100 najodważniejszych polskich piosenek - książka napisana przez twórców Psychosondy Sprawdź

Płyty z bonusami, czyli o gadżetach dołączanych do winyli

Autor
Jakub Krzyżański
Data publikacji
10.08.2022
Dział
/ winyle
Udostępnij
Kalendarz, gra planszowa, skarpetki lub mydło. Te, jak również inne oryginalne przedmioty mogliśmy odnaleźć w standardowych bądź limitowanych edycjach wielu albumów winylowych. Czasami faktycznie czyniły wydawnictwo atrakcyjnym i zachęcały fanów do zakupu, a innym razem okazywały się wtopą. Czy tego typu prezenty są pożądane przez kolekcjonerów? I czy dodawanie ich do winyli, które same w sobie często bywają postrzegane jako gadżet, ma jakikolwiek sens?

Pomysł na uatrakcyjnienie albumu winylowego poprzez dołączenie do płyty drobnego upominku stosowano już w latach 60. XX w. Choć czarne krążki były wówczas podstawowym i powszechnym nośnikiem, wytwórnie szybko odkryły, że nabywcy – zwłaszcza ci młodsi – lubią gadżety, dzięki którym mogą poczuć bliższą więź ze swoim idolem. Jednym z pierwszych i najbardziej oczywistych dodatków do albumu był plakat artysty, ale już w 1967 roku Beatlesi we wkładce kultowego Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band umieścili wycinankę z pocztówką, wąsami i pagonami tytułowego Sierżanta Pieprza. 5 lat później Alice Cooper poszedł o krok dalej i do albumu School’s Out dołączył… dziewczęce majtki. Bieliznę wykonano z papieru, przez co nie nadawała się do użytku zgodnie z prawdziwym przeznaczeniem, ale naciągnięcie jej na czarną płytę musiało robić wrażenie. Wkrótce inni artyści również zaczęli popuszczać wodze fantazji, dodając do albumów kolejne mniej lub bardziej osobliwe prezenty. Często ich zadaniem było podkreślenie przewodniego motywu albumów koncepcyjnych. Tak, jak w  przypadku kalendarza na rok 1977, dołączonego do longplaya Four Seasons of Love Donny Summer.

Oryginalne gadżety przez długie lata były raczej rzadkim zjawiskiem i dodawanie ich do albumów nie stanowiło żadnej reguły na rynku muzycznym. Wszystko zmieniło się w XXI wieku, podczas ponownego wzrostu popularności czarnych płyt. Wówczas winyl znowu stał się modnym, a nawet według niektórych elitarnym nośnikiem muzyki. W epoce nielegalnie pobieranych plików, a później także serwisów streamingowych, nowe pokolenie kolekcjonerów odnalazło w sobie potrzebę kontaktu z namacalnym przedmiotem. I właśnie wtedy uznano, że winyl jako produkt powinien być jak najbardziej atrakcyjny wizualnie i wzbogacony o drobne dodatki. Stąd duża popularność edycji limitowanych dostępnych wyłącznie w preorderze oraz boksów pełnych upominków. 

Ekwipunek na muzyczną podróż

Wkrótce kreatywność poszczególnych artystów zaczęła zmierzać w nieodkryte dotąd rejony. Znany z zamiłowania do tematyki lotniczej australijski duet elektroniczny Flight Facilities zaprezentował swój debiutancki longplay „Down To Earth” nie tylko w wersji winylowej, ale również cyfrowej, wgranej na pendrive w kształcie samolotu. Do mocno limitowanej wersji płyty dodany był także zestaw pasażera, zawierający maskę na oczy, dmuchaną poduszkę turystyczną, skarpetki, zatyczki do uszu oraz szczoteczkę do zębów. Jednym słowem, odlot. 

W Polsce artystą, który wpadł na podobny pomysł co Australijczycy, był Taco Hemingway. Gdy w 2016 roku raper wydał album Marmur, opowiadający o fikcyjnym trójmiejskim hotelu, do luksusowego boksu winylowego dołączył hotelowe kapcie, ręcznik, mydło zapachowe, zawieszkę na drzwi oraz klucz z oryginalnym brelokiem. Dziś wydawnictwo można nabyć na portalu Discogs za 145 euro. Oczywiście wciąż zafoliowane, bo chyba nikt nie kupił tego boksu, by na co dzień chodzić w kapciach od Taco Hemingwaya. 

Okazało się, że nie wszystkie tego typu prezenty były udane. Dobry przykład to reedycja albumu Na zawsze będzie płonął zespołu Płomień 81, do której dodano… jednorazowego grilla. Oryginalny upominek nie spotkał się z zainteresowaniem fanów hip-hopu, bowiem od premiery tej limitowanej edycji minęło niemal półtora roku, a boks wciąż jest dostępny w sprzedaży, i to wcale nie za duże pieniądze. Kto chce, może nabyć samego grilla, który niedawno został przeceniony z 29 do 9 zł. Miał być ogień, a wyszedł niewypał.

„Kupuję płyty, żeby ich słuchać”

Zapytałem kilku kolekcjonerów, co sądzą o modzie na coraz bardziej wymyślne dodatki. Co ciekawe, dla większości dołączanie do winyli efektownych bajerów wcale nie jest konieczne. 

– Fajnie, że takie rzeczy są, bo czynią wydanie unikatowym na swój sposób, ale równie dobrze mogłoby ich nie być. Nie mam wiele takich wydań z dodatkami. Jakoś się w nie nie wczuwam – przyznaje Artur Auguścik, który na Instagramie prezentuje swoją kolekcję jako @panie_arturu.

– Ja kupuję płyty, żeby ich słuchać. – mówi mi Tomek Jarosiński (@tjarosinski33rpm). – Wiem, że jest masa ludzi, którzy nawet ich nie otwierają, trzymają razem właśnie ze wszystkimi tymi kolekcjonerskimi gadżetami. Mnie interesuje sam winyl. Jedyne, czego szukam przy preorderach to podpisane wersje albumów. Gdybym dostał plakat, długopis, otwieracz do piwa, skończyłby w szufladzie gdzieś pewnie w najlepszym wypadku.

Mi osobiście gadżety również nie są potrzebne do szczęścia. Autografy na płytach wolę zdobywać osobiście, zaś do poczucia jakiejkolwiek elitarności wynikającej z zakupu preorderu, wystarczy mi inny kolor płyty niż w wersji podstawowej. Z drugiej strony, podczas recenzowania albumów kilkakrotnie zdarzało mi się krytykować wytwórnię za brak jakichkolwiek dodatków, jednak dotyczyło to wyłącznie wydawnictw reklamowanych jako edycje limitowane, a to powinno przecież do czegoś zobowiązywać. 

Jak widać, osobliwy gadżet może skutecznie odwracać całą uwagę od albumu, a nawet powodować, że nigdy go nie rozpakujemy. Ale nie warto potępiać ekskluzywnych boksów, ponieważ osoby skupione wyłącznie na muzyce zawsze mogą kupić tańszą wersję bez dodatków. Te droższe edycje cieszą się zainteresowaniem przede wszystkim najwierniejszych fanów danego artysty. I oczywiście tych, którzy chcą w przyszłości sprzedawać je po jeszcze wyższych cenach. 

Zdjęcia:

(1) Forin Studio
(2) Far Out Magazine
(3) Moonset

Zobacz także

© 2022 Psychosonda. All rights reserved.