Teleexpress, dyrektor artystyczny festiwali w Opolu i Sopocie

Marek Sierocki

Marek Sierocki - dziennikarz, dyrektor artystyczny festiwali w Opolu i Sopocie. Najbardziej znany jest jako prowadzący dział muzyczny w Teleexpressie. Twórca serii wydawniczej "Marek Sierocki przedstawia".
Pink Floyd - Dark Side of the Moon

Pink Floyd - Dark Side of the Moon

Na pierwszym miejscu jest „Dark Side of the Moon” zespołu Pink Floyd. Myślę, że to jest album, który wielu uważa za najważniejszy w historii rocka. Dla mnie to wyjątkowa płyta. Dostałem ją od wujka – młodszego brata mojej babci, który od czasu II wojny światowej mieszkał w Anglii. W 1974 roku przyjechał do Polski odwiedzić rodzinę i ofiarował mi ten winyl - oryginalne angielskie wydanie. Jeśli chodzi o wydania w poszczególnych krajach, to myślę, że jednak to angielskie tłoczenie było najlepsze. Tam już tłoczono tzw. szerokim rowkiem i ta płyta brzmi fantastycznie. Mam kilka późniejszych wydań kompaktowych „Dark Side of the Moon”, ale bardzo często lubię wracać do płyty winylowej, do tego brzmienia. To jest płyta nagrana analogowo, wypieszczona dźwiękowo, zrobiona w sposób po prostu genialny. Z winyla brzmi fantastycznie.

Saturday Night Fever - soundtrack

Saturday Night Fever - soundtrack

Miejsce drugie to ścieżka dźwiękowa z filmu „Gorączka Sobotniej Nocy”. Dla mnie to było niesamowite przeżycie, kiedy ten film, prawie rok po światowej premierze, trafił do polskich kin.Dosyć długo musiałem zbierać sobie pieniążki, żeby tę płytę kupić (chodziłem wtedy jeszcze do szkoły średniej). Już didżejowałem, prowadziłem dyskoteki, więc piosenki z tej płyty w wykonaniu grupy Bee Gees czy zespołu Tavares były często grane podczas imprez, które prowadziłem. Cały album to jest taki dokument muzyki ery disco, najbardziej ją określający i definiujący. Lubię wracać do tych piosenek. One zostały napisane i nagrane ponad czterdzieści lat temu, ale wciąż takie rzeczy jak „Stayin’ Alive”, czy „Night Fever” brzmią niezwykle świeżo i nogi przy tej płycie same rwą się do tańca.

Giorgio Moroder - From Here to Eternity

Giorgio Moroder - From Here to Eternity

Na trzecim miejscu jest album mojego ulubionego producenta, Giorgio Morodera. To płyta „From Here to Eternity” - drugi album sygnowany nazwą Giorgio. Jest on jednym z ojców muzyki disco. To właśnie on stworzył niepowtarzalne brzmienie płyt Donny Summer. Jako pierwszy wprowadził taką nowoczesną technikę nagrywania: połączył dwa magnetofony wielośladowe za pomocą kliku, o czym mówi na płycie zespołu Daft Punk sprzed kilku lat w utworze „Giorgio”. Warto wspomnieć, że muzycy francuskiego duetu Daft Punk niezwykle szanują Giorgio Morodera i zaprosili go do udziału w nagraniu swojej - jak dotąd - ostatniej studyjnej płyty.

Niesamowite brzmienie, ale też fantastyczni muzycy, którzy zagrali na tej płycie („From Here to Eternity”), m.in. na perkusji Keith Forsey. Ta perkusja została nagrana w taki sposób, jakby była wręcz elektronicznie zaprogramowana. I jeszcze brzmienia smyczkowe i elektronika. Z ogromnym sentymentem lubię wracać do tej płyty.

Depeche Mode - Singles 81 → 85

Depeche Mode - Singles 81 → 85

Na miejscu czwartym są u mnie „Singles 81 → 85” zespołu Depeche Mode. To płyta, która na winylu ukazała się także w Polsce. Wydała ją wytwórnia Tonpress. Co prawda bardziej wolę tłoczenie angielskie, ale to polskie naprawdę było niezłe. Płyta nie zaczęła zbyt szybko trzeszczeć. Utwory z początkowego okresu działalności Depeche Mode, elektroniczne brzmienia, muzyka zbliżona do new romantic, fantastyczny głos Dave’a Gahana, kompozycje w większości już Martina Gore’a, ale również te wcześniejsze, autorstwa Vince’a Clarke’a. To krążek, do którego mam ogromny sentyment. Single z tej płyty były najczęściej przeze mnie granymi utworami w klubie Hybrydy, gdzie przez wiele lat byłem DJ’em.

Donna Summer - I Remember Yesterday

Donna Summer - I Remember Yesterday

No i wreszcie miejsce piąte: „I Remember Yesterday” Donny Summer – królowej disco. Nosiła ten przydomek zasłużenie, bo w drugiej połowie lat siedemdziesiątych jej utwory królowały w dyskotekach. To zasługa między innymi dwóch ludzi: Giorgio Morodera i Pete’a Belotte: komponowali dla niej utwory, pisali słowa, ale przede wszystkim tworzyli brzmienie. Na płycie „I Remember Yesterday” znajduje się utwór, który jest kamieniem milowym współczesnej muzyki tanecznej i elektronicznej: „I Feel Love”, w którym pojawiają się syntetyzatory zaaranżowane w niezwykły sposób. Partie syntetyzatorów, rytm... to jest utwór przez wielu twórców muzyki house uważany za wzorcowy. Ale mamy też tutaj brzmienia jeszcze głęboko osadzone w latach siedemdziesiątych, czyli sekcję instrumentów dętych, sekcję smyczkową i głos Donny Summer. Piękne hity: „I Remember Yesterday”, „Love’s Unkind” czy właśnie wspomniany utwór „I Feel Love”. Cała płyta to jest po prostu jeden wielki hit.

Post scriptum...

Marcin Mieszczak: Pamięta Pan swojego pierwszego winyla?

Marek Sierocki: Zupełnie mój? Właśnie „Dark Side of the Moon”, kiedy w 1974 roku wujek (młodszy brat mojej babci), wyjechał do Anglii i od niego dostałem tę płytę.

A jak wygląda Pana kolekcja obecnie?

Brutalnie się zmniejszyła. Wielu kolegów „wycyganiło” ode mnie single, maxi single, niektóre albumy. „Przecież masz to na kompakcie, nie jest ci potrzebne”.

Nie kolekcjonuję współczesnych płyt winylowych, ale kilka takich rzeczy mam. Na przykład albumy z własnej serii składanek. W serii „I Love” zostało wydanych kilka płyt w formie winylowej. Mam też trochę winyli, które do tej pory nie ukazały się na płytach kompaktowych.

Lubię cały ceremoniał związany z płytą winylową. Trzeba poszukać na półeczce, znaleźć to, czego chce się słuchać, wyjąć płytę, włożyć na talerz, puścić igłę, usiąść głęboko w fotelu i słuchać muzyki. Pomimo delikatnego szumu lubię ten dźwięk. Osobiście niesamowicie dbałem o winyle, więc nawet te, które mam po trzydzieści, czy ponad czterdzieści lat, są w bardzo dobrej kondycji.

Poza tym z racji tego, że przez wiele lat byłem i nadal jestem DJ’em, to mam ogromną kolekcję singli z drugiej połowy lat siedemdziesiątych i z pierwszej połowy lat osiemdziesiątych, kiedy jeszcze nie grałem na kompaktach. Wiele piosenek mam w wersji singlowej i czasami po nie sięgam. Nie wszystko się jeszcze ukazało na płycie kompaktowej, nie wszystko też jest do kupienia w sieci w formie MP3. Z resztą jeśli chodzi o MP3, to jestem wrogiem tego formatu. Spłaszcza dźwięk.

Myślę, że prawdziwy koneser powinien słuchać muzyki na w miarę dobrym sprzęcie. Dzisiaj wcale nie trzeba mieć nie wiadomo jak dużo pieniędzy, żeby sobie kupić dobry gramofon, niezłe głośniki, wzmacniacz i posłuchać sobie muzyki w pięknej wersji.

Myśli Pan, że współczesne zainteresowanie winylami to jest moda, czy raczej trend, który powrócił i tak mocno się zakorzenił, że zostanie z nami na stałe?

Myślę, że ten trend się niesamowicie mocno zakorzenił. Kilka razy w roku jeżdżę do Berlina, między innymi po zakup płyt i widzę, jak duże są stoiska z płytami winylowymi, chociażby w tamtejszym Saturnie. Podobnie jest w Barcelonie.

Mnie to bardzo cieszy. Od czasu do czasu kupuję sobie jakąś płytę winylową z tych starszych rzeczy, żeby sobie posłuchać. Jazz fajnie brzmi na winylu. Szczególnie nagrania analogowe, akustyczne, gdzie nie było żadnej elektroniki.

foto: Marek Sierocki 

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.