Ewa Uryga

Życie usłane cudami

O swojej krętej drodze muzycznej, winylowych tęsknotach i premierze swojej najnowszej płyty opowiada polska wokalistka, Ewa Uryga.

Marcin Kreczmer: Bardzo dziękuję, że zgodziła się Pani porozmawiać. Od wczesnej młodości Pani śpiewa, interesuje się muzyką, ale ciekawi nas, kiedy zaczęła się Pani przygoda z winylami.

Ewa Uryga: Kiedy byłam jeszcze dzieckiem, miałam około 10 lat, zanim dotknęłam prawdziwego winyla, to miałam kontakt z pocztówkami dźwiękowymi. Ponieważ moja mama również śpiewała, to mieliśmy sporo tych pocztówek, a później dużo małych płyt (singli). Szczególnie jedna z nich utkwiła mi w pamięci. Zespół nazywał się „Los Tres Diamantes”. Bardzo tę płytę męczyłam na naszym Bambino 4. To była cha-cha, którą uwielbiałam, ponieważ dużo tańczyłam. Taniec, podobnie jak muzyka, był moją fascynacją od najmłodszych lat. Mama również tańczyła, więc to wszystko przejęłam od niej. Godzinami przy tej płycie próbowałam kroki cha-chy. To była moja pierwsza winylowa płyta, którą pamiętam.

Później pojawiły się inne, już prawdziwe LP. Najpierw nie były dla mnie finansowo dostępne. Dopiero kiedy byłam już starsza i miałam własne pieniądze, które wygrywałam w konkursach muzycznych, to zaczęłam kupować swoje własne płyty. Był to dla mnie poważny zakup i bardzo je sobie ceniłam. Kiedy o tym mówię, to cofam się w czasie i sobie wszystko przypominam. Pamiętam, jak lubiłam patrzeć na te wszystkie kolorowe labele. Polskie Nagrania, Atlantic...

Kolejną z pierwszych płyt, którą bardzo mocno zapamiętałam, to album Barbary Rylskiej „Sex Appeal”. Powiem szczerze, że przygotowując się do tego wywiadu, z ogromnym wzruszeniem obserwuję swoje reakcje. Kiedy widzę te okładki, wszystko mi się przypomina. Na tej płycie Rylskiej zapowiada ją już nieobecny wśród nas Lucjan Kydryński, fantastyczny konferansjer. Bardzo dużo korzystałam z tego albumu, ponieważ później w swoim repertuarze śpiewałam jej utwory. „Ta mała piła dziś”, „Sex Appeal”... Współpracowałam w tym wczesnym okresie z Andrzejem Rosiewiczem i z nim wykonywałam jej piosenki. Ta płyta była więc dla mnie bardzo ważna. Fantastyczne aranże. Później przyszło zainteresowanie jazzem.

To jest taki paradoks. Jestem śpiewaczką jazzową, a nienawidziłam jazzu. Kiedy słyszałam nagrania Louisa Armstronga, to wyłączałam radio. „Tego nie da się słuchać!” myślałam (śmiech). Któregoś dnia znalazła się u mnie pewna płyta. Pod jej wpływem zupełnie zmieniłam swoje zainteresowania muzyczne. Po kilku sekundach od jej włączenia, zdałam sobie sprawę, że to jest muzyka, której chcę zawsze słuchać i wykonywać. To była płyta Mahali Jackson. Nie mogę tego racjonalnie wytłumaczyć.

Był to okres, kiedy dużo koncertowałam i brałam udział w konkursach, więc zarabiałam już pieniądze. Miałam około szesnastu lat. Poszłam więc do sklepu i wykupiłam wszystkie możliwe płyty jazzowe. Następnie usiadłam i zaczęłam je po kolei przesłuchiwać. Część z nich odrzucałam na bok, a część zostawiałam. Po tej segregacji okazało się, że płyty, które zostały, to były głównie płyty jazzowe w wykonaniu czarnoskórych wokalistów. Tak zaczęła się moja przygoda z muzyką jazzową. Później była Akademia Muzyczna.

To jest zabawne, bo kończyłam średnią szkołę elektryczną. Mam zawód technika elektryka. Pisałam pracę dyplomową o wyłącznikach wysokich napięć (śmiech). Jest to dla mnie taki paradoks Pana Boga. Mocno w to wierzę. Poszłam do tej szkoły, ponieważ chciałam iść na AWF. Miałam duże osiągnięcia, byłam na liście do kadry Polski jako juniorka koszykarka. Zupełnie nie miałam zamiaru śpiewać. W szkole elektrycznej była pani profesor Elżbieta Sochacka, która prowadziła zespół muzyczny i jeszcze takie dziwne zajęcia o nazwie „Wychowanie w rodzinie socjalistycznej”. Na pierwszej lekcji powiedziała, że szuka ludzi do zespołu i wie, że jest tutaj osoba, która śpiewa. Nie wiem, skąd wiedziała o moich dotychczasowych osiągnięciach muzycznych ze szkoły podstawowej. W całej klasie tylko jeden kolega o tym wiedział. Kiedy pani profesor badawczo rozglądała się po klasie, szukając tej ukrywającej się artystki, odwróciłam się do niego i wyszeptałam: „Słuchaj, jeśli tylko piśniesz słówko, dostaniesz w zęby” (śmiech). Byłam wysportowaną i bojową dziewczyną. Ale nie poskutkowało. Pani profesor podeszła do mnie i powiedziała: „Czy to ty?”. Może Waldek na mnie pokazał? Nie wiem. Odpowiedziałam, że właściwie to nie mam zamiaru śpiewać, bo chcę grać w koszykówkę i być trenerem. Na to ona: „W porządku, ale i tak przyjdź na próbę Trzynastki (tak się nazywał zespół). Zobaczymy, jak to pójdzie”. No i poszłam na tę próbę.

Co sprawiło, że zostałam? Nie muzyka. Zadziałały zupełnie inne rzeczy: zakochałam się w gitarzyście (śmiech). Był to Mirek Rutkowski. I tak się zaczęło. Pani Sochacka, która prowadziła ten zespół od lat, miała już na koncie wiele osiągnięć swoich solistów. Zgłaszała mnie, gdzie się tylko dało. W ten sposób już na pierwszym roku trafiłam do telewizyjnego studia debiutów w Katowicach.

W tym momencie zaczęła się walka wewnętrzna. Miłość do muzyki była we mnie bardzo silna. Jak mówiłam, zaszczepiła ją we mnie mama. Później była Mahalia Jackson, którą usłyszałam i poczułam: tak, to jest moja muzyka. Z drugiej strony miałam ambicje i zamiłowania sportowe. Aż w końcu wygrała muzyka.

Wspomniała Pani o tym, jak ważna była dla Pani płyta Mahalii Jackson. Opowiedziałaby nam Pan jeszcze o innych, które miały dla Pani duże znaczenie?

Dużo było tych płyt. Oprócz tych, o których już wspomniałam to na pewno Chaka Khan - CK, z tej płyty też śpiewałam dwa utwory. Miałam również dwie płyty Whitney Huston. Jedną dostałam w prezencie (Whitney Houston The deluxe Anniversary Edition). Ktoś przywiózł mi ją ze Związku Radzieckiego. Miała napisy po rosyjsku. Nie wiem do końca, jak to działało. Czy oni mieli jakąś licencję?

(śmiech) Nie. Może Pani być pewna, że żadnej licencji nie mieli.

Aha... To mam nadzieję, że się nikt nie przyczepi, że słuchałam pirackich nagrań (śmiech). Druga płyta Whitney Huston, którą miałam (Whitney), była chyba jej ostatnią, jaka wyszła na winylu. Następne już były kompaktowe. Była jeszcze Natalie Cole, Ella Fitzgerald, Aretha Franklin. To są wszystko moje muzyczne Profesorki.

Kiedy wydawało się, że płyty winylowe odeszły do lamusa i rozpoczęła się epoka kompaktów, czy w jakiś sposób ciągle słuchała Pani płyt winylowych? Czy utrzymała Pani swoją kolekcję?

Oczywiście, że tak. Nigdy się tych płyt nie pozbyłam. Cały czas je miałam. Kiedy płyty CD weszły już mocno, to nie słuchałam winyli, ale zawsze je miałam i patrzyłam na nie z sentymentem i refleksją. Człowiek szybko przyzwyczaja się do nowości. Kompakty były mniejsze, wygodniejsze, poręczniejsze. Ale teraz, kiedy patrzę, jak winyle wracają, to mam wrażenie, że wracają w innym kontekście. Kiedyś były elementem życia codziennego. Teraz w ich słuchaniu jest pewien element celebracji, namaszczenia. Może powrót czarnego krążka sprawi, że Muzyka przez duże M powróci „pod strzechy”? Dla mnie osobiście jest to nośnik zarezerwowany dla sztuki z wyższej półki.

Wydaje Pani niedługo nowy album. Proszę opowiedzieć coś więcej.

Wiem, że winyle wróciły do łask. Dlatego niedługo pojawi się mój pierwszy w życiu winyl. Jest to dla mnie niesamowite przeżycie. Mam wrażenie, jakbym sama rodziła się od nowa (śmiech). W ogóle cieszę się, bo Włosi, od których zakupiliśmy materiał do wytłoczenia płyty, wysłali omyłkowo najlepszy produkt, „cristallo”, z którego obecnie tłoczy się płyty na świecie, czyli moja płyta będzie kryształowa. Ta płyta jest poświęcona właśnie Mahali. Przygotowywałam ją dziesięć lat. W ostatniej chwili zrezygnowałam z wydania jej na CD. Miałam już przygotowane 1000 płyt kompaktowych, ale porzuciłam ten pomysł. Stwierdziłam, że wolę jednak winyl. Postanowiłam w to mocno zainwestować. Jest to mój pierwszy jazzowy album od 2009 r., więc ma dla mnie wyjątkowe znaczenie.

Premiera odbędzie się 14 grudnia 2019 roku. W Empiku premiera będzie 17 stycznia 2020. Jestem również w trakcie przygotowywania trasy koncertowej. Nie wiem jeszcze ile będzie koncertów. Mam dwa składy: polski i amerykański, dopiero się zdzwaniamy, ustalamy szczegóły, więc nie mam jeszcze konkretnych dat.

Pani podróż jest bardzo ciekawa. Oprócz tego, co tutaj dziś usłyszeliśmy, czytałem troszkę o Pani karierze i życiu. Wydaje się ono składać z niesamowitych zbiegów okoliczności...

Tak. Chcę napisać książkę. Mam już tytuł: „Życie usłane cudami”. Mam silne poczucie od dziecka, że mino wieli zakrętów i przeciwności jestem w Bożych rękach. Bardzo mocno to czuję i głęboko w to wierzę.

Ewa Uryga – polska wokalistka jazzowa, soulowa i gospelowa.

Komentarze

Zaloguj się, aby móc komentować.
Strona Psychosonda korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie.
Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich użycie.