W samym centrum winylowego świata

Adam Gałek (WM Fono)
O magii tłoczenia winyli na sprzęcie z epoki, o tym, dlaczego artysta powinien wydać swojego winyla i o tym, co nas czeka w winylowej przyszłości opowiada nam Adam Gałek - kierownik tłoczni winyli WM Fono.

Marcin Mieszczak: Na początku opowiedz proszę o swojej przygodzie z winylami i WM Fono.

Adam Gałek (WM Fono): Jeśli chodzi o moje początki z winylem, to musielibyśmy cofnąć się do poprzedniego wieku (śmiech). Jestem z pokolenia, gdzie płyta winylowa była prawie w każdym domu. To były czasy, kiedy nic innego nie było do słuchania, no może poza radiem, ale dobrze wiemy, co wtedy było w tym radiu. Mimo nadejścia nowych nośników: taśm szpulowych, kaset magnetofonowych i w końcu płyt CD, to właśnie winyl cały czas podążał za mną. Oczywiście nie będę się wypierał, że słucham innych nośników oraz innych formatów muzycznych, ale do auta, albo w podróż ciężko jest zabrać gramofon i płyty. Natomiast w domu od kilku lat płyta winylowa jest nośnikiem numer jeden, nie tylko dla mnie, ale też dla wszystkich domowników - zaraziłem ich swoją pasją (śmiech).

Co do przygody z winylami w WM Fono, to było bardzo ciekawie. Jak wiemy, zanim powstało WM Fono, to firma miała innego właściciela oraz inną nazwę. Borykaliśmy się wówczas z różnymi problemami i szukaliśmy nowych rozwiązań. Pewnego dnia padło hasło: róbmy winyle! Niby proste, ale nie za bardzo było wiadomo, jak i na czym. Nikt się na tym nie znał, poza tym że wiedzieliśmy, że świetnie brzmią. Po długich poszukiwaniach udało się znaleźć maszyny i jedyne, czego brakowało, to umiejętności. Jako miłośnik tego formatu kibicowałem od samego początku, co skrzętnie wykorzystała osoba zarządzająca firmą. Postanowiliśmy stworzyć zespół, który składał się z ludzi, zapalonych winylowców, którzy mieli wielkie chęci, ale minimalną widzę. Potrafiliśmy siedzieć w firmie po kilkanaście godzin dziennie, aby w końcu, po 6 miesiącach naprawy maszyn i testów, przy współpracy byłego pracownika ARSTON, wytłoczyć pierwsze komercyjne płyty. Dzisiaj, z kilkuletnim doświadczeniem nadal się uczymy i odkrywamy coś nowego.

Co Was wyróżnia na tle innych tłoczni?

Patrząc z boku można mieć wrażenie, że tłocznia jak każda inna. Ludzie, maszyny, płyty niby wszędzie takie same, jest jednak jedno „ale”. Wystarczy zapytać się o płytę winylową kogokolwiek z nas i już po paru minutach widzimy, że nie rozmawiamy ze zwykłym pracownikiem. Okazuje się, że pani, która stoi przy prasie, jest wierną słuchaczką płyt winylowych i słucha ich w domu. Idąc wyżej natkniemy się na Rysia dźwiękowca, który może pochwalić się piękną kolekcją płyt (znajdzie się tam nie jeden biały kruk). Jego przełożony Sławek to prawdziwy fanatyk sprzętu i muzyki analogowej. Jest też Bartek odpowiedzialny za testowanie płyt, z którym o winylach można rozmawiać godzinami, a i tak się nie znudzimy. I jestem też ja (śmiech). Lubię płyty winylowe za to, że dają chwilę relaksu i te 40 minut czasu tylko dla siebie, gdzie mogę usiąść z bliskimi lub sam, puścić płytę i po prostu siedzieć, rozkoszując się miękkimi dźwiękami i przestrzenią. Nawet trzaski nie są w stanie mi tego zepsuć.

Jeszcze kilka lat temu wydanie płyty na winylu dla zespołu było czymś bardzo nobilitującym. Czy z Twojej perspektywy teraz to powoli standard?

Na początku renesansu winyli można było zauważyć, że wydanie płyty winylowej było „cool” i na czasie. Obecnie dużo muzyków dochodzi chyba do wniosku, że aby coś zostało z ich, twórczości to ten nośnik fizyczny musi być. Trochę jak taka spuścizna. Jest też aspekt ekonomiczny, w końcu nie tylko muzyką muzyk żyje, jeść musi, a sprzedaż płyt winylowych jest coraz większa. Dochodzi do tego również brak możliwości kopiowania, czyli piractwa. Trzeba zauważyć, że samo wydanie winyla to nie tylko płyta, ale też cała otoczka - okładka, wkładki, różne gadżety, plakaty z koncertów.

Moim skromnym marzeniem jest, aby każdy artysta podczas nagrywania płyty wydawał też winyl. Jest gro artystów, którzy wydają albumy w sieci, ale jak tu zdobyć autograf na swojej ulubionej płycie - ma się podpisać na telefonie?

Załóżmy, że mamy zespół, który zamarzył sobie wydać płytę winylową. Załóżmy też, że całkiem nieźle poszło im w studiu. Ile mniej więcej muszą zainwestować, jeśli chcą wytłoczyć dajmy na to 500 egzemplarzy?

To już pytanie do naszych handlowców. Na pewno nie da się na nie jednoznacznie odpowiedzieć, ponieważ cena zależy od wielu czynników takich jak rozmiar płyty, kolor, efekt, gramatura a także dobór poligrafii. Inaczej będzie w przypadku zwykłej koperty a inaczej, gdy marzeniem będzie winyl w opakowaniu typu gatefold. Na pewno jednak jest to dobra inwestycja, z której artyści będą dumni i będzie służyć słuchaczom przez lata.

Zastanawia mnie jeden temat, który jest nieco drażliwy, a z drugiej strony irytujący. Sporo nowych płyt wsadzanych jest do papierowych kopert, przez co już podczas pierwszego wyciągania mają nieszczęsne kopertówki. Dlaczego porządna koperta z folią w środku nie jest po prostu standardem?

Koperta z folią antystatyczną to pobożne życzenie każdego fana tego nośnika. Prawda jest brutalna – ekonomia. Koperta antystatyczna jest droższa i to niestety nie od nas zależy w co włożymy tę płytę. Moim zdaniem najgorszą opcją jest koperta kredowa, ale jak wspomniałem - my możemy jedynie doradzić, a ostateczna decyzja i tak należy do klienta.

W ostatnim artykule o tłoczeniu płyt winylowych prześledziliśmy cały proces. Zastanawiam się na ile w takich tłoczniach jak WM Fono występują różnice pomiędzy tym, co było np. w latach 60-tych a tym, co mamy w XXI wieku. Czy bardzo Wam pomógł rozwój technologii i współczesna technika?

Jeśli chodzi o WM Fono to można powiedzieć, że czas zatrzymał się w miejscu. Oczywiście korzystamy ze sterowników cyfrowych, ale to tylko dlatego, że nie ma już dostępnych tych analogowych i tu byliśmy zmuszeni do użycia nowej technologii. Nasze prasy są w pełni manualne, do ich obsługi potrzebny jest człowiek, a nie komputer. A więc krótko mówiąc - nowa technologia w naszym przypadku jest zbędna (śmiech).

Wraz z rozwojem popularności winyli powstają coraz to nowe pomysły na ich formę. O ile kolorowe płyty czy picture disc to już nic zaskakującego, to mamy też do czynienia z krążkami z ludzką krwią, wypełnione wodą czy z... czekolady... Śledzisz te szaleństwa? A może sam masz pomysł na stworzenie jakiejś nietypowej płyty (winylowej)?

Tak śledzę to i cieszę się, że nie mam włosów, bo przy niektórych pomysłach stanęły by mi dęba (śmiech). Jestem kierownikiem tłoczni, lubię nowe wyzwania, ale przede wszystkim jestem fanem muzyki na tym nośniku. Każdy dojrzały fan muzyki winylowej (i nie chodzi tu o wiek, ale o to, że im dłużej słuchamy tego nośnika, tym bardziej wymagający jesteśmy) nie tylko kupuje płyty, ale cały czas inwestuje w sprzęt, aby móc wyciągnąć z niej wszystko co tam jest nacięte. Wracając jednak do pytania, to moim zdaniem wariactwem jest już robienie picture disc i przy tym zostańmy.

W WM Fono pod Twoim czujnym okiem wytłoczyliście wiele tytułów. Ile to w sumie było? Czy mógłbyś wskazać te, z których brzmienia i produkcji jesteś szczególnie dumny?

Ile tytułów? Już nie jestem w stanie tego zliczyć (śmiech). Na początku, do pierwszej setki liczyliśmy, ale potem poszło to tak do przodu, że straciłem rachubę.

Co do brzmień, z których jestem dumny - jest tego naprawdę dużo. Ale z takich, które wryły mi się w serce, to koncert fortepianowy Fryderyka Chopina w wykonaniu Georgija Osokin, Lizard „W Galerii Czasu”, cała kolekcja dla Złotego Melona czyli wszystkie koncerty woodstockowe, płyty zespołu Ceti „Sneack of Eden” i „Brutus”, a także mój pierwszy splatter - Big Cyc „Wojna Plemników”. Ogólnie płyty przy których bezpośrednio biorą udział artyści mają u mnie szczególne znaczenie. Nic nas tak nie cieszy jak krótkie: „dobra robota” od samego muzyka.

Każdy kolekcjoner ma w swojej kolekcji płytę stanowiącą dla niego brzmieniowy wzór i punkt odniesienia. Jaka to płyta w Twoim przypadku?

Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Są pewne odniesienia, ale to raczej kwestia gustu muzycznego. Dajmy tu przykład: płyta Arethy Franklin, nie wyobrażam sobie, aby była ona czysta, sterylna, bez szumów i trzasków. To nie pasuje do tej artystki. Natomiast płyta Marka Bilińskiego „The Best Of” lub płyta Lizard „W Galerii Czasu” - tu chcę słyszeć wszystkie aspekty muzyczne i w tym przypadku płyta powinna być z jak najmniejszym zaszumieniem. W przypadku wszelkich płyt rockowych, czy zapisów koncertowych szum płyty mi nie przeszkadza, póki nie przebija się na pierwszy plan (śmiech).

Jesteś w samym centrum winylowego świata. Jak z Twojej perspektywy będą wyglądać nadchodzące lata jeśli chodzi o popularność tego nośnika?

Z moich obserwacji widzę, że na początku dużo ludzi twierdziło, że to tylko moda. Jednak popularność tego nośnika nie maleje, a wręcz odwrotnie – ciągle rośnie. Czyli to nie moda, ale takie spowolnienie życia. Zawsze słuchaliśmy muzyki, czy to na płycie, czy na innym nośniku, ta muzyka zawsze jest z nami gdzieś tam w tle. Ale słuchanie płyt winylowych wymusza na nas zatrzymania się na te 20-40 minut i poświęcenie ich tylko sobie i swoim bliskim.

Płyta winylowa już miała gorszy okres, ale nigdy nie została całkowicie wyparta z rynku. Myślę, że sporo ludzi zaczyna przekonywać się do jakości i możliwości jakie daje nam ten nośnik. Kiedyś słuchaliśmy płyt winylowych, bo nie było innego nośnika, teraz słuchamy tych płyt ponieważ chcemy rozkoszować się przestrzenią muzyczną jaką możemy z nich otrzymać.

Przeczytaj artykuł o procesie tłoczenia winyli w WM Fono

Zobacz oficjalną stronę WM Fono - partnera portalu Psychosonda 

zdjęcia: WM Fono 


Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.