Piotr Trybusz

(Nie)typowa historia

O tym, jak to jest zadebiutować winylem nagranym niemal wyłączenie przez siebie oraz o muzyce w klimacie lat 90-tych rozmawiamy z Piotrem Trybuszem.

Marcin Mieszczak: Muszę przyznać, że kiedy wpadł mi Twój winyl w ręce, to było bardzo pozytywne zaskoczenie. Zanim przejdziemy do samej muzyki powiedz proszę, skąd pomysł, aby właśnie winylowo, czyli „na bogato” zadebiutować na rynku fonograficznym? Tym bardziej, że sam album wydany jest naprawdę pro.

Piotr Trybusz: Dzięki wielkie. „A Typical Story of an Average Hero” nagrałem i wydałem jako solowy projekt przede wszystkim dla siebie, więc miałem pełną swobodę decyzyjną. Zarówno pod względem artystycznym jak i wydawniczym. Od dawna marzyłem, by móc zrobić sobie taki prezent. Nadarzyła się okazja, wykorzystałem ją i możemy teraz rozmawiać o efektach. Traktuję to jako swego rodzaju „kamień milowy” swojej twórczości. Ponadto Andrzej Jakuszko stworzył niesamowitą okładkę. Przyszedłem do niego z propozycją współpracy i prośbą o wsparcie. Miałem w głowie zupełnie inną koncepcję, natomiast Andrzej bardzo szybko przekonał mnie do swojej wizji. Najpierw stworzył fizyczną instalację z użyciem luster, czarnego kartonu, żyłek, świateł oraz fotografii i bazującej na niej grafiki (autorstwa Krzysztofa Tuszewskiego). Dopiero zdjęcie tejże kompozycji poddał delikatnej obróbce cyfrowej. Wynik jego pracy jest rewelacyjny, więc szkoda było spożytkować go na mały format CD☺. Winyl ma również swój wymiar marketingowy - trudniej byłoby zainteresować Psychosondę zwykłą płytą kompaktową☺.

Sam wszystkiego dopilnowałeś jeśli chodzi o tłoczenie?

Za tłoczenie płyt i druk okładki odpowiedzialny był Łukasz Warzecha z poznańskiej MIWA Media. Okładkę do druku przygotował Andrzej natomiast master pod winyl jest wynikiem pracy Pawła Karlińskiego z Karlin Studio - studia, w którym nagrywałem album. Moje dopilnowanie polegało zatem na przesyłaniu odpowiednich plików – możemy to nazwać w żartobliwym tonie „delikatną koordynacją”☺.

Czy płyta wyszła także na CD? Wiem, że album można znaleźć np. na Spotify…

Nie wydawałem płyty na CD i w tym momencie nie planuję. Wydanie wersji winylowej uznałem za ciekawsze dla siebie i dla odbiorcy, a łatwa dostępność do serwisów streamingowych, z całkiem dobrej jakości muzyką sprawia, że płyta kompaktowa byłaby swego rodzaju „dublowaniem” tego rozwiązania. Nie spodziewam się też oszałamiająco wysokiej sprzedaży płyt - platyny nie zaliczę - sto sztuk to adekwatna w stosunku do popytu liczba. Mając do wyboru sto egzemplarzy płyty czarnej lub srebrnej, bez wahania wybrałem pierwszą opcję.

Jesteś winylmaniakiem? Masz dużą kolekcję?

Nie mam dużej kolekcji płyt. Najtrafniej można o niej powiedzieć, że jest skromna Raz na jakiś czas trafia się wydawnictwo, które chcę mieć na płycie winylowej, wtedy takowej szukam. Nie nazwałbym siebie również winylmaniakiem - mój poziom wiedzy jak i stan kolekcji na to nie pozwala. Niesamowicie jednak cenię sobie to, co słuchanie muzyki z płyt winylowych daje. Nie ogranicza się to wyłącznie do jakości, ale również - a dla mnie przede wszystkim - do swoistego rytuału. Żyje się obecnie bardzo szybko i intensywnie. Muzyka towarzyszy mi bardzo często, ale rzadko jest to czas przeznaczony tylko i wyłącznie na nią. Winyl ze swej natury wymusza pewne zaangażowanie i skupienie. Płytę trzeba przygotować do odsłuchu, podobnie jak gramofon, samo odtwarzanie nie dzieje się automatycznie - wymaga przekładania płyty. To sprawia, że czuję powagę sytuacji – skoro „tyle” trwa odpalenie muzyki, to szkoda tego czasu by potraktować potem muzykę jako tło do innych czynności – temu służy „muzyka z telefonu”.

Moja pierwsza przygoda z winylami tak wyglądała – to był rytuał, na który jako szczeniak, byłem zapraszany przez nieco starszych przyjaciół Roberta i Basię Zaleśnych – doskonałych muzyków (Robin Blues, Nikodem, Shisha Lovers, ProjecktA) z niesamowitą pasją do muzyki, wiedzą i z godną pozazdroszczenia kolekcją kaset oraz płyt zarówno CD jak i winylowych. Imponowało mi i fascynowało, że o każdym wyciągniętym albumie potrafili coś powiedzieć, a przede wszystkim uzasadnić dlaczego będziemy akurat tego dzieła słuchali. Wymagano też ciszy. Czas na dyskusję był po odsłuchu, a dyskutowaliśmy sporo. To była niesamowita przygoda gdy porównywaliśmy rożne tłoczenia tego samego albumu i okazywało się, że mamy do czynienia właściwie z różnym miksem (porównując np.: niemieckie i holenderskie tłoczenie czarnego albumu Metalliki) albo gdy dowiadywałem się, że Vangelis to nie tylko „Chariots of Fire” ale również absolutnie genialne „666” Aphrodite’s Child, gdy udało się „odkryć” skrzypnięcie zamykanego okna lub drzwi na „Sgt. Pepper’s Lonely Heart Club Band”, czy gdy „Frozen” Madonny odsłuchane z winyla wbiło mnie w fotel mimo, że wszystko słabsze niż Metallica wydawało mi się być wtedy niegodne słuchania. Słuchanie płyt winylowych niesamowicie poszerzyło moje horyzonty muzyczne a także nauczyło pewnej wrażliwości słuchacza.

Na płytę wgrałeś wszystkie ścieżki, sam jesteś kompozytorem i zapewne wizjonerem całości. Czy to jest „idealna płyta Piotra Trybusza”? Siedzisz w 100% w takiej muzyce i takich płyt możemy spodziewać się po Tobie więcej czy to tylko przystanek na Twojej drodze artystycznej?

Żeby być precyzyjnym, to muszę powiedzieć, że wgrałem gitary. Wokale to dzieło Zbyszko „Zbinxa” Tuchołki. Syntezatory, automat perkusyjny czy sample przygotowywałem w Reasonie, jednak żadnej z tych partii nie byłbym w stanie zagrać na żywo. Korzystałem z klawiatury sterującej, która służyła mi głównie do zebrania dynamiki czy skorzystania z funkcji „aftertouch” i dzięki temu osiągnięcia bardziej naturalnego charakteru danych partii. Tak przygotowane ścieżki, wzbogacone o odpowiednią obróbkę (nakładanie efektów, korekty oraz filtrów), eksportowałem do plików wav, które już w studiu importowaliśmy do ProToolsa i tam na etapie miksu były dalej opracowywane aby uzyskać ostateczny efekt a przede wszystkim odpowiednią selekcje. Bliżej oddającym rzeczywistość określeniem byłoby zatem wyprodukowanie.

Słucham bardzo różnej muzyki, obecnie na playlistach króluje u mnie elektronika, w szczególności Jon Hopkins, Benn Jordan (The Flashbulb), Todd Terje czy Nils Frahm. Fascynuje mnie ten gatunek ponieważ sposób produkcji i tworzenia to dla mnie ciągle terra incognita. Mam tutaj sporo do nauki i odkrywania. Niemniej jednak cała moja tożsamość i wrażliwość muzyczna opiera się na gitarze, rocku i metalu. Nie zamierzam od tego uciekać, myślę, że nawet się nie da, dlatego słucham również artystów z tego kręgu – chociaż aktualnie zdecydowanie rzadziej.

Bardzo trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jest to obecnie ulubiona płyta solowa Piotra Trybusza, bo jedyna w stu procentach jego i jako taka ma - póki co - wyłączność na określanie jego stylu. Od czasu nagrywania „A Typical Story…” napisałem i zarejestrowałem około dwudziestu nowych utworów, które są rozwinięciem pomysłów z albumu, chociaż nie jego kopią. Brakuje im jednak pewnej „świeżej myśli”, która pozwoliłaby traktować je jako materiał na nową płytę – jest to bardziej zbiór „singli” ewentualnie kilka EPek. Nie jestem w stanie teraz powiedzieć jaki będzie kolejny album. Zdaje się jednak zmierzać w kierunku bliższym drugiej części albumu „A Typical Story…”. Podczas pisania materiału rzadko zdarza mi się utrzymać wyznaczoną na początku ścieżkę. Mój solowy debiut zaczął się rockowo by jednak z czasem skręcić w stronę elektroniki i popu. Co jakiś czas znajduję inspiracje w czymś nowym i trudno mi się temu oprzeć.

Nie sposób nie zapytać Cię o same pomysły muzyczne. Jak już niektórzy recenzenci zauważyli (strzał w dychę Pana Winyla z porównaniem do Roxette kawałka „The Door”), to płyta żywcem wyciągnięta z lat 90-tych, a pewnie też trochę 80-tych. Jest dużo solowych partii gitar, syntetycznej perkusji, klawiszy i momentami bardzo melodyjnych zagrywek. Trochę się czuję jakbym oglądał Stranger Things :-)

Najbliższą inspiracją estetyczną była płyta Phila Collinsa „No Jacket Required” – pierwszy album, który zrobił na mnie niesamowite wrażenie i sprawił, że muzyka stała się mi bardzo bliska, mimo że nie miałem pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. Dynamika, brzmienia, melodie, dramaturgia albumu i aranżacje jakie Pan Collins zawarł na tej płycie mocno działały na moją wyobraźnię. Chciałem mieć taką moc kreowania i opowiadania emocji w sposób uniwersalny, bo muzyka w swym odbiorze – zwłaszcza na płaszczyźnie instrumentalnej - niewiele narzuca, daje bardzo duże możliwości do interpretacji i dla wyobraźni. Jestem też dzieckiem lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, okresu w którym panowała melodia, gitara solowa święciła swoje tryumfy, w telewizji leciało Miami Vice z doskonałym soundtrackiem i najpierw czarnym „Ferrari Daytona” a potem białym Ferrari Testarossa - to nie mogło nie pozostawić śladu. Duży wpływ na brzmienie „A Typical Story…” miał również fakt, że całość tworzyłem sam. Tam gdzie zabrakło umiejętności i warsztatu korzystałem z syntezatorów i automatu perkusyjnego, co narzuciło pewną estetykę i rozwiązania. Nie chciałem „udawać” żywych instrumentów, zatem w efekcie przybliżyłem się do brzmień popu z wspomnianego wyżej okresu mojego dzieciństwa. Do tego dołożyła się też suma muzycznych doświadczeń i inspiracji z ponad 25 letniej przygody z gitarą.

Bardzo się cieszę z porównania do Stranger Things, jednak ścieżka z tego serialu nie była moją inspiracją. Oznacza to, że udało mi się wpisać w pewien popularny obecnie trend retro jak i że album opowiada pewną historię. Nie jest to album koncepcyjny, zatem ta historia nie jest określona. Natomiast ma swoją dramaturgię i każdy może stworzyć własną opowieść na jego podstawie. Myślę, że „A Typical Story…” można określić jako „soundtrack do czegokolwiek”. Jak to określiła wspomniana wcześniej Basia – ten album w myślach nie przeszkadza.

Chociaż wspomniałem, że jesteś debiutantem, to miałem oczywiście na myśli nagrywanie pod swoim nazwiskiem. Grasz już od dawna, z różnymi projektami oraz z sukcesami na koncie…

Prawda. Swoją przygodę zespołową zacząłem od zespołu CarmenFaust – nie potrafiliśmy wtedy w ogóle grać, ale mieliśmy niesamowity zapał i na próbach – u mojego wujostwa w piwnicy – spędzaliśmy każdą wolną chwilę. Sporo się musieli wycierpieć, ale znosili to dzielnie☺. Później zacząłem grać z zespołem Rust i Disquiet. Z Rustami wydałem jedną płytę długogrającą oraz dwie EPki. Z tym też składem zagrałem najwięcej koncertów. Niesamowita przygoda i szkoła. Wiele się nauczyłem i wiele doświadczyłem. Wygraliśmy m.in. Jarocin w 2012 roku, zagraliśmy na Przystanku Woodstock, graliśmy koncerty na festiwalach w poznańskiej Arenie, na warszawskim Torwarze, w szczecińskim amfiteatrze i w wielu innych miejscach. Poczułem jak to jest grać koncerty klubowe jak również i te dla większej publiczności. Praca z tym składem bardzo dużo mi dała.

Z Disquiet nagrałem, w 2010 roku, płytę „The Truth” – metalowy album koncepcyjny. Napisałem go – podobnie jak „A Typical Story…” – najpierw w całości w domu, na komputerze, potem jednak został on doszlifowany z całym „żywym” składem na próbach. Za teksty odpowiedzialny był głównie Kuba Gwiazdowski – gitarzysta oraz pomysłodawca by z „piwnicznego” projektu zrobić zespół a z przygotowanego materiału album koncepcyjny. Również sporo koncertowaliśmy, a najlepszym wspomnieniem jest trasa po Ukrainie, którą odbyliśmy na zaproszenie zespołu MoRiA. Wspaniali ludzie i przyjemnie jest móc do tego czasu wracać myślami.

Ostatnim projektem zespołowym było Radio Silence, z którym w 2017 roku nagrałem, dostępną na Spotify, płytę „Deadfall”. Świetny materiał czerpiący ze szkoły „szwedzkiego metalu”, w głównej mierze napisany przez Mikołaja Matuszewskiego, którego poznałem w okolicach roku 2000 gdy grał jeszcze w zespole Trinity. Siedemnaście lat musiało minąć, żebyśmy wspólnie zagrali☺.

Opowiedz na koniec o Twoich planach promocyjno-koncertowych oraz o tym, gdzie zainteresowani mogą sięgnąć po Twojego winyla…

W najbliższym czasie zaczniemy nagrywać klip do utworu „The Door”. Miał on towarzyszyć premierze płyty, jednak w związku z sytuacją i ograniczeniami wynikającymi z pandemii, prace nad nim musiały zostać zawieszone. Teraz jesteśmy gotowi wznowić to przedsięwzięcie. Bardzo się z tego cieszę i nie mogę doczekać się finału.

Tak jak wspominałem powyżej, mam już przygotowane kilka utworów, które mają swój oddzielny byt i bardzo chętnie będę się nimi dzielił za pośrednictwem mediów społecznościowych (YT i fb: Piotr Trybusz Pio-Try-Gra). Szkoda by zalegały w szufladzie, myślę, że spełnią swoją rolę i sprawią słuchaczom przyjemność.

Jeżeli chodzi o plany koncertowe, to póki co ich nie mam, chociaż koncerty chciałbym grać. Niewiele rzeczy, z tych które doświadczyłem, sprawiało mi taką radość i dawało taki zastrzyk energii jak granie na żywo. Zanim to jednak nastąpi muszę opracować sposób przeniesienia „A Typical Story…” na scenę. Pojawienie się na niej uzbrojony jedynie w laptop i gitarę nie wchodzi w grę. Zatem pierwszym krokiem będzie skompletowanie składu, najprawdopodobniej przearanżowanie niektórych partii a następnie wyćwiczenie całości. Zapewne to nastąpi, ale zakładam, że nie wcześniej niż w przyszłym roku.

Bardzo dziękuję za wywiad i danie platformy do opowiedzenia o albumie i o muzyce w ogóle. Zapraszam do zapoznania się z „A Typical Story of an Average Hero” na Spotify, Tidal czy na Youtube, a gdyby album przypadł Wam do gustu, to być może odkryjecie go na nowo słuchając wersji winylowej, którą można nabyć w sklepie chodzasluchy.com.

Wielkie dzięki za rozmowę. Wracam do odsłuchu „A Typical Story of an Average Hero".

zdjęcie: Małgorzata Hałas 

Piotr Trybusz - gitarzysta, twórca autorskiej płyty „A Typical Story of an Average Hero".
Voice Shop

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.