100 najodważniejszych polskich piosenek Sprawdź

Tomasz Raczek

Jestem człowiekiem o mentalności singlowej - rozmowa z Tomaszem Raczkiem

Jestem człowiekiem o mentalności singlowej - rozmowa z Tomaszem Raczkiem
Autor
Marcin Mieszczak, Jakub Krzyżański
Data publikacji
15.11.2022
Dział
Udostępnij
Choć znany jest przede wszystkim ze swojej pasji do kina, może się pochwalić również imponującą kolekcją płyt winylowych. O muzyce (nie tylko filmowej), sposobie jej słuchania oraz sprzęcie audio rozmawiamy z Tomaszem Raczkiem, krytykiem filmowym, dziennikarzem, autorem audycji “Raczek Movie” w Radiu Nowy Świat.
Jakub Krzyżański, Marcin Mieszczak: Spotykamy się na targach Audio Video Show, w otoczeniu wysokiej klasy sprzętu muzycznego. Jedną z atrakcji imprezy jest także największa w Polsce giełda winylowa. Czy ważny jest dla Pana nośnik, z którego na co dzień słucha Pan muzyki?
Tomasz Raczek: Pytanie jest bardzo kłopotliwe, dlatego że tak, nośnik jest istotny, ale nie do tego stopnia, żeby od niego uzależniać słuchanie muzyki. Mam z tym pewien problem, bo posiadam naprawdę sporą kolekcję czarnych płyt i kiedy z myślą o niej kupiłem dobry sprzęt, taki, jak prezentowany tutaj, okazało się, że trzeba być mocno zakręconym i przede wszystkim cierpliwym, by najpierw go skonfigurować, a potem z niego korzystać. Namówiono mnie na świetny wzmacniacz lampowy. Do niego dołączono drewnianego pilota z czterema złotymi przyciskami, nieopisanymi w żaden sposób. Po prostu szczyt eleganckiego minimalizmu. I pewnego dnia ten pilot przestał działać. Dzwonię więc do firmy, w której właśnie wydałem kilkanaście tysięcy złotych na sprzęt i mówię, że coś się popsuło w pilocie, ale nie wiem, jak się do niego dostać i jakie tam są baterie. Na co słyszę: “Aaa, to są wyjątkowe baterie, tylko od producenta można je dostać, ale przyślemy do pana człowieka, żeby zajrzał do środka”. Człowiek przyjechał, wziął pilota do ręki i mówi: “Oj, baterii do tego konkretnego modelu nie mamy, musimy je zamówić”. Dzwonię tam za tydzień, za dwa, za miesiąc i nic. I któregoś dnia zrozpaczony sam rozdłubałem tego luksusowego drewnianego pilota, a w środku była bateria paluszek. Opowiedziałem tę historię szczegółowo, bo pokazuje, jaki bywa rozziew między doskonałością sprzętu a firmami, które zajmują się jego dystrybucją. Jeżeli użytkownik sam nie ma wystarczającej wiedzy, często rozbija się o takie dziadostwo. Dlatego najczęściej słucham muzyki tak, żeby było mi wygodnie i korzystam ze streamingu. Nowoczesność polega na tym, by sobie życie ułatwiać i móc robić różne rzeczy na wiele sposobów, a nie pogrążać się w snobizmie, który inni sprytnie wykorzystują.
Ale zdarza się Panu jeszcze wracać do słuchania winyli?
Te czarne płyty coraz bardziej funkcjonują u mnie na zasadzie eksponatów muzealnych. Czasami mogę sobie taką płytę wyjąć, “pomodlić się” nad nią, nastawić, posłuchać przez 20 czy 30 minut, ale potem wracam do streamingu. Taka jest moja prawda, bo nie lubię udawać. Co nie znaczy, że nie doceniam dobrego sprzętu i czarnych płyt. Bardzo lubię muzykę klasyczną, operę, jazz; lubię też muzykę akustyczną, a właśnie takiej muzyki trzeba słuchać na dobrym sprzęcie, ponieważ wtedy słychać różnicę. Natomiast 90% muzyki popowej i rockowej nie wymaga moim zdaniem drogiego sprzętu.
W jaki sposób budował Pan swoją kolekcję płyt?
Jestem z tej epoki, że mam dużo własnych płyt, ale też odziedziczyłem kolekcję po Zygmuncie Kałużyńskim, z muzyką symfoniczną, operową i jazzową. To jedna z najlepszych kolekcji muzyki jazzowej w Polsce – kilka tysięcy winylowych płyt. Ale swoich winyli też mam naprawdę sporo. Był taki moment w moim życiu, na przełomie 1979 i 1980 roku, że pracowałem w Londynie, w firmie Virgin Records u Richarda Bransona. Zaczynałem w magazynie płyt, a potem, gdy nastał 1980 rok i pojawiła się szansa na obalenie komunizmu, wróciłem do kraju. Wtedy Branson zaproponował mi rolę przedstawiciela Virgin Records w Polsce. Przysłano mi cały ówczesny katalog wytwórni, kilkaset płyt. Wiele z nich nie było w moim guście (punk, reggae), więc kiedy ogłoszono stan wojenny i ta moja praca właściwie się skończyła, zacząłem w komisie wymieniać płyty z Virgin na inne pozycje. Tak dorobiłem się dość pokaźnej osobistej kolekcji soulu, jazzu, klasyki i elektroniki.

Jakie płyty z Pańskiej kolekcji mają dla Pana szczególną wartość sentymentalną?
Mam wiele takich płyt. Jedną z nich jest IX Symfonia e-moll "Z Nowego Świata" Dvořáka, nagrana przez Berlińskich Filharmoników pod batutą Herberta von Karajana. Wydał ją Deutsche Grammophon. To rozkładany album w tekturze, z przepiękną okładką, która jest w zasadzie obrazem, i obszerną notą o utworze oraz samej orkiestrze. Tekst to coś, czego mi najbardziej brakuje przy streamingu. Kupiłem ten album, wymieniając właśnie różne płyty w komisie, na prezent dla mojego ojca, który był z wykształcenia pianistą, ale w pewnym momencie życia uznał, że nie ma wystarczającego talentu, żeby być wirtuozem, więc skończył studia ekonomiczne i przestał grać na pianinie. Za to bardzo dużo słuchał muzyki z płyt. Miałem świadomość, że podarowałem mu coś naprawdę wyjątkowego. Gdy wyciągał tę płytę z koszulki, w domu robiło się uroczyście. Potem z namaszczeniem kładł ją na talerzu i powoli opuszczał na nią igłę. Teraz ja ją mam i ciągle przypomina mi ojca.

Drugą płytę też znalazłem w komisie. Pamiętam, że zwróciła moją uwagę wyjątkowo niezachęcającą okładką. To był szary karton, na którym piórkiem narysowano scenę jakiegoś pikniku, a na górze imię i nazwisko wykonawczyni. Puściłem tę płytę, bo przesłuchiwałem wszystkie płyty, jakie tam znajdowałem, i w słuchawkach usłyszałem głos, który ma strukturę aerozolu: każda kropla dźwięku zawieszona osobno w powietrzu. Ta wokalistka to Gladys Knight, gwiazda soulu, dziś ma nawet tytuł “cesarzowej soulu”. Nie znałem jej wtedy, ale kupiłem tę płytę i tak się zaczęła moja miłość do Gladys. Obecnie mam chyba wszystkie albumy tej artystki, jeździłem za nią po świecie na koncerty, a wszystko zaczęło się właśnie wtedy, w komisie. Często wracam do tej czarnej płyty w szarej, kartonowej okładce, bo ona brzmi inaczej niż późniejsze, nierobiące już takiego wrażenia edycje na CD.

Mam też miłe wspomnienia z płytą "Waterloo" Abby. To było w latach 70., gdy panował szał na ten zespół, tuż po wygranej na Eurowizji. Któregoś dnia, w okolicach moich imienin, wróciłem do domu i usłyszałem w salonie Abbę. Myślałem, że to radio gra. Skończyła się piosenka, zaczęła następna i znów Abba. To już mi się wydało dziwne. Po chwili trzecia piosenka Abby. Wchodzę więc zdziwiony do salonu, widzę, że gramofon jest włączony i płyta się kręci. Pytam: "To jest z płyty?", a ojciec mówi, że tak. — "Jak to z płyty, to jest płyta Abby?!". On mówi, że tak. Okazało się, że zdobył dla mnie ten album na moje imieniny. To był skarb! Nie mogłem to uwierzyć, że mam taką modną płytę w domu!
Na targi Audio Video Show przygotował Pan prelekcję o muzyce filmowej. Soundtracki to często bogato wydane albumy, które oddają klimat filmu. Duże wrażenie zrobiła na nas np. winylowa edycja ścieżki dźwiękowej do serialu “Breaking Bad” z dodatkami nawiązującymi do uniwersum z Albuquerque. Jak Pan ocenia tego typu wydawnictwa?
Jak już wspomniałem, nie jestem kolekcjonerem. Mam dużo płyt, ale słucham ich od święta. Nie ukrywam, że obecny sposób dystrybucji muzyki zdecydowanie bardziej mi odpowiada, ponieważ sam lubię sobie układać playlisty. Zawsze mnie denerwowało w płytach winylowych i CD, że ktoś ustawił utwory w określonej kolejności i ja już nic nie mogłem z tym zrobić. Mało tego, irytowały mnie eleganckie graficzne okładki na drogim, kredowym papierze. Nie lubię wydań designerskich, w których jest mało tekstu, za to nazwy piosenek i nazwiska autorów wpisane są na przykład maczkiem w postaci spirali na labelu. A jeszcze bardziej irytuje mnie w nośnikach fizycznych myślenie albumami. Album wymagał minimum 10-12 piosenek trwających łącznie 45 minut. Ale z reguły prawdziwego materiału była tam połowa, a reszta to różne wypełniacze. Strasznie się wkurzałem, bo to było drogie, a nie miałem ochoty kupować tych sześciu dodatkowych słabszych piosenek. Jestem człowiekiem o mentalności singlowej.

Zostańmy jeszcze na chwilę przy kinie. Czy przychodzą Panu do głowy tytuły lub konkretne sceny filmowe, które przeszły do historii właśnie dlatego, że poza obrazem istotną rolę odegrał w nich dźwięk?
Dobrze, że powiedział Pan "dźwięk". Największe uderzenie emocjonalne w moim życiu spowodowane przez dźwięk miało miejsce na filmie "Dzikość serca" Davida Lyncha. Zaczyna się on od kompletnej ciszy i nagle następuje jakby wybuch armatni. Okazuje się, że to zapalana zapałka, tylko dźwięk jest tak przesterowany, że brzmi jak wystrzał z armaty. Ten moment pokazuje prawdziwą wartość szczegółu w filmie i moc narzędzi, których w tej sztuce można użyć.

Druga rzecz to był film, na którym dostałem kompletnego odjazdu. Poszedłem do kina, obejrzałem film, wyszedłem, znowu stanąłem w kolejce, kupiłem bilet na następny seans, obejrzałem drugi raz to samo, a potem trzeci. Później słuchałem czarnej płyty z muzyką z tego filmu, ściąganej z zagranicy i traktowanej przeze mnie jak świętość. To był soundtrack z filmu "Kabaret" Boba Fosse’a. I tu rzeczywiście muzyka jest stopiona z filmem i jego estetyką. To było na wszystkich poziomach doskonale zrealizowane. Nagranie muzyczne fenomenalne, choreografia też, ale również aktorstwo było tak intensywne i niebywałe, jak rzadko.

Trzeci film, który absolutnie uwielbiam, to "Okręt"/"Das Boot" Wolfganga Petersena. Muzykę do niego stworzył zespół U96 i jest to muzyka nieprawdopodobna. Bohaterowie, niemieccy żołnierze, są przez cały film atakowani przez alianckie okręty bombami głębinowymi. Właściwie co chwilę kadłub okrętu trzeszczy, przecieka, aż w końcu udaje im się “przeczołgać” po dnie Cieśniny Gibraltarskiej na Atlantyk. Gdy wypływają na powierzchnię i wychodzą na świeże powietrze, ta muzyka uderza z gigantyczną siłą, jest w niej połączenie czegoś podniosłego z radością życia i euforią, która się udziela. Wtedy na przemian chcę krzyczeć, płakać, a Zygmunt Kałużyński do mnie mówił: "Co ty robisz, przecież to jest nasz wróg!". A ja mu tłumaczę: "Zygmunt, bądź humanistą, przecież to są młodzi chłopcy, którzy zostali zmuszeni przez Hitlera, żeby tam służyć, oni nie chcieli walczyć, to film pacyfistyczny". Odpowiadał: "Ty możesz być humanistą, bo tego nie przeżyłeś, ja straciłem wszystkich swoich przyjaciół na tej wojnie". Kłóciliśmy się całe życie o ten film. Ale muzyka jest piękna i towarzyszy mi do dziś. Jeżeli ktoś teraz do mnie zadzwoni, to w moim telefonie odezwie się motyw z "Das Boot".
Bardzo dziękujemy za rozmowę.

zdjęcie główne: Kamil Szpilski
zdjęcie z targów Audio Video Show: Psychosonda

Zobacz także

© 2022 Psychosonda. All rights reserved.