Jędrzej Kubiak (Broken Chicken Records)

Jak kura pazurem

O trudnej sztuce wycinania płyt gramofonowych, o tym ile potrzeba pracy, by wskrzesić kilkudziesięcioletnie, często przedwojenne maszyny i namówić je do współpracy, oraz co trzeba zrobić, by wyciąć swoją własną siódemkę, opowie nam dzisiaj Jędrzej Kubiak z Broken Chicken Records.


Tomasz Pniewski: Skąd pomysł na wycinanie płyt gramofonowych?

Jędrzej Kubiak: Właściwie to chyba z kołyski (śmiech). Ledwo sięgałem domowego zestawu audio, a ojciec podczas domowych imprez już prosił mnie o przekładanie płyt w gramofonie. Płyta „Eric Burdon & War” zastępowała mi więc wieczorynki. Chyba to wszystko spowodowało, że już od 15 lat zajmuję się serwisami gramofonów. Ponieważ pasjonują mnie też zabytki techniki, było kwestią czasu, kiedy zainteresuję się historią rozwoju techniki nagraniowej i maszynami.

Właśnie! Maszyny, wycinarki... Opowiedz nam historię ich zdobycia. Długo zajęło Ci znalezienie swoich nabytków?

Trafnie to nazwałeś: „wycinarka”. Zanim skończyła się II wojna światowa i taśma magnetofonowa znalazła zastosowanie w przemyśle cywilnym, muzykę trzeba było wycinać na płytach - wcześniej cylindrach - nie było innych komercyjnych metod zapisu. Stąd do dziś słowo „cut” w Stanach oznacza w środowisku muzycznym nagranie. Pierwszą wycinarkę znalazłem kilka lat temu przez przypadek na amerykańskim eBayu. Niedrogo, ale nadawała się do zupełnej renowacji. Była to mobilna maszyna Presto K-10 z lat 40-tych. Szybko „wygooglowałem”, że na identycznym sprzęcie John i Alan Lomax dokonywali legendarnych przedwojennych nagrań terenowych, między innymi w więzieniach i na plantacjach południa USA. Aż mnie dreszcz przeszedł.

Pomyślałem: „25 kg żywej historii amerykańskiego folku i ja tego jeszcze nie mam?”. Kupiłem w ciemno. Ledwo zacząłem renowację urządzenia, a już sprowadziłem kolejną, jeszcze starszą i również w nieznanym stanie. Jedna ze wspomnianych maszyn Presto po remoncie wróciła za ocean, druga służy pasjonatom na wschodzie. Obecny sprzęt w Broken Chicken Records to Rek-O-Kut Challenger z lat 50-tych, z głowicą RCA z lat 30-tych, znów kupiony okazyjnie, w ciemno i do renowacji. To już nie jest prosta maszyna terenowa do archiwizowania nagrań (jak Presto serii K) tylko sprzęt studyjny, bardzo nowoczesny jak na tamte czasy. Można na niej wycinać płyty z szerszym skokiem rozbiegówki i krańcówki - czyli standardowe - co pozwala wygodnie je odsłuchiwać, np. w szafach grających i gramofonach z automatyką. Z tą nagrywarką łączy się ciekawa historia: odebrałem ją w Trójmieście, gdzie musiałem niestety zostać do następnego dnia. Całe popołudnie swędziały mnie ręce, aż w końcu nie wytrzymałem. Pojechałem do sklepu z precyzyjnymi narzędziami, hotelowy stół z obrusem posłużyły jako pracownia, szklanki na wodę mineralną jako pojemniki na śrubki... i suwnicę głowicy nagrywającej miałem wstępnie zrekonstruowaną jeszcze tego samego dnia (śmiech).

Suwnica wraz z głowicą nagrywającą przy maszynie Rek-O-Kut Challenger w Broken Chicken Records. Widoczna z prawej strony korbka daje możliwość wycinania rozbiegówek, krańcówek i przerw między utworami.

Suwnica była gotowa, ale znając życie, to był dopiero początek prac rekonstrukcyjnych. Nie obyło się bez przeróbek, prawda?

Tak. Największym problemem w tych starych maszynach jest konwersja zasilania i silników. Nie chodzi tu o zmianę napięcia sieciowego z 220 na 110V, ale o problem częstotliwości: w USA prąd zmienny ma cykl 60 Hz, w Europie 50 Hz. Na początku to był koszmar, tym bardziej, że większość maszyn jest z USA i inżynierom zza oceanu problem 50 Hz jest po prostu obcy. Nie miałem nikogo do konsultacji. Nie wystarczało zwyczajnie proporcjonalnie zwiększać średnicę rolek napędzających, ponieważ wraz ze zmianą przełożenia zmienia się m.in. współczynnik tarcia oraz obciążenie silnika i nie da się matematycznie uzyskać prawidłowych prędkości. Trzeba było więc szukać tokarzy, do których będę mógł jeździć z maszynami, tarczą i lampką stroboskopową i toczyć rolki doświadczalnie. Ale rolka wyjęta z uchwytu tokarki celem testu, po ponownym montażu w uchwycie i dotoczeniu traci koncentryczność i nadaje się do wyrzucenia. Słychać to w nagraniach jako tzw. trzepotanie (ang. „flutter”). Stąd za każdym razem, dla każdej prędkości obrotowej, w pierwszym etapie toczyliśmy rolki „na brudno”, a po uzyskaniu odpowiedniej średnicy, za jednym podejściem toczyliśmy nową, docelową rolkę „na czysto”. Ile zaprzyjaźnionych warsztatów w ten sposób straciłem oraz ile razy usłyszałem „a weź się pan odp.. z tymi pana pomysłami”, pominę. Te przeklęte rolki, uwierz mi, zaczęły mi się śnić. W końcu jednak uznałem, że oryginalne, toporne silniki i przekładnie cierne zastępować będę współczesnymi silnikami, zawieszonymi w amortyzowanych klatkach i z napędem paskowym, bardzo redukując w ten sposób słyszalność silników w nagraniu.

Skoro już wspomniałeś o jakości nagrań, jak ona się ma do znanych wszystkim płyt tłoczonych? Można porównać te dwa światy - płyty wycinanej i tłoczonej?

Zdecydowanie nie. Płyty, których słuchamy dzisiaj - zarówno cięte jednostkowo, jak i te z tłoczni, dla których bazą był lakier - to efekt ponad dwóch dekad udoskonalania przez firmę Neumann ich maszyn serii VMS. Większość płyt tłoczonych dzisiaj, ich znakomita dynamika, szerokie pasmo, niski poziom szumów, to efekt osiągnięć Neumanna w tej dziedzinie. Rek-O-Kut to sprzęt mono z lat 50-tych, bardzo wzorowany na przedwojennych, studyjnych nagrywarkach Presto 6N. Propozycja Broken Chicken Records dotyczy więc miłośników brzmienia vintage, low-fi. Najbardziej trafia ona do muzyków zafascynowanych amerykańskimi gatunkami współczesnymi mojej maszynie, jak przedwojenny blues, folk, stary rock’n’roll.

Mam jednak nadzieję, że już za rok, może dwa, gotowa będzie moja autorska maszyna, nagrywająca w hi-fi stereo. Jej standardowy talerz ma 15-calowy, 12-kilogramowy stalowy podtalerz. Przypomina to pierścienie planety. Zostawię ten element w naturalnym srebrnym kolorze, ale baza maszyny, sanie posuwu głowicy i napęd będą w granatowym metaliku. Całość nazywać się będzie „Saturnus” i liczę na to, że będzie nagrywać choć w połowie tak dobrze, jak będzie się prezentować (śmiech).

Oglądając Twoje produkty zwróciłem uwagę, że są przeźroczyste, inne niż znane wszystkim czarne krążki. Jest to czymś podyktowane?

Ekonomią. Poszukiwania materiału, na którym mógłbym nagrywać i dzielić się gotowymi płytami w rozsądnej cenie, zajęły mi pół roku. Bardzo pomogła mi w tym firma Anwil z Włocławka, która przygotowane przeze mnie próbki testowała nawet w Czechach. Ten docelowy materiał występuje tylko w postaci bezbarwnej, co oczywiście nie zmienia faktu, że mam dostęp i mogę nagrywać też na innych materiałach, w różnych kolorach. Gotowe płyty byłyby wtedy jednak mniej więcej dwa razy droższe.

Gdyby któryś z naszych czytelników chciał wyciąć nagrania swojego zespołu, co musi przygotować? Są jakieś ograniczenia?


Ograniczenia są niewielkie. Musi to być plik audio obojętnie jakiego formatu lub link do You Tube. Ponieważ jednak moja maszyna nagrywa na razie tylko w formacie rowka „standard” (czyli dawnym) a nie „microgroove” (czyli obecnym), utwór na płytę 7/45 musi być nie dłuższy niż 2 minuty i 50 sekund, a na płytę 10/45 nie dłuższy niż 4 minuty. Zapytasz pewnie, dlaczego nie rozwiążę tego problemu, nagrywając na prędkości 33rpm lub zwiększając rozmiar płyty do 12 cali. Odpowiedź jest prosta: przy prędkości 33 rpm na przedwojennej głowicy znacznie zmniejszy się pasmo przenoszenia, szczególnie przy wewnętrznych ścieżkach, a przy płycie 12-calowej, z uwagi na ułomności konstrukcji zawieszenia głowicy, bardzo szybko zużyję igłę nagrywającą i nagranie takie musiałoby być dużo droższe. Ponadto, wprowadzam właśnie opcję o roboczej nazwie "żegnaj cyfro". Jeśli muzyk chce, by jego nagranie było w pełni tradycyjne, analogowe, może mi przysłać materiał na taśmie 1/4 cala lub mogę pojechać z maszyną w teren i nagrać zespół na żywo, w tzw. technice direct-cut.

Grudzień 2018, rejestracja direct-cut Romka Puchowskiego solo, bez użycia tranzystorów pełną techniką lampową. Maszyna Presto K-10, na takim sprzęcie John Lomax dokonywał legendarnych nagrań terenowych dla archiwum Biblioteki Kongresu USA.

Na sam koniec naszej rozmowy muszę zapytać o jeszcze jedną rzecz. Ciekawi mnie skąd się wzięło logo i nazwa? Kryje się za tym jakaś historia?

Kryje się. Darek Sojka (Carrantouhill, Blind Pumpkin Band), który bardzo pomagał mi w renowacji, zarówno merytorycznie, jak i finansowo, nazywał pierwszą maszynę „drapakiem”. Nie bez powodu, bo pierwsze testy niemiłosiernie trzeszczały. Maszyna nagrywała niczym kura pazurem. Zainspirowany pieskiem-melomanem z obrazu His Master’s Voice uznałem, że na logo znajdzie się kura pisząca po płycie pazurem. Jako że rysownik ze mnie mierny, kuropodobny stwór mego autorstwa dostał, przypadkowym omsknięciem ołówka, „smutną twarz”. Ja załamany pierwszymi efektami nagrań, załamana kura – idealnie! Popędziłem do koleżanki-grafika, Darii Wojnickiej, która według moich sugestii narysowała prawdziwego zdołowanego kurczaka. Opisy labeli, w miarę możliwości i cierpliwości, staram się wystukiwać na maszynie do pisania, by produkt pozostał jak najbardziej analogowy.

Profil Broken Chicken Records na Facebooku: https://www.facebook.com/brokenchickenrecords

Muzyk, restaurator zabytkowych instrumentów i maszyn nagrywających płyty winylowe, miłośnik amerykańskiego folku i wszystkiego co vintage.

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.