Michał Wilczyński

Młody gniewny prog-rocka w Polsce

O wydawnictwie muzycznym GAD Records, magazynie Lizard i psychodelii rozmawiamy z Michałem Wilczyńskim.

Psychosonda: Michał, masz dopiero 26 lat, a Twoją biografią muzyczną można by obdzielić kilku muzycznych specjalistów. Tradycyjne pytanie na początek, jak to się stało, że swoje muzyczne kroki skierowałeś w stronę ogólnie pojętego prog-rocka? Jak udało Ci się być blisko wielkich polskiej sceny, brać udział w tworzeniu ich antologii (Józef Skrzek, TSA, Exodus, John Porter)?

Michał Wilczyński: Wszystko zaczęło się od pierwszych dziennikarskich kroków, które zawdzięczam Wojtkowi Zamorskiemu, prowadzącemu w TVP Katowice program Klub Dorosłych Sympatyków Rocka. Nawiązaliśmy współpracę, robiłem dla niego kilka projektów, przygotowywaliśmy też internetowe wydanie programu, które rozrosło się do o wiele większych rozmiarów i egzystowało przez kilka lat jako internetowy fanzin Rock Magazyn. Serwis ma się dobrze do dziś, choć od dawna nie mam z nim nic wspólnego.

Szukałem też możliwości pisania do prasy drukowanej i w ten sposób zrobiłem swój pierwszy w życiu wywiad z prawdziwego zdarzenia – krótką rozmowę z Józefem Skrzekiem. Józek zaprosił mnie na swój koncert, poznałem pracujących z nim Andrzeja Hojna i Jurka Kucharka i zaczęliśmy współpracować. W efekcie powstała biografia SBB Wizje (to był rok 2003), a potem spora ilość bardzo ciekawych wydawnictw archiwalnych i premierowych – zarówno SBB, jak i solowych projektów Józka. W 2004 roku Metal Mind zaproponował wydanie 22-płytowej antologii SBB i od tego czasu zaczęła się nasza współpraca przy wielu projektach. Obok kolejnych wydawnictw Józefa czy SBB najwięcej radości i satysfakcji przyniósł mi chyba box Exodusu, który w zasadzie robiłem od podstaw.

Opowiedz naszym Czytelnikom, czym zajmuje się Twoje wydawnictwo GAD Records. Nad czym pracujesz obecnie?

GAD powstał w 2008 roku i rozpoczął działalność od wydawania książek muzycznych, co robimy do dzisiaj. Wydajemy głównie to, czego żadne inne wydawnictwo nie podjęłoby się ze względu na niewielki potencjał komercyjny. Znaleźliśmy swoją niszę i w jej ramach opublikowaliśmy kilka biografii muzyków z kręgu rocka – m.in. Black Sabbath, Camel, UK... Rok temu ruszyliśmy z serią Rock. Konteksty, w której publikujemy poważniejsze, niekiedy naukowe teksty poświęcone muzyce rockowej – pokazujemy, że można o niej pisać z wielu różnych, często zaskakujących perspektyw.

Od 2010 roku zaczęliśmy robić to, co lubimy najbardziej – wydawać płyty. Interesuje nas głównie polski jazz i rock, ale sprzed lat, prezentujący się dzisiaj niczym dobre wino. W naszym katalogu póki co dominuje jazz. Jest kwartet Zbigniewa Seiferta z nagraniami koncertowymi, jest piękny album Jana Ptaszyna-Wróblewskiego Sweet Beat, gdzie jazz krzyżuje się ze słodkim easy listening, a wśród bonusów jest pierwotna, instrumentalna wersja Zielono mi – jeszcze pod nazwą Rozlewiska. Dosłownie chwilę temu pojawiła się płyta When Where Why, którą otwieramy serię albumów Jerzego Miliana – najwybitniejszego polskiego wibrafonisty jazzowego i genialnego aranżera. Seria wzbudza wielkie zainteresowanie.

Wydaliśmy też płytę Klanu – to bez wątpienia nasze najbardziej psychodeliczne wydawnictwo. Tytuł Senne wędrówki zobowiązuje. To nieznane nagrania z 1971 roku, o których zapomnieli nawet sami artyści. Niektóre z utworów w tym zbiorze były wykorzystywane w Polskiej Kronice Filmowej jako muzyczne tło. Większość doskonale broni się do dzisiaj, Klan był wtedy bardzo świeżym i ciekawym zespołem na polskiej scenie. Do ich nagrań będziemy jeszcze pod szyldem GAD na pewno wracać.

Teraz pracujemy nad wznowieniem solowego debiutu Włodzimierza Nahornego – instrumentalnej płyty Jej portret, gdzie po raz pierwszy w historii pojawił się ten przejmujący, słynny temat, do którego Jonasz Kofta dopisał później tekst. Przygotowujemy też kolejne płyty z serii Jerzy Milian Tapes. Nie zapominamy jednak o muzyce rockowej – w 2013 roku ukażą się co najmniej dwa tytuły osadzone w pięknych latach 70. Nie mogę zdradzić jeszcze szczegółów, ale zapowiada się kilka naprawdę mocnych wydawnictw, także koncertowych.

Jesteś pomysłodawcą i redaktorem naczelnym kwartalnika Lizard. Czy w Polsce (w porównaniu z zagranicą) jest dużo miłośników grania, które swoje źródła ma w prog-rocku lat 60./70.? Czy młodzi ludzie na nowo odkrywają tamte dźwięki?

Pół na pół. Starsze pokolenia ustawicznie zarażają młodsze tą muzyką i mam nadzieję, że to „infekowanie” będzie trwało dalej. Natomiast jeśli chodzi o ilość fanów progresywnego rocka w stosunku do Zachodu, to jest całkiem nieźle. Trzeba pamiętać, że progresywny rock i poza granicami Polski jest w dużym stopniu sceną niszową. Kultowe kluby w Wielkiej Brytanii jak The Peel to malutkie miejsca objętości chorzowskiej Leśniczówki. To nie są wielkie sceny.

Jak oceniłbyś współczesną scenę progresywną w Polsce? Czy potrafisz wskazać jakieś świecące pełnym blaskiem gwiazdy, których koncerty i płyty rekomendujesz bez zająknięcia?

Polska scena progresywna jest bardzo obszerna. Mamy wiele zespołów, które próbują swoich sił, choć oczywiście z bardzo różnym skutkiem. Z polecaniem koncertów mam problem, ponieważ – poruszamy zresztą to zagadnienie ostatnio w Lizardzie przy każdej możliwej okazji – życie koncertowe w Polsce zamiera. Jeśli zespół nie ma za sobą potężnego zaplecza medialnego, to na jego koncert przychodzi czasami 30-40 osób. Ludzie wolą obejrzeć fragmenty na Youtube niż przeżyć to na żywo. Internet wiele pomaga, jeśli chodzi o promocję czy dystrybucję, ale za sprawą wszelakich mediów socjalnych zabija interakcje między ludźmi. Nikomu się nie chce ruszyć sprzed monitora i wyjść z domu. Na szczęście są jeszcze wyjątki – mam nadzieję, że będzie ich więcej.

Jeśli chodzi o płyty, to w Polsce od kilku lat regularnie pojawiają się nowe zespoły, które zazwyczaj „trwają” nie dłużej niż jeden album. Grają kilka koncertów, po czym się rozwiązują, zawiązują pod nową nazwą lub powracają po pół roku, ogłaszając wielką reaktywację – co jest śmieszne, bo stopień ich aktywności zupełnie się nie przekłada na moc przekazywaną w kolejnych informacjach prasowych. Najczęściej są to grupy, które hołdują neoprogresywnemu rockowi, nawet już nie odnoszącemu się bezpośrednio do Marillion, co raczej do grup typu Pendragon czy Galahad. Bardzo modne jest też łączenie neoprogresywnego rocka z ciężkim, niemal metalowym brzmieniem, co nie zawsze się sprawdza i – moim skromnym zdaniem – burzy trochę koncepcję neo-proga. Najtrudniej wśród tych młodych zespołów znaleźć takie, którym chce się robić coś innego. Dlatego cenię sobie nierówne, ale ciekawe Sekrety pana Ypto nagrane przez Kurde, projekt Rzeka Dam Apple Bells czy krakowski Hipgnosis, choć trochę mi na ich ostatniej płycie brakowało tego onirycznego, rozmarzonego klimatu poprzednich. Wspaniały poziom trzyma Quidam, Saiko to bardzo barwny album.

Nie mogę nie zapytać Cię o psychodelię... Czym w ogóle ona jest?

Czymś, co ciężko zdefiniować. To jest takie określenie jak „groove”. To się po prostu czuje, po prostu wie. Chodzi bardziej o charakter muzyki, obecną aurę, jakieś specyficzne rozwiązania w aranżacji niż o samą strukturę utworów.

Twoje ulubione psychodeliczne płyty to...

Przewrotnie: We're Only in It for the Money Franka Zappy i Mothers of Invention. Piękna dekonstrukcja ideałów Lata Miłości, na pierwszy rzut ucha wręcz odpychająca, ale w tej muzyce jest mnóstwo typowego dla Zappy piękna. Z takich „zwykłych” psychodelicznych płyt muszę wymienić debiut Pink Floyd, Forever Changes Love, Fifth Dimension The Byrds, Disraeli Gears Cream i Surrealistic Pillow Jefferson Airplane. Bardzo wysoko cenię też bostońską scenę, z takimi zespołami jak Phluph, Ultimate Spinach czy Beacon Street Union. I jeszcze In a Silent Way Milesa Davisa. To wybitnie psychodeliczna płyta.

Czy scena psychodeliczna istnieje w Polsce? Które polskie płyty (te dawne i te współczesne) powinien koniecznie przesłuchać czytelnik Psychosondy?

Nie wydaje mi się, żeby istniała psychodeliczna scena w Polsce. Nigdy jej chyba nie było, choć psychodelicznych śladów można szukać nawet na bigbeatowych płytach No To Co czy Trubadurów. Naprawdę można znaleźć perły, którym daleko do rubasznych, skocznych przebojów z jakimi kojarzy się obie formacje. Ważne jest Mrowisko Klanu oraz koncertowy debiut SBB, bardzo swobodny w swojej formule i powoli wciągający słuchacza. Z nowszych płyt warto przypomnieć sobie Alters oraz Cinemon.

Czy widzisz przyszłość dla nurtu psychodelicznego w muzyce? Czy raczej pozostanie ona swoistą alternatywną enklawą? A może jeszcze inaczej, jej elementy pojawiają się i pojawiać się będą wśród ogólnie znanych, popowych wykonawców?

Elementy pojawiały się i pojawiać się będą, ale mainstreamem psychodelia nigdy nie będzie. I dobrze, kto będzie chciał i tak ją odkryje. W tym cała radość.

Dzięki wielkie za rozmowę. Było bardzo miło:)

Mnie również!

Rozmawiał Marcin Mieszczak

Oficjalna strona GAD Records

 

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.