Paweł Twardoń (Paul's Boutique i Diguj To!)

Diguj To! - sklep z prawdziwą pasją

Dziś rozmawiamy z Pawłem, współzałożycielem Paul's Boutique i Diguj To. Opowiada o początkach swojej fascynacji winylami, dowiemy się również, jak powstał sklep, oraz jak wyglądają plany na przyszłość.

Marcin Kreczmer: Założyliście swój sklep płytowy zaledwie 3 lata temu. Można powiedzieć, że wzięliście rynek szturmem. Nie istnieje chyba w Krakowie pasjonat winyli, który by o was nie słyszał. Szczere gratulacje. Jak to się wszystko zaczęło?

Paweł: Od dziecka byłem zaangażowany w muzykę. Nie pod kątem jej tworzenia, ale kolekcjonowania. Odkąd pamiętam, zawsze miałem jakieś kasety, później kompakty. Byłem naturalnym zbieraczem. Gdzieś w połowie lat 90-tych odkryłem winyle. W zasadzie stało się to dzięki Mariuszowi Klepackiemu i jego komisowi w Katowicach na ul. 3 Maja. Pod koniec lat 90-tych wymieniałem tam sporo CD na winyle. Wtedy był odwrotny trend niż teraz. CD miały większe powodzenie niż winyle. Jednak dla mnie czarny krążek pod kątem brzmienia przebijał kompakty. Chodziło mi też o doświadczanie tego wszystkiego. Że masz piękny cover, możesz poczytać, masz jakiś fajny insert. Winyl jest na pewno bardziej wymagającym nośnikiem niż CD. Lubiłem się otaczać takimi rzeczami. Kupowałem wtedy dużo reggae. Mariusz Klepacki był taką personą na rynku, że bardzo lubił dub i reggae. Chyba był wtedy jedyny w Polsce, jeżeli chodzi o dostęp do takich płyt. Później wszedłem w takie labele jak Ninja Tune i Warp Records. Oni byli mocno niezależni i wydawali dużo na winylu. No więc to był koniec lat 90-tych. Sklepów z czarnymi płytami było w Polsce niewiele, ale sporo już wtedy kupowałem na ebayu. I nagle z kilkudziesięciu płyt zrobiły się dwa tysiące, a pomiędzy 2014 a 2015 r. to miałem ich już w domu ponad pięć tysięcy. Wtedy spotkałem swojego przyszłego wspólnika. Pamiętam ten dzień, jakby to było dzisiaj. Mieszkałem wtedy w Krakowie. Przyszedł do mnie do domu. On w ogóle nie wiedział, co to jest winyl, co to jest gramofon, ale miał dobrą wiedzę muzyczną. Dużo kolekcjonował, ale tylko na CD. Puściłem mu wtedy na gramofonie „Everyday” Cinematic Orchestra, no i chłop odleciał. Następnego dnia już kupił gramofon i pierwsze winyle.

Zawsze czułem, że chciałbym mieć takie alternatywne miejsce dla siebie, gdzie mógłbym realizować swoją pasję. Myślałem długo o sklepie płytowym. A że wtedy mieszkałem w Krakowie i wyczułem tam niszę, to mocno naciskałem na mojego wspólnika, żebyśmy pomyśleli o otwarciu stacjonarnego sklepu. Najpierw jednak sprzedawaliśmy online. Jeździliśmy na giełdy, byliśmy w Wiedniu na Moses Records, w Utrechcie, no i kupowaliśmy sporo płyt, żeby nimi handlować. Szukaliśmy też dużych kolekcji na ebayu. Więc na małą skalę próbowaliśmy realizować te tematy. Aż w końcu nie było odwrotu, musieliśmy znaleźć miejsce. W grę wchodził tylko Kazimierz w Krakowie. Znaleźliśmy fajną lokalizację w pasażu na Miodowej i dokładnie trzy lata temu otworzyliśmy sklep winylowy, „Paul’s Boutique” .

Wszyscy myślą, że nazwa wzięła się od albumu Beastie Boys. Długo szukaliśmy nazwy, która pokazywałaby nas, a że on jest Paweł i ja jestem Paweł, to postanowiliśmy zrobić Boutique Pawłów. Apostrof zostawiliśmy przed „s”, zamiast po, żeby ludzie niewtajemniczeni w angielski nie wytykali nam błędu (śmiech).

Dodatkowym powodem założenia sklepu stacjonarnego był komfort mojej rodziny. W pewnym momencie okazało się, że mam czwórkę dzieci. Kiedy zakładałem sklep, nie było jeszcze najmłodszej, czyli miałem wtedy trójkę. Moja żona miała już dość tych codziennych wizyt kurierów. Pukali, zostawiali paczki, czasami ona musiała je nadawać, odbierać. Oprócz tego przeprowadzki z winylami też były problemem. Dzięki decyzji o założeniu sklepu mogliśmy trochę „odgracić” miejsce.

Czy od początku szło gładko? Natknęliście się na jakieś trudności?

Byliśmy zupełnie nieświadomi, jak funkcjonuje rynek. Mieliśmy jakieś swoje wyobrażenie, ale wiadomo, że wyobrażenia niekoniecznie muszą pokrywać się z rzeczywistością. Mieliśmy super płyty, świetne kolekcje. Sporo dobrego prog rocka, mocne kolekcje elektroniczne, a przygotowując się do otwarcia, dużo kupowaliśmy, więc posiadaliśmy świetny zbiór. Po prostu nie było obawy, że mogłoby to nie iść. Zagrożenie było inne: jak zachować wysoką jakość. No bo wiesz: otwierasz sklep, masz świetne płyty, ale później musisz ten poziom utrzymać. Myślę, że największym sukcesem jest to, że nam się udało. Nie tylko utrzymaliśmy poziom sprzed trzech lat, ale i mocno się rozwinęliśmy. Wprowadziliśmy na przykład eventy diggingowe. Nie jesteśmy sklepem nastawionym tylko na sprzedawanie płyt, ale robimy dużo akcji i wydarzeń muzycznych. Raz w miesiącu przed sklepem odbywa się digging, gdzie wykładamy kilka tysięcy płyt w stylu funk, soul, hip hop, jazz. Są to wydania w dziewięćdziesięciu procentach amerykańskie, głównie pierwsze pressy, Blue Noty, zdarzają się fajne Motowny, dużo tematu funkowego, sample dla producentów. Towarzystwo DJskie jest z nami od początku. Cały czas wynajdują fajne rzeczy. Jesteśmy zadowoleni, że udało nam się tutaj ściągnąć DJ Fooda, czyli osobę, która od początku była związana z Ninja Tune. Zagrał u nas zajebistego seta, a później gościł go Klub Alchemia na wieczornym evencie. Na pewno chcielibyśmy takie rzeczy kontynuować. Zależy nam na tym, żeby osoby, które niewątpliwie miały duży wpływ na naszą drogę muzyczną, mogły tutaj z nami być. Przeznaczamy spore środki, żeby takie osoby ściągać. No i przede wszystkim, żeby realizować marzenia, bo chyba głównie o to chodzi.

Miałem teraz zapytać, co was odróżnia od innych sklepów płytowych, których jest coraz więcej na rynku, ale w sumie trochę odpowiedziałeś na to pytanie.

No tak: nie zamykamy się tylko w sprzedawaniu płyt, ale chcemy robić coś więcej. Wchodzimy w różne kolaboracje. Chcemy spotykać się z ludźmi, którzy też coś robią, tworzą. Pojawił się super projekt Lanquidity Records z Adrianem Magrysiem i Mateuszem Surmą. Chłopaki wyjechali do UK i postawili wszystko na muzykę. Wydali niedawno Sun Ra z Kalisza z '86 roku. Zorganizowali super wydarzenie w Kaliszu, w którym też braliśmy udział. Chłopaki szukają w wytwórniach londyńskich świetnych materiałów na winylach, a później wysyłają nam paczki i mamy taką selekcję Adriana z Lanquidity Records i jego płyt. Stawiamy mocno na tematy mniej rozpoznawalne w Polsce, niszowe, żeby nie budować sklepu tylko na Zeppelinach i Pink Floydach, jak to się w wielu miejscach dzieje.

Rozumiem, że nie macie tylko starych płyt, ale sprzedajecie też nowe wydania?

Tak. Zauważalne jest, że mamy więcej używanych, ale oczywiście mamy również nowe płyty.

Widzisz jakąś zmianę w ciągu tych trzech lat? Mam na myśli to, że coraz więcej ludzi wraca do słuchania muzyki z winyli. Odczuwasz to w waszym sklepie?

Kiedy otworzyliśmy sklep, to moda na winyle już kwitła. Weszliśmy w takim momencie, że ten hype winylowy już był. Więc przez te trzy lata nie widzę, żeby było dużo więcej tego zainteresowania. Natomiast jedna super rzecz, którą zauważam, to fakt, że coraz więcej młodych ludzi, nawet piętnastolatków, kupuje płyty winylowe. Przychodzą tutaj z rodzicami. Ojciec grzebie w Sex Pistols, czy w Dżemie, a jego syn szuka francuskiego rapu. I to jest fajne, że ta moda winylowa dotyka też dzieciaków, które mogłyby przecież wybrać sobie Spotify, a jednak czują potrzebę otaczania się takimi rzeczami, jak nośnik winylowy.

No właśnie – do tej pory winyle to była nisza, ale powoli staje się to mainstreamem. Nie boisz się, że szeroka dostępność płyt zagrozi waszemu sklepowi? Empik, Biedronka, coraz większa ilość record storów...

Absolutnie nie. W ogóle się tego nie obawiam. I tak mamy tańsze płyty niż Empik. Szukamy takich źródeł i mamy takie możliwości u dystrybutorów, że staramy się nie odlatywać z cenami. Ci majorsi, o których teraz mówisz, Empik, czy MediaMarkt, oni nie wejdą nigdy w używkę, zawsze będą mieć nowe płyty. To, co na ich tle nas wyróżnia, to jest właśnie produkt używany, który cieszy się powodzeniem.

Przeszły ci przez ręce białe kruki, z którymi ciężko było ci się rozstać? Takie, które zamówiłeś do sklepu, a później zostawiłeś dla siebie, ponieważ nie dałeś rady się ich pozbyć?

Nie. Powiem szczerze, że mam taką osobowość, że wyzbyłem się tej potrzeby. Mam większą frajdę, kiedy dostarczę to do sklepu i ktoś to znajdzie i kupi. Nie odczuwam jakiegoś dramatu, kiedy rozstaję się z płytą. Oczywiście, są jakieś albumy, że łezka w oku się kręci, ale jednak dominuje to, że widzę radość u kogoś innego.

Możesz powiedzieć, że prowadzenie sklepu wpłynęło na twoją pasję winylową? Czasami się zdarza, że mamy jakąś pasję, hobby, ale kiedy zrobi się z tego biznes czy praca, to tracimy zapał i zamiłowanie. Odczuwasz takie „wypalenie”?

Nie. Wiesz, gdybym był „konsumentem” winylowym, odwiedzał tylko giełdy i sklepy, to nie doświadczyłbym tego, co działo się przez te trzy lata. Międzynarodowe targi, wyjazdy... Ostatnio siedziałem kupę czasu u DJ’a Feel X’a z Kaliber 44 i grzebałem w jego kolekcji. Są to takie sprawy, które na pewno by się nie wydarzyły.

Po trzech latach otwieracie wreszcie sklep internetowy. Dlaczego zajęło wam to tak długo? Wiem, że już dawno był taki plan.

(śmiech) No tak, zabieraliśmy się za to już kilka razy. Zawsze były jakieś przeszkody. Płyta winylowa jako nośnik jest wymagająca sama w sobie. Gdybyśmy mówili o nowych płytach, to nie byłoby problemu. My musimy zrobić zdjęcia, sprawdzić stan, opisać wszystko. Zajmuje to dużo czasu. Nie chcieliśmy robić tego „na pałę”, woleliśmy porządnie się przygotować. Druga sprawa jest taka, że mieliśmy po drodze kilku providerów usług stron internetowych i zawsze coś tam nie działało, nie zgadzało się z naszymi oczekiwaniami. No bo to nie jest prosty produkt. Jeden tytuł może być w różnym stanie, w różnych cenach i to powoduje pewne problemy. Podsumujmy to tak: cieszmy się, że już jutro się to finalizuje (red.: otwarcie sklepu Diguj To odbyło się 16 listopada 2019 r.). Nie patrzmy wstecz. W końcu będziemy online i więcej ludzi się o nas dowie, zobaczy i to jest najważniejsze.

Jeśli internetowy sklep okaże się sukcesem (w co nie wątpię), to będziecie chcieli prowadzić nadal sklep stacjonarny? Sprzedaż w internecie wydaje się łatwiejsza, konsumująca mniej czasu, z pewnością tańsza. Myśleliście o tym, żeby z czasem zrezygnować ze sklepu stacjonarnego?

Absolutnie nie. Żywy organizm to żywy organizm. Tutaj nie chodzi już o same płyty, ale o „feeling”. Są ludzie, są eventy i to jest chyba najważniejsze. Przez te wszystkie lata pojawiło się tutaj mnóstwo świetnych DJ’ów, cała śmietanka z Krakowa, z Katowic. My łączymy sprzedaż płyt z tym wszystkim. Zamykając się tylko i wyłącznie na sprzedaż online na pewno byśmy dużo stracili.

No tak. Nie jesteście tylko sklepem, ale stworzyliście wokół siebie pewną społeczność.

Dokładnie. To jest super budujące, kiedy na każdym evencie spotykamy znajomych diggerów, te same twarze, przybijamy sobie piątki, idziemy wspólnie na piwko, no, jesteśmy w środku tego wszystkiego. Te osoby były z nami przez te lata.

Jak oceniasz sytuację sklepów płytowych w Polsce?

Widzę w Europie, że sporo record storów się zamyka. Ostatnio zauważyłem na Facebooku, że jeden z pierwszy sklepów płytowych w Londynie, chyba z 1961 r. został zamknięty. Wiadomo, że tak będzie. Ale budujące jest to, że zawsze będą record story. Choć w Polsce to dopiero startuje. Wystarczy wejść na vinylhuba i zobaczyć, jak wygląda sytuacja w państwach ościennych. Jest jeszcze sporo pracy do zrobienia. Liczę jednak na to, że będą odważni, którzy nadal będą otwierać sklepy płytowe.

Z mojej perspektywy jest kilka mocnych miejsc na mapie Polski. Kiedy jestem w Katowicach, to zawsze odwiedzam sklep na 3 Maja, u Mariusza, bo tam się to wszystko zaczęło. Mają jeden z największych wyborów w Polsce. Mariusz, serdecznie pozdrawiamy! W Warszawie z kolei jest Side One na Chmielnej. Mieszkałem w Warszawie parę lat, więc często tam bywałem. Mają trochę inną wizję na prowadzenie biznesu: sprzedają więcej nowych płyt, siedzą w tematach elektroniki, sceny DJ’skiej. Jest to bardzo mocny gracz w prowadzeniu tego rodzaju biznesu w Polsce. Wojtek, również przesyłam ci serdeczne pozdrowienia! Widzę, że rynek warszawski mocno się rozwija. Robią dużo rzeczy, organizują giełdy, super działają. Trzymam kciuki i kibicuję. Są to osoby, które też nie nastawiają się tylko na sprzedaż płyt, ale organizują eventy, zapraszają gości. To jest ważne.

Paweł, bardzo dziękuję ci za ciekawą rozmowę.

Ja również. No i zapraszam wszystkich na Diguj To!

Paweł jest współzałożycielem krakowskiego sklepu płytowego Paul's Boutique oraz jego internetowego wcielenia Diguj To!

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.