele muzycznych  wymiarów. Kolejne zadziwienie: Joanna Vorbrodt wydała ostatnio debiut Nie ma przypadków, który zwiastuje nową, ciemniejszą jakość w sferze „poezji śpiewanej” –  dodajmy: wreszcie poezji i wreszcie śpiewanej, a nie przegadanej. Jest też negatyw.
Polska ma ogromny talent w niszczeniu talentów. Gdzie podziała się grupa Dom  Cudów? Podejrzewam, że nie jest to osobny przypadek. Nie grasz weselnie – nie  żyjesz…

5 płyt, które muszą przesłuchać czytelnicy Psychosondy…

Anna von Hausswolff: Ceremony; 2L8: New Battles Without Honor And Humanity; K-X-P: K-X-P; oraz – oczywiście – cudowne starocie: Brainticket: Psychonaut (1972); Geysir: Hlmomsveitin (1974).

Dziękuję bardzo za rozmowę!

Rozmawiał: Marcin Mieszczak

foto: www.annavonhausswolff.com

 

Pasjonat muzyki progresywnej i psychodelicznej, jazzu, americany oraz płyt winylowych. Od zawsze życzył Dylanowi literackiej Nagrody Nobla. W pewien upalny wieczór założył Psychosondę.

Zapraszamy do dyskusji

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.