The White Kites

Intergalactic psychedelic rock

16 czerwca ujrzał światło dzienne debiutancki długogrający album „Missing” warszawskiego zespołu The White Kites. Jest to świetny pretekst, aby porozmawiać z Jakubem Lenarczykiem, liderem, kompozytorem i klawiszowcem zespołu, nie tylko o samym wydawnictwie, ale i o pomyśle na The White Kites, o inspiracjach muzycznych, o rynku wydawniczym w Polsce.


Konrad Helwig: Jesteście bardzo młodym zespołem - istniejecie od 2012 roku - ale sądząc po warsztacie jaki pokazaliście na płycie - związani z muzyką jesteście zapewne znacznie dłużej. Co robiliście przed sformowaniem się The White Kites? Były jakieś inne wspólne projekty? Jak doszło do sformowania się kapeli?

Jakub Lenarczyk: Dziękujemy za komplement, wiesz jak pozytywnie usposobić rozmówcę za początku rozmowy. Rzeczywiście, The White Kites nie jest muzycznym debiutem członków zespołu. Z częścią muzyków współpracowałem już przy poprzednim projekcie - When We Were Very Young, który był swoistą wprawką przed The White Kites. Za początek The White Kites można uznać włączenie do pracy nad materiałem Seana Palmera, wokalisty i tekściarza zespołu. Właściwie myśleliśmy bardziej o projekcie studyjnym zwieńczonym płytą, ale okazało się, że muzycy uczestniczący w nagraniu płyty, mimo swoich innych zobowiązań, chętnie pograją pod tym szyldem. Miałem już gotowe utwory, które wypełniły płytę "Missing", choć oczywiście w miarę pisania tekstów zmieniała się jeszcze ich konstrukcja. Od samego początku wiedzieliśmy, że płyta będzie miała formę „concept albumu”, więc niektóre tematy i rozwiązania muzyczne przewijają się (często w zawoalowanej formie) przez kilka utworów. Przez rok pracowaliśmy nad płytą, a gdy już się ukazała, zastała bardzo ciepło przyjęta, co skłoniło nas do rozpoczęcia działalności koncertowej. 16 czerwca płyta miała jakby drugą premierę - od tego dnia jest oficjalnie dystrybuowana przez Sonic Records, co sprawia, że jest dostępna w sklepach i np. na Merlin.pl.

The White Kites tworzy siedem osób. To spora liczba jak na standardy rock’n’rollowe. Udaje Wam się uniknąć większych konfliktów wewnątrz zespołu? Czy Ty, jako lider zespołu, dajesz radę pogodzić wszystkie osobowości, ambicje, oczekiwania, terminy?

Chyba udaje nam się uniknąć konfliktów, choć być może czymś dowiem się po 30 latach ze skandalizującej biografii któregoś z członków grupy. Natomiast rzeczywiście działalność tak licznej grupy jest przedsięwzięciem trudnym logistycznie, tym bardziej, że każdy z nas ma pracę, a większość również inne projekty muzyczne. Próbujemy dopracować się formuły, która pozwoliłaby nam grać koncerty i tworzyć nowe programy, ale trudno powiedzieć, na ile będzie to możliwe.

Jak wspominasz pracę nad albumem? Czy studio nagraniowe jest miejscem, w którym się odnajdujecie?

Uwielbiam pracę w studio, czuję się pewniej jako producent i kompozytor, niż instrumentalista. Ostatnio na rynku pojawia się wiele "edycji specjalnych" albumów zawierających alternatywne miksy, lub wersje utworów. Ja sam jestem jednak bardzo przywiązany do idei płyty, jako ostatecznej formy utworu. Koncertowe wersje naszych utworów często różnią się od studyjnych pierwowzorów, jest tu sporo improwizacji, natomiast staram się, by na płycie każdy element był przemyślany.

Po pierwszym kontakcie z „Missing” od razu rzuciło mi się w oczy, że jest to rzecz nadzwyczaj spójna i stojąca na wysokim poziomie realizatorskim. Nazwa kapeli, tytuł albumu, pomysły kompozytorskie, realizacja studyjna, oprawa graficzna - wszystko to sprawia wrażenie, że za wydaniem płyty stoi duża wytwórnia. A przecież tak nie jest. Jak to się stało, że samodzielnie udało Wam się osiągnąć taki efekt?

Cieszę się, że jest to zauważalne. Bardzo nam zależało na tym, żeby słuchacz mógł postawić tę płytę na półce w godnym miejscu. Należy tutaj wspomnieć o osobach, które formalnie nie są członkami The White Kites, ale przyczyniły się bardzo mocno do powstania materiału - Piotr Kokosiński, który udostępnił studio, Marek Titow, który zmiksował płytę, Anna Popiel, która zaprojektowała okładkę płyty. Co więcej, wątpię, czy w ramach wytwórni tego typu efekt byłby możliwy. Robiąc wszystko własnym sumptem mieliśmy pełną kontrolę nad materiałem, paradoksalnie też nie mieliśmy narzuconego budżetu, mogliśmy więc zaszaleć.

Po przesłuchaniu albumu wydaje się jakbyście za cel obrali sobie przywrócenie do łask psychodelicznego prog rocka z lat 60. i 70. Osobiście odczytuję to, nie jako sentymentalizm czy podążanie za modą vintage, ale raczej jako przemyślaną postawę kontestacyjną wobec nie tylko współczesnej muzyki, ale kultury w ogóle, która zaczyna zatracać klasyczne, dobre i ważne wzorce starych mistrzów. Jako potrzebę odnalezienia tego, co zostało utracone. W jednym z kawałków ujeliście to tak: „... so farewell, to all those that have been seen and have been shown, the light is gone, from the shore, your time has come to find what’s missing”…

Każde pokolenie uważa kulturę i wartości, w których wzrastało, za coś wartościowego i wartego kultywowania. Zawsze przychodzili młodzi barbarzyńcy, którzy wrzucali bombę do lokalu i zaczynali grać muzykę, której odchodzące pokolenie nie rozumiało. Tak było przecież i z początkami rock'n'rolla, free jazzem, punkiem, jeśli ograniczymy się do muzyki rozrywkowej”. Jakkolwiek słucham i komponuję bardzo różnorodną muzykę, zawsze byłem pod wrażeniem sztuki (dotyczy to muzyki i filmu) z lat 60-tych: jej innowacyjności przy równoczesnym dbaniu o klarowność i komunikatywność. W różny sposób przejawia się to u Syda Barretta, The Doors, The Grateful Dead, czy The Who, ale rzeczywiście był to okres, gdy ambicje i potencjał komercyjny nie stały sobie na przeszkodzie.

Oczywiście dziś w sztuce dzieje się mnóstwo fascynujących, wartościowych rzeczy, natomiast uważam, że - pomimo obecności internetu - szwankuje dystrybucja kultury. Tradycyjne media poczuły się kompletnie zwolnione z obowiązku (czy też przywileju) prezentacji, przybliżania ciekawych zjawisk. Dlatego też dziś nie zaistnieją takie fenomeny, jak masowa popularność muzyki na poziomie Nirvany, Soundgarden, czy Bjork z początku lat 90-tych.

Widzisz jakąś receptę na taki stan rzeczy? Jak Twoim zdaniem można by dzisiaj pomóc młodym artystom w zaistnieniu dla szerszej publiczności?

Chyba nie ma na to recepty. Zdemokratyzował się dostęp do sprzętu grającego i nagrywającego, co zresztą mówię z radością. Ludzie bez dużego doświadczenia muzycznego i bez pokonywania tradycyjnej drogi - od grania w klubach, do kontaktu z wytwórnią umożliwiającą wejście do studia - są w stanie w domu na laptopach wyprodukować znakomite rzeczy. W związku z tym na scenie niezależnej nastąpił prawdziwy zalew propozycji wybitnych i bardzo dobrych (nie mówiąc o prawdziwej powodzi projektów ledwie interesujących, mających potencjał oraz zwyczajnie niestrawnych nawet dla rodziny i przyjaciół).

Okazuje się też, że nawet chwilowe wejście do mainstreamu poprzez prezentację w dobrych audycjach, czy recenzję w papierowej prasie muzycznej nic już nie daje. Musiałaby to poprzeć maszyna promocyjna, którą domorośli muzycy nie dysponują. Bardzo symptomatyczne było tegoroczne zawieszenie działalności przez UL/KR, zespołu wydającego w Thin Man Records. Okazuje się, że po wydaniu dwóch świetnie przyjętych płyt i objechaniu wszystkich ważnych festiwali w Polsce, zespół po prostu nie ma już co ze sobą zrobić. Nie można przecież co roku grać na Open'er i Off Festival.

Stylistycznie Wasz album jest bardzo eklektyczny. Słychać wyraźne odniesienia do dawnych prądów i mód. Łączy takie style jak rock, folk, musical czy muzykę klasyczną. Jest tu Zappa i Cantenbury Scene. Jest urban folk i barok. Sami określacie tę stylistykę jako „intergalactic psychedelic rock”. Zechcesz to dla nas zinterpretować?

Oczywiście to rodzaj żartu, słuchacze i dziennikarze przywiązują wielką wagę do etykietek, zresztą do pewnego stopnia pozwalają one odnaleźć się w chaosie sceny muzycznej, zwłaszcza tej niezależnej. Z drugiej strony w praktyce wygląda to tak, że spotyka się kilka osób, każda z jakimś warsztatem i bagażem muzycznym, zaczynają grać i powstaje coś, czego jeszcze przed chwilą nie było, coś trudnego do sklasyfikowania. Oczywiście jest mnóstwo kapel wtórnych, które są kopiami lub kompilacjami kilku zespołów, ale rzadko jest to interesujące (chyba że nie masz pojęcia o istnieniu oryginału). Bardzo lubię zespoły, które są charakterystyczne i wyjątkowe, czy to w sensie brzmienia, harmonii, czy struktury utworów. Ważne dla mnie jest, aby przekaz był spójny, szczery, wtedy gatunek przestaje mieć znaczenie.

Wydaje się, że jesteście w awangardzie tego typu grania w kraju. Znasz jakieś inne polskie, dobre kapele grające muzykę, którą można by określić mianem psychodelicznej?

Widzę, że zaczyna funkcjonować coś, co można określić jako „polską scenę psychodeliczną”, ale nie czujemy się częścią tego nurtu, choć kibicujemy kilku zespołom. Trudno określić też granice psychodelii, czy jest to przymiotnik określający gatunek muzyczny, czy filozofię działania? Czy The White Kites jest zespołem psychodelicznym?

Muzycznie w jakimś stopniu na pewno. Jeśli by wziąć pod uwagę gatunkową heterogeniczność, wyraźne poszukiwanie nowych brzmień i rozwiązań formalnych czy nieco odrealniony, bajkowy klimat.

Rzeczywiście, baśniowość, odrealnienie czy nawiązywanie do wrażliwości dziecka zawsze było jednym z kluczowych elementów psychodelii. Z drugiej strony muzyka psychodeliczna jako taka zawsze jest czymś intuicyjnym, introspekcją. Ja akurat mam bardzo racjonalne podejście do sztuki. Pewnie jest tak, że płyta jako całość jest tworem logicznym, wykoncypowanym, jedynie w tych ramach wprowadzamy elementy stylu psychodelicznego.

Opowiedz proszę o Twoich inspiracjach muzycznych. Na Waszym profilu wspominacie m.in. Pink Floyd, Roberta Wyatta, The Zombies, Genesis. Podpisujesz się pod tym? Na czym się wychowałeś? A czego słuchasz obecnie?

Z muzyką jako słuchacz nie rozstaję się praktycznie od 10 roku życia, gdy usłyszałem po raz pierwszy „Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band” i zwariowałem na punkcie Beatlesów. Mógłbym więc godzinami zanudzać na temat setek wspaniałych wykonawców, których poznałem na różnych etapach życia. Poza oczywistymi wpływami, o których już mówiliśmy, niezmiennie sympatyzuję z muzyką źródeł (zwłaszcza Bliski Wschód), sceną hard-core/punk, pretensjonalną symfoniką typu Bruckner, czy Mahler, ale też ze sceną indie-folkową (Devendra Banhart czy nieistniejące już Fleet Foxes), która pięknie się prezentuje w ostatnich latach. Dlatego też mówiłem o płynności gatunków. Jeśli dobrze się wsłuchasz, usłyszysz Mahlera u Davida Bowie, a Sun Ra w późnym Talk Talk. Jeśli muzyka jest szczera, pokochasz ją, nawet jeśli gatunek jako taki odrzucasz.

Niewątpliwą zaletą wydawnictwa jest wokal. Angielski z angielskim akcentem. Czy obsadzenie w roli wokalisty rodowitego Brytyjczyka (Seana Palmera) to celowy zabieg mający na celu zwiększenie Waszych szans na podbój Zachodu?

Tak, zdecydowanie marzymy o tym, by podbić Zachód. Niestety wiążę się to z szeregiem działań promocyjnych, na które nie mamy aktualnie czasu. W maju zagraliśmy fajną trasę po Wielkiej Brytanii, ale wiadomo, że wydawanie płyt na światowym rynku wiąże się z poświęceniem, regularnym graniem mniej lub bardziej sensownych tras koncertowych i trwaniem w wiecznej gotowości na propozycje, których nigdy nie należy odrzucać. Z drugiej strony widzimy, że nasza płyta zdecydowanie lepiej sprzedaje się na Zachodzie i w Australii, niż w naszym kraju.

Jakie są Wasze plany przyszłość? Tę bliższą i tę bardziej odległą. Planujecie trasę koncertową promującą album?

Jeszcze w tym roku chcielibyśmy nagrać nowy materiał, będzie to na pewno bardziej piosenkowy, mniej kojarzący się z rockiem
progresywnym zestaw. Możliwe, że zdecydujemy się na trasę koncertową, tym razem po Polsce, ale trudno powiedzieć, gdzie konkretnie zagramy. Póki co, zapraszamy do śledzenia naszego profilu na FB oraz Bandcamp tam staramy się informować na bieżąco o nadchodzących wydarzeniach (o publikacji tego wywiadu również nie omieszkamy wspomnieć).

Będziemy zaszczyceni. Dzięki za rozmowę.

Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.