A.J. Kaufmann

Muzyka to obraz, poezja to szkic ołówkiem

Rozmawiamy z A.J. Kaufmannem o jego najnowszym solowym albumie „Stoned Gypsy Wanderer”, zespole Sauer Adler oraz roli i pracy poety w dzisiejszych czasach.

Wojtek Mieszczak: 14 albumów zapełnionych własnymi kompozycjami, a wszystko to w przeciągu ostatnich 5 lat – imponujący rezultat jak na 25-latka. Skąd bierzesz tyle pomysłów i energii?

A.J. Kaufmann: Dziękuję. W zasadzie to tylko „Second Hand Mana” i „Stoned Gypsy Wanderer” traktuję jako swoje regularne pozycje muzyczne. Zgadza się, wszystkich albumów jest około czternastu, ale reszta, poza tymi dwoma, to różnego rodzaju, mniej lub bardziej udane, eksperymenty z estetyką, brzmieniem czy formą, często realizowane w spartańskich warunkach. Pomysły biorą się z życia, ludzi, miejsc i czasów. Pisanie i nagrywanie muzyki to dla mnie jak oddychanie, a energia bierze się z przeświadczenia, że żyjemy raz, i że nie mamy zbyt wiele czasu na cieszenie się tym jednym razem – staram się więc wyrazić poprzez muzykę, a jeśli po drodze dotrę w ten sposób do kogoś jeszcze, to cudownie.

Z całego muzycznego dorobku tylko pierwsza płyta solowa – Second Hand Man – została wydana na cd oraz winylu, reszta jako digital. Co jest powodem takiego stanu rzeczy?

Przede wszystkim kwestie finansowe. Nie stać mnie na fizyczne wydania prywatne, a w tej chwili nie mam kontraktu, ani nawet sponsora. „Stoned Gypsy Wanderer” ukaże się jednak fizycznie nakładem labelu i wydawnictwa z Teksasu - Kendra Steiner Editions - które od 2008 roku wydaje moją poezję. Bill, właściciel KSE, postanowił wydać „Gypsy” w limitowanym nakładzie ręcznie numerowanych 100 egzemplarzy na nośniku CD-R. Tym samym dołączyłem do takich artystów jak Plastic Crimewave, Alfred 23 Harth, Matt Krefting, Djin Aquarian (Ya Ho Wha 13), Derek Rogers, czy Heather Leigh, których muzykę Bill wydaje na co dzień. Jest to dla mnie interesująca perspektywa, gdyż do tej pory pracowałem dla KSE tylko jako poeta. Oczywiście marzy mi się „prawdziwe” CD i winyl, tak jak w wypadku „Second Hand Mana”, ale na to, co z tego wyniknie, nie mam w tej chwili wpływu.

Na swoim blogu zamieściłeś imponujący cykl wpisów zatytułowany „Miesiąc ze Stoned Gypsy Wanderer” przedstawiający kulisy tworzenia płyty, która ukaże się już 25 sierpnia. Czy można się spodziewać, że będzie ona strzałem, który zdetronizuje Second Hand Mana, który zdążył się już na dobre zadomowić w kanonach Psychosondy?

Trudno powiedzieć. Na pewno jest to zupełnie inna płyta. Po pierwsze z tego względu, że z wyjątkiem dwóch nagrań jestem w 100% odpowiedzialny za cały proces nagrywania - od pisania piosenek aż po mastering - więc to bardziej osobista płyta i zarazem jedyna w tej chwili, która przedstawia prawdziwego mnie, praktycznie od kuchni. W przypadku „Second Hand Mana” tylko dostarczam piosenki, śpiewam, gram na gitarze i czasem uderzam w struny basu. Po drugie, jest to muzyka wypływająca prosto z mojej duszy, w przeciwieństwie do paradoksalnie bardziej przemyślanego i konsekwentnego stylistycznie debiutu. Po trzecie, jeśli będzie takim strzałem, to bardzo się ucieszę, gdyż pokaże to, że uczciwe pozycje DIY, lo-fi, zakorzenione w folku, filozofii punk, psychodelii i krautrocku z tekstami o czymś konkretnym nadal interesują ludzi.

Gdybyś mógł w kilku zdaniach opisać co Cię zainspirowało i jakie treści znajdą się na "Stoned Gypsy Wanderer".

Myślę, że bezpośrednim katalizatorem i przyczyną, dla której „Gypsy” jest psychodeliczny po brzegi jest muzyka grupy The Fugs i poezja Billa Bissetta. Tuli Kupferberg, znany z The Fugs, jest jednym z moich drogowskazów odkąd zacząłem publikować swoją poezję. Legendarna płyta The Deep „Psychedelic Moods” również miała swój udział, szczególnie w sposobie w jaki potraktowałem wokale na „Gypsy”, z tym że oczywiście podałem je bardziej nowocześnie. We wspomnianym przez Ciebie cyklu wpisów zamieściłem krótką listę płyt bez których „nie byłoby Gypsy”, do której przeczytania zapraszam. Co do treści, miał to być nielinearny koncept-album o wewnętrznej kobiecie, wyszło nie do końca zgodnie z planem. W warstwie tekstowej płyta to historie, niekoniecznie te radosne, wzięte prosto z mojego życia, lub z życia zaobserwowanego – myślę, że najlepiej przeczytać teksty samemu i zdecydować – album to u podstaw, najprościej mówiąc, muzyczna ilustracja techniki cut-up.

Oprócz kariery solowej jesteś także współtwórcą Sauer Adler? 15 czerwca ukazała się Wasza druga płyta - "The Trips and Dreams of Stephen Adler". Jak przedstawiłbyś czytelnikom Psychosondy Stephena Adlera?

Zgadza się, współzałożycielem jest Kacper Wojaczek, bardzo utalentowany klawiszowiec i świeżo upieczony reżyser dźwięku. W Sauer Adler skupiamy się na tworzeniu własnej muzyki, nawet jeśli kompozycja jest napisana przeze mnie, czy też przez Kacpra, to wkładamy w nią tyle samo siebie, czyniąc z niej naszą wspólną muzykę, aranżując ją razem, i dodając sporo wykonawczej i kreatywnej pasji do tego aranżu - piszemy także razem, choć na razie stosunkowo rzadko. Ale po płycie „Trips and Dreams of Stephen Adler” na to przede wszystkim będziemy stawiać. Nie mamy żadnych założeń czy ograniczeń stylistycznych, nie umieszczamy się w żadnym gatunku, choć szufladka underground folk/electronic rock byłaby chyba najodpowiedniejsza. Myślę, że to cudowne patrzeć jak fan Amon Duul II niecierpiący Dream Theater pracuje z fanem Dream Theater i rozumieją się czasem bez słów. To pokazuje, że w muzyce nie ma barier. Nie jesteśmy jednak zespołem „progresywnym”, co zawsze podkreślam. Jeśli już to „art rockowym”, w szerokim rozumieniu tego pojęcia. „Stephen Adler” to połączenie St. Stephena z Aoxomoxoa i nazwy naszego duetu. Mam nadzieję, że choć trochę smakowite.

Dokąd zabiera słuchacza Wasz duet, dokąd nie możesz go zaprowadzić sam?

Sam mogę zaprowadzić słuchacza tylko do swojego świata, czy też do świata w jego własnej głowie, o którego istnieniu nie wiedział, lub ewentualnie w ostateczności pochylić się z nim nad moją muzyką, o ile wie jak ją „jeść” i wspólnie się nią cieszyć. Słuchacz dostaje Kaufmanna w proszku i dolewa wody albo oranżady wedle uznania, być może nawet przegryzając bułką mojej poezji. Jako duet Sauer Adler stanowimy równorzędny organizm muzyczny, w którym Kacper gra równie istotną rolę co ja, a wykonawczo i produkcyjnie nawet istotniejszą. Muzyka Sauer Adler jest więc bogatsza o dodatkowy pierwiastek - świat Kacpra. A jest to facet, który pisze konkretną psychodelę przy krojeniu cebuli - to nie zdarza się nawet tak zakręconemu człowiekowi jak ja. Dzięki Kacprowi Sauer Adler zabiera słuchacza w bardziej rockowy świat, czy to hard, art czy space. Natomiast u mnie jak do tej pory „prawdziwy” rock czy hard rock nie pojawił się jeszcze na żadnej płycie. Sauer Adler jest klasycznym projektem muzycznym, moja solowa działalność już niekoniecznie.

Na pierwszym miejscu piszesz o sobie jako o poecie, dopiero potem jako o muzyku. Od 2008 roku wydajesz tomiki. Czy gitara stała się narzędziem w ręku poety, a może to poezja podąża za muzyką?

Jeśli dłużej się zastanowić to jedno i drugie, choć całkiem szczerze, to zajmuję się muzyką, żeby uciec od poezji. Nie zrozum mnie źle, w niektórych tekstach ona się pojawia, ale muzyka pozwala mi bezkarnie rymować, czy pisać o „mniej istotnych” rzeczach, więc może to bardziej ucieczka od awangardy, dadaizmu i post-surrealizmu, bo takie cechy mojej poezji przypisywano i wciąż się przypisuje. W każdym razie jest ona skuteczna - w tym roku napisałem około 15 wierszy. Jak dla mnie to bardzo niska liczba, ponieważ zazwyczaj piszę dużo, żeby mieć wybór i możliwość przesiewu. W 2014 roku gitara całkiem skutecznie mnie od tego odciąga. Słowo śpiewane wspomagane brzmieniem gitary i innych instrumentów to obraz, natomiast słowo pisane w formie wiersza wydrukowanego w tomiku, antologii, magazynie, czy też umieszczonego w internecie to szkic ołówkiem.

Wszystkie teksty i poezje tworzysz w języku angielskim. Mogłoby się wydawać, że takie podejście jest trudniejsze zarówno dla samego twórcy jak i odbiorcy. Przemawiają za tym jakieś szczególne argumenty?

Po 6 latach zawodowego pisania w języku angielskim, w tym także na zamówienie, dochodzi się do wprawy i nie jest wcale trudno, a wręcz przeciwnie – jest całkiem przyjemnie. Poza tym angielski daje niesamowite możliwości zabawy słowem. Odbiorcy moich wierszy są zazwyczaj anglojęzyczni, więc to także nie stanowi problemu. Czasami piszę po polsku, ale bądźmy szczerzy, gdzie w Polsce znajdę możliwość wydania tego? Kto to kupi i przeczyta? Myślę, że poezja jaką piszę - zakorzeniona w amerykańskiej i kanadyjskiej poezji lat 50-tych i 60-tych - nie miałaby w Polsce szans zaistnienia głównie z tego powodu, że to nie nasza tradycja literacka. Moje prace zostały na przykład przetłumaczone na język bułgarski przez Rositzę Pironską. Uważam, że skoro dla niej, jako Bułgarki, język angielski nie był barierą, to nie powinien być dla nikogo. Doszło do sytuacji, w której polski poeta zmuszony jest pisać po angielsku z braku „pracy” w Polsce, a do tego szybciej tłumaczy się jego poezje na język bułgarski, niż własny. Daje to do myślenia.

To na koniec zapytam jeszcze o drogę. Za twórczością artysty zazwyczaj stoi ktoś, kto jest dla niego drogowskazem i / albo czynnikiem napędzającym. Kto dla Ciebie jest taką postacią?

Nazwisko Kupferberg już padło. Artaud, Kinski, Schnitzler... takich ikon jest wiele. A poza nimi, to w zasadzie każdy człowiek, niekoniecznie artysta, który ma talent, poczucie humoru, dystans do siebie i realizuje siebie w pełni, nie bojąc się przy tym oceny czy krytyki za szczerość i manifestowanie swojej duszy, jest moim bohaterem. A moim bezpośrednim czynnikiem napędzającym jest Bill Shute z Kendra Steiner Editions - jego wiara we mnie i moje możliwości pozwoliła mi znaleźć się tu, gdzie teraz stoję.

Dziękuję za rozmowę.

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.