Jaszczurka, winyle i gry komputerowe

Barnaba Siegel

O magazynie Lizard, najciekawszych płytach 2014 roku, kulturze winylowej i psychodelicznych grach komputerowych rozmawiamy z redaktorem naczelnym Lizarda Barnabą Sieglem.

Marcin Mieszczak: Jesteś na stanowisko już parę miesięcy - jak się na nim czujesz?

Barnaba Siegel: Bardzo dobrze. Pracuję w mediach od ładnych paru lat, więc marzenie o samodzielnym prowadzeniu pisma żyło we mnie od dawna. Cieszę się też bardzo, że robię coś bardzo bliskiego moim zainteresowaniom - nie było tu żadnego składania CV, dopasowywania się do idei pisma, po prostu pisałem do Lizarda od dawna, interesowałem się sprawami magazynu i przyszedł moment, kiedy mogłem go dalej poprowadzić.

Jakieś plany na zmiany i udoskonalenia Lizarda w najbliższym czasie? A może planujesz coś większego w dalszej perspektywie?

Wszystkie plany są objęte na razie tajemnicą, i nie chodzi nawet o żadne sprawy prawne, a po prostu o brak 100% pewności, czy do tych zmian dojdzie. Na pewno myślimy o zwiększeniu objętości pisma! O wszystkim damy znać na naszym fanpage'u na Facebooku.

Jak podsumowujesz muzyczny rok 2014 w Polsce i na świecie? Najważniejsze płyty, najważniejsze wydarzenia?

To na pewno nie był rok muzycznie słaby, ale jeszcze nie miałem czasu poukładać sobie w głowie wszystkiego, ani też przesłuchać części rzeczy. Pewne jest, że inspiracje latami 60. i 70. są coraz mocniejsze i coraz bardziej dokładne - mamy więc zespoły odwołujące się konkretnie do pewnego okresu, jakiejś płyty, jakichś utworów, a nie ogólnie "gramy w stylu Woodstocku". Również i starsze zespoły często zdają sobie sprawę, że warto wrócić do okresu swojej świetności, a nie odkrywać koło na nowo. Wydaje mi się też, że brak nowego, wyrazistego gatunku prowadzi do coraz częstszej ucieczki w improwizację i noise. Laptop i syntezatory to już obowiązkowy zestaw wielu muzyków na scenie i w studiu. Z albumów, które przychodzą mi do głowy w tym momencie, wymienię:

  • z nowości zagranicznych płytę Gongu "I See You", świetnie przywracającą ducha najlepszych nagrań ekipy z lat 70.; długo oczekiwany debiut Blues Pills; piękny album "Maps of the Mystic" grupy Wicked Whispers, mocno nasączony różnymi barwami rocka końca lat 60.; "Theosophy" Pete'a Molinariego, świetnego wokalistę idącego w ślady Lennona i Dylana; "Rising Son" Takuya Kurody, bardzo odpowiadający mi klimatem i barwami jazz-funkowy album z legendarnego Blue Note
  • z polskiego mainstreamu najbardziej zaimponował mi Tomasz Organek i jego płyta "Głupi", momentami mocno doorsowska, oraz Natalia Sikora z mocnym przekazem na "BWB Experience". Z niemainstreamu.... to jeszcze muszę przemyśleć :).
  • ogromną przyjemność sprawia mi też grzebanie w przeszłości, z niecierpliwością wyczekuję różnych wznowień płyt z lat 60. i 70. i tu wyróżnię przede wszystkim: Miles Davis "Live at Fillmore" (4 CD z 4 dni niebiańskiego koncertowania), Cymande "Cymande" (kapitalny miks psychodelii i egzotyki), Cannonball Adderley "The Black Messiah" (jazz spotyka rock... dosłownie!), Michał Urbaniak "Inactin" i "Atma" (dwie wspaniałe płyty fusion od naszego rodaka), Michale Naura "Call" (miks jazzu i ambientu z 1971 roku!, fragment dużej kolekcji niemieckiego labelu MPS).

Mógłbym jeszcze długo wymieniać. Ale właśnie po to jest też Lizard, żeby co kwartał informować o najciekawszych wydaniach!

...i Psychosonda (śmiech). Jesteśmy portalem, który szczególną sympatią darzy płyty winylowe. Pytanie standard, ale chciałbym poznać Twoją opinię: w czym upatrujesz współczesny sukces winyla i jak myślisz, jak to będzie z nim w przyszłości?

Wydaje mi się, że ten renesans winyla to jest taki krzyk za... muzyką jako wartością także materialną! Przez tyle lat muzyka była właśnie czymś namacalnym, nagle opanowały nas MP3, skończył się ten nawet nieświadomy rytuał kupienia czegoś, co trzeba rozpakować, obejrzeć, uruchomić, postawić na półce. Sądzę, że nawet minimaliści przyznają rację, że taki winyl po prostu fajnie wygląda, miło go dostać w prezencie albo samemu sobie sprezentować. Wydaje mi się, że to jest ta najważniejsza, może podświadoma przyczyna. Bo czy na pewno chodzi o jakość? Do tego, by usłyszeć to lepsze brzmienie winyla, trzeba mieć spory pokój i jednak dobrej jakości sprzęt. A nawet jeśli te warunki są spełnione, pozostają kwestie związane z tłoczeniem. Amerykański winyl z lat 70 będzie grał z pewnością świetnie, bo miał analogowe źródło. Ale ten z 2014? Dziś nie do końca mamy pewność co kupujemy, być może droższy LP ma to samo cyfrowe źródło co CD. Ale fajnie, że ta moda powróciła - mam nadzieję, że powróci też coś więcej niż chwalenie się fotkami na Facebooku, że wrócimy do epoki traktowania muzyki jako sztuki, rozmawianiu o niej... i czytania muzycznej prasy oraz portali!

Masz bogatą kolekcję winyli? Jakieś szczególny wydania?

Miałem liczne przeprowadzki w ostatnich latach, dopiero zwożę swoją kolekcję w jedno miejsce, więc nie pamiętam dokładnie - chyba coś koło 300 sztuk. Nie wiem czy mam jakieś białe kruki, bo raczej nie patrzę na stricte kolekcjonerskie dane. Generalnie ograniczam się do sprawdzania stopnia zużycia płyty - choć oczywiście wolę, jeśli jest to lepszy pressing z USA, UK czy Holandii.

Za swoje skarby na pewno uważam monumentalne wydanie koncertu Santany "Lotus" na 3LP z rozkładanymi wkładkami (polecam zobaczyć w Google'u, niesamowite!), dwupłytowe "Big Fun" i "Get Up With It" Milesa Davisa, "Apollo" Briana Eno i "Evening Star" w duecie z Robertem Frippem oraz limitowane do 500 sztuk, mocno hermetyczne LP "Colomach" z surowym afro-rockiem (dla fanów nigeryjskiej muzyki z lat 70.). Cieszę się też, że zdobyłem czechosłowacki "Benefit of Radim Hladek" Modrego Efektu.

Ale coraz rzadziej kupuję winyle. Słucham bardzo dużo muzyki, a po objęciu funkcji naczelnego magazynu Lizard ze dwa razy więcej, a to oczywiście koliduje z tempem słuchania muzyki z gramofonu. Najlepiej słucha mi się wosku w lato na działce. Kupuję też sporo CD, a to oczywiście bezpośrednio wpływa na ilość innych nośników, na jakie mogę sobie pozwolić.

Wiem, że jesteś dość mocno związany z grami komputerowymi. Polecisz naszym czytelnikom najbardziej odjechaną grę, w jaką grałeś oraz taką, która ma najlepszą ścieżkę dźwiękową?

Dziękuję, że zdecydowałeś się poruszyć ten temat, bo wydaje mi się bardzo fajny - także dla miłośników psychodelii - ale rzadko kiedy wkracza do takich mediów.

Taką wyjątkowo zwariowaną rzeczą jest FEZ, prosta gra zręcznościowa bawiąca się pojęciami dwóch i trzech wymiarów, ze świetną ścieżką dźwiękową opartą o 8-bitów. To niesamowite, że ten prymitywny format muzyczny mógł powrócić w glorii i chwale!

Proteus - to w zasadzie nie gra, a czysta eksploracja dadaistycznego świata, który wygląda jak rysowany w Paintcie. Tu również towarzyszy nam świetna muzyka 8-bitowa, zmieniająca się w zależności od pory roku.

Botanicula - reprezentant gatunku przygodówek, ale oparty na totalnie abstrakcyjnej koncepcji mikroświata żyjątek na drzewie. Wesołe, przypominające stare wieczorynki, a w tle cuda wyczynia czeski zespół DVA, tworzący odgłosy, dźwięki i taką plemienno-dziecięcą muzykę.

Limbo - trochę "cięższa" gra platformowa, która operuje przede wszystkim czernią, bielą i "ziarnem", prezentuje łagodnie podany świat sennych koszmarów, a od strony muzycznej rozwija się od absolutnego minimalu po coś w kierunków i industrialnych drone'ów

Wydaje mi się, że takie cztery rekomendacje wystarczą. To chyba najlepsi reprezentacji sceny niezależnych gier. Polecam sięgnąć po nie nawet sceptykom, można być mocno zaskoczonym tym jak bardzo różnią się od przeciętnego wyobrażenia o tej gałęzi rozrywki.

Wielkie dzięki za rozmowę.

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.